Dzień 12
Seward
Wybrzeże Turnagain Arm, smutne Whittier i Seward w deszczu.
Z Anchorage do Turnagain Arm
Wczesnym rankiem, po zwyczajowym "colazione in camera", robimy objazd do Wasilli, gdzie musimy kupić kilka gadżetów w Iditarod Centre. Poranek jest dość pochmurny, przejeżdżamy przez Anchorage po niezbędne zaopatrzenie i ruszamy w stronę Kenai Peninsula. Choć nadal jest to miasto nadające się do życia, po dziesięciu dniach country life sama myśl o światłach i miejskim ruchu natychmiast każe nam tęsknić za pustkowiem Interioru, które zostawiliśmy za sobą. Hwy mają zawsze trzy, jeśli nie cztery pasy, nawet w strefie centralnej. Downtown może i jest niewielkie, ale rozmiary miasta są ogromne w porównaniu z populacją, która w nim mieszka. Typowo amerykańska koncepcja miasta, wzbogacona jednak całkowicie alaskańską miłością do tego, by nie deptać sąsiadom po stopach.
Wjeżdżamy na Seward Hwy, aby wyjechać z miasta i trzymać się wybrzeża Turnagain Arm po północnej stronie. Mamy tutaj całą serię punktów, w których można robić postoje, ponieważ jest to obszar, gdzie ramię morza wcinające się na kilkadziesiąt km tworzy wspaniałe krajobrazy. Pierwszy z nich spotykamy przy Potter Marsh, bagnie 16 km od Anchorage, gdzie żyją liczne kolonie ptaków wodnych, łatwym do zwiedzania dzięki setkom metrów kładek. Tablica informacyjna wyjaśnia nam, jak żaby żyjące w stawach potrafiły zmodyfikować swoją wewnętrzną strukturę.
Whittier i Anton Anderson Tunnel
Wzdłuż nadmorskiej drogi zatrzymujemy się krótko przy Chugach State Park Headquarters, gdzie stoi pociąg odśnieżny używany podczas surowych zim, aby utrzymać wolny tor kolejowy między Seward a Anchorage. Robimy jeszcze kilka postojów nad Turnagain Arm. Nie ma zbyt wiele do zobaczenia, ponieważ im bardziej zapuszczamy się w głąb, tym ciemniejsze staje się niebo. Można jedynie wyczuć wspaniałość tego, co mamy przed sobą. Wciąż mamy jednak jeszcze jedną kartę do rozegrania za dwa dni, kiedy będziemy wracać tą obowiązkową trasą.
Pomijamy, przynajmniej na razie, odgałęzienie prowadzące do Kenai, aby lepiej zobaczyć lodowce Portage schodzące niemal do poziomu morza albo wiszące jakby na grzędzie. Ledwie potrafimy sobie wyobrazić, jak wszystko mogłoby wyglądać w słoneczny dzień. Decydujemy się odwiedzić Whittier, bardziej przyciągnięci jego dziwnością niż pięknem, które można by tam podziwiać.
W rzeczywistości nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać, choć budowa miasteczka w takim miejscu musiała oczywiście odpowiadać potrzebom wojskowej tajemnicy. Leży 18 km od Seward Hwy. Być może to wioska z najgorszą pogodą na Alasce i dziś temu nie zaprzecza, bo pogoda pogarsza się aż do intensywnego deszczu, tak że po raz pierwszy musimy wyciągnąć parasole, które dotąd pozostawały suche. I prawdopodobnie właśnie z powodu częstych mgieł armia amerykańska umieściła w tej zatoce ważną bazę podczas drugiej wojny światowej. Reszty dopełniło położenie osłonięte górami i Prince William Sound wolny od lodu przez cały rok.
Z resztą kraju lądem łączy je długi tunel o długości 2,7 mi., Anton Anderson Tunnel, poprowadzony po trasie kolejowej. Tą samą drogą przejeżdżają bowiem pociągi i samochody, naprzemiennie w jednym kierunku. Kiedy przyjeżdżamy, trzeba czekać pół godziny, ale nie zniechęca nas ani oczekiwanie, ani deszcz. Tak się składa, że rano w supermarkecie w Anchorage złowiliśmy kawałek łososia i okazja sprzyja zabiciu czasu przez zrobienie smacznych kanapek. Kiedy o 12.30 dostajemy zielone światło, lunch jest już skończony i jesteśmy gotowi, by pójść na kawę do "centrum" Whittier. Przejazd tunelem kosztuje 12$ w obie strony i nie jest zbyt odpowiedni dla osób cierpiących na klaustrofobię. Został zbudowany dla pociągu, a jego wymiary nie zmieniły się od czasu, gdy otwarto go także dla ruchu samochodowego.

Whittier i Begich Tower
Jest jednak przyjemny mały port w strefie, gdzie skupia się kilka sklepów, zwanej Triangle, i jest tam przynajmniej coś do zobaczenia. Zaplecze jest natomiast naprawdę ponure: znajduje się tam blok-koszarowiec, w którym obecnie mieszka około 80% miejscowych, Begich Tower, czternastopiętrowy budynek. Być może jedyny budynek mieszkalny, jaki widzieliśmy podczas całej podróży.
Kiedy Whittier było wojskowym miasteczkiem, jego ludność mieszkała w jednym budynku, Buckner Building, dziś opuszczonym. Reszta to magazyny albo małe zakłady przetwórstwa ryb, wszystko pośród wraków porzuconych pojazdów. Prawdopodobnie jest tu więcej do zobaczenia jako ciekawostka niż jako prawdziwe atrakcje turystyczne. Gdyby dzień był ładny, można by natomiast podziwiać wodospady spływające z lodowców górujących nad miasteczkiem. Wszystko zanurzone w głębokiej zieleni, i nie mogłoby być inaczej, biorąc pod uwagę obfite opady następujące po sobie przez cały rok.
W okolicy stoją setki martwych drzew. To zjawisko widuje się często i zawsze przypomina trzęsienie ziemi z 1964 roku, kiedy wielkie powierzchnie leśne zostały zalane słoną wodą tsunami.
W deszczu ku Seward
W ulewnym deszczu wracamy na Seward Hwy, aby rozpocząć wilgotną eksplorację półwyspu Kenai. Pomijamy zjazd do Hope, które odwiedzimy pojutrze, i kierujemy się na południe. Jedziemy prosto do celu z dwoma krótkimi postojami w miejscach, gdzie mimo deszczu krajobraz jest wspaniały. O 16.30 jesteśmy u celu w Seward i zaczynamy szukać noclegu hotelowego.
Następnie odwiedzamy Alaska Sealife Centre, które pomaga nam zrozumieć życie fauny i flory zamieszkujących wybrzeża Soundu. Także tutaj informacje są przeznaczone dla publiczności nienaukowej i próbują wyjaśnić proste "dlaczego" każdego z nas, odsłaniając w ten sposób ogrom dotąd nieznanych wiadomości. Aby lepiej zrozumieć to, co właśnie zobaczyliśmy, kontynuujemy kolacją z mieszanką ryb. Na koniec spacer po Small Boat Harbour, małym porcie, w którym cumują także kutry rybackie. Wokół znajdują się zakłady przetwórstwa ryb.
Mt. Marathon będziemy musieli zostawić na następną okazję, bo na górze dominującej nad Seward padało przez cały dzień i myśl o dotarciu tam pieszo nie była zbyt zdrowa. Najbardziej stromą trasą co roku w lipcu odbywa się bieg po okrężnym szlaku długości 3 mi., podczas którego z powodu trudności terenu połączonej z zapałem zawodników punkt pierwszej pomocy ma podobno sporo pracy.
Seward jest chyba najładniejszą wioską napotkaną dotąd. Ma urbanistykę, piękny drewniany deptak wychodzący na morze i pierwszorzędne muzeum morskie. Jest także miejscem cumowania statków wycieczkowych, które wypływają z USA, płyną wzdłuż wybrzeża Pacyfiku przez Inside Passage i wysadzają tu zamożnych klientów, aby zaprowadzić ich do pociągu jadącego na północ, jeśli zechcą aż do Fairbanks przez Anchorage i Denali.







