Dzień 14
Sterling Hwy
Powrót Sterling Hwy. Spotkanie z niedźwiedziem polującym na łososie. Zachód słońca nad Turnagain Arm.
Z Homer ku Bear Mountain Trail
Wyruszamy z powrotem, jadąc Sterling Hwy w przeciwnym kierunku. Wzdłuż drogi widzimy wiele fireweeds, kwiatów obecnych także u nas i stanowiących stały element całej środkowo-południowej Alaski. Tyle że tutaj są jeszcze pięknie rozkwitnięte i tworzą wyraźną plamę w kolorze różowo-fuksjowym. Robi się z nich także dobre konfitury.
Bear Mountain Trail, Russian River i Hope
Nie robimy większych postojów, ponieważ to droga z wczoraj, ale tym razem, wracając na Skilak Rd., zagłębiamy się w inny szlak, Bear Mountain Trail długości 2,5 km tam i z powrotem, który pokonujemy, mówiąc bez przerwy, aby sygnalizować naszą obecność ewentualnym niedźwiedziom w okolicy. Pod nami otwiera się naprawdę piękny krajobraz, z jeziorami osadzonymi w gęstej roślinności.
Jadąc dalej Sterling Hwy, zbliżamy się do Russian River, słynącej z obfitości łososi. W pobliżu promu linowego, który pozwala licznym wędkarzom przeprawić się przez Kenai River, spotykamy sympatycznego pana z cygarem w ustach i białą brodą, jakby właśnie wyszedł z filmu. Pytamy go o możliwość spotkania, niezbyt bliskiego, niedźwiedzi zajętych połowem. Z uprzejmością właściwą miejscowym wskazuje nam pole kempingowe, z którego można zejść ku Russian River i tam z dużym prawdopodobieństwem znaleźć tych, których szukamy. Ale uwaga! Niedźwiedzie nie zawsze są potulnymi zwierzakami z komiksów.
Uważnie podążając za jego instrukcjami, trafiamy na kładkę biegnącą wzdłuż rzeki, w rzeczywistości bardziej podobnej do potoku, którego głębokość nie przekracza pół metra. Woda jest dosłownie zabarwiona na czerwono przez łososie; niektóre uderzają ogonem w geście składania ikry, inne wykonują już tylko kilka ruchów, wiele leży nieruchomo albo przewrócone. Osiągnęły swój cel i wykonały swoją misję, więc leżą martwe po tylu trudach i tylu ryzykach podjętych po drodze. Chmara mew próbuje z kolei zabrać do domu posiłek, dziobiąc truchła łososi.
Niżej spotykamy kilku wędkarzy, którzy ostrzegają nas, że chwilę wcześniej widzieli dużego niedźwiedzia brunatnego przechodzącego przez kładkę z pięknym łososiem w pysku. Dokładnie tego szukaliśmy: idziemy ostrożnie dalej, aż półukryty w krzakach ukazuje się nam jeden z łapami w wodzie, próbujący zdobyć obiad. Ponieważ znajduje się zaledwie kilka metrów od nas, nieruchomiejemy, jednocześnie ogarnięci obawą, że ruszy w naszą stronę, i przyjemnością oglądania sceny. Zwierzę jest spokojne i wcale nie wydaje się zaniepokojone naszą obecnością. Tak zaczynamy je obserwować i robić mu zdjęcia. W pewnym momencie idzie szukać zdobyczy po drugiej stronie rzeki, co wcale nam nie przeszkadza. Zoom został stworzony właśnie po to i nawet jeśli nie jesteśmy zbyt blisko, jest dobrze. Próbuje chwytać łososie zarówno łapami, jak i zanurzając głowę pod wodę, ale bez powodzenia. Mimo masy właściwa mu niezgrabność nie pozwala mu zdobyć łupu wśród zmęczonych, lecz wciąż umykających ryb.
Zadowoleni ze spotkania bliskiego, ale nie za bliskiego, wracamy, utrwaliwszy scenę klasyczną, której nie brakuje w żadnym katalogu pokazującym cuda Alaski: z serii o tym, jak marzenia zmieniają się we wspomnienia. Pogoda się psuje i nawet zaczyna padać.
Spacer po Hope pod połowicznym słońcem pozwala nam cofnąć się w czasie. Choć nie jest to ghost town, wydaje się, że czas się zatrzymał, a wraz z nim oddycha się sposobem życia odległym o lata świetlne od zachodniego pośpiechu.
Portage, lód i deszcz
Wracając w głąb lądu, znów trafiamy na deszcz, który zostawiliśmy chwilę wcześniej, i docieramy w rejon Portage. Leje z wiatrem, więc idziemy do Begich Boggs Visitor Center. Pytamy, czy przewidywana jest jakaś poprawa, która pozwoliłaby nam uchwycić te pocztówkowe krajobrazy; wystarczyłoby okno słońca między dzisiejszym wieczorem a jutrzejszym rankiem. Uprzejmie i niemal z uśmiechem mówią nam, że naprawdę trzeba by mieć dużo szczęścia, ponieważ słońce pojawia się nie częściej niż kilka dni w miesiącu. Współczujące spojrzenie świadczy, że nie kłamią. Jesteśmy w królestwie wody we wszystkich jej stanach i widać to bardzo wyraźnie: woda rozległych jezior, po których pływają góry lodowe, lód z zamarzniętych pól Harding Icefield schodzący aż do jezior, deszcz i zawieszone mgły.

Alaska Wildlife Conservation Centre
Odwiedzamy Wildlife Conservation Centre, instytucję non profit położoną około dziesięciu km od Portage, w bardziej suchej strefie w miejscu, gdzie kończy się Turnagain Arm. Tutaj hoduje się albo leczy porzucone dzikie zwierzęta (są dwa małe łosie wciąż karmione butelką) albo znalezione ranne. To okazja, by ponownie zobaczyć zwierzęta spotkane podczas podróży i jednocześnie poznać kilka dotąd niewidzianych ( bizony, rysie itd.). Jest tu wiele bizonów, ponieważ trwa projekt reintrodukcji tego zwierzęcia, dlatego półwolne stado liczące około pięćdziesięciu sztuk zostanie wypuszczone do 2013 roku.
Choć na ogół wszystkie mają dużo przestrzeni i nie są zamknięte w ciasnych klatkach, wystarczy na nie spojrzeć, by zrozumieć, że nie są wolne. Mają wyraz przygaszony, chciałoby się powiedzieć smutny. Zupełnie inny niż ich "krewni" widziani w poprzednich dniach.
Ostatni zachód słońca nad Turnagain Arm
Niebo znów się przejaśnia i pozwala nam zobaczyć ostatni zachód słońca nad fiordem w wielobarwnej mnogości bez równej. Słońce przebija od zachodu zza pozostałych pasm chmur i rzuca promienie na wodę, uzyskując z niej lśniące odbicie.
Wieczór nad Turnagain Arm
Docieramy do noclegu położonego niedaleko zatoki, Brown Bear Motel. To najbardziej spartańskie miejsce, jakie dotąd spotkaliśmy, ale niepozbawione dawnego uroku, który według innej interpretacji można by też nazwać starym. Kolejna niespodzianka przy kolacji. Jest sobotni wieczór i w pobliskim restaurant/saloon gra zespół country. W połowie wieczoru widzimy, jak wszyscy obecni, z wokalistami na czele, robią sobie zdjęcie z ładną dziewczyną siedzącą wśród nielicznej publiczności. Później odkryjemy, że jest truck driver, która stała się sławna w całych USA dzięki serialowi telewizyjnemu zaglądającemu do różnych zawodów, a zawód tej pani z pewnością nie należy do najprostszych.
Prowadzenie ciężarówek na Alasce wymaga wielu zalet, do których ona dodaje także spory osobisty urok. W pewnym momencie mamy kłopot z wyborem: z jednej strony Turnagain Arm ze swoim zachodem słońca, z drugiej zespół śpiewający i grający country blues, pod zębami ostatni grillowany halibut tej szczęśliwej alaskańskiej historii. Kiedy jest już 23, decydujemy, że na dziś wystarczy. Musimy przepakować walizkę, ponieważ jutro jest ostatni dzień. A leniuchowanie byłoby przestępstwem.









