Varzaneh

Day 5

Varzaneh

27/04/2018

Pozdrowienia dla wspaniałości Isfahanu. Doświadczenie na pustyni Varzaneh.

Kategoria
27/04/2018 1 galleries 0 Maps
Varzaneh i pustynia

Miejskie oblicze Varzaneh

Jest piątek, a dziś święto dla muzułmanów, poranny ruch uliczny jeszcze śpi i wydaje się, że jest w normalnym mieście. Po kilku poszukiwaniach znajdujemy taksówkę, która zabiera nas na most Pol-e Khaju a potem znowu do ormiańskiej dzielnicy Jolfa, stworzonej przez szacha Abbasa I, który chciał sprowadzić do swojej stolicy umiejętności Ormian w rzemiośle. Przybyli do Jolfy, nikt nie wie, jak swobodnie, w XVI wieku, aby uprawiać sztuki, których brakowało wówczas w Isfahanie. Uzyskali niewyobrażalne dla kraju muzułmańskiego wolności i zintegrowali się z tkanką społeczną. Dziś jesteś w tętniącej życiem okolicy z wieloma sklepami i restauracjami. Dziedziniec Katedra w Vanku nadal jest udekorowany z okazji niedawnych obchodów 103. rocznica próby ludobójstwa Ormian dokonanej przez Turków. Budowę kościoła rozpoczęto w 1606 r., a ukończono około 1665 r., posiada ok bardzo surowy wygląd z zewnątrz, aby stać się ekstazą obrazów i pięknych dekoracji wewnątrz. Samo w sobie jest to prawdziwe arcydzieło, tak bogate w obrazy i ikony, że nie wiadomo, gdzie najpierw zajrzeć. Malowidła opowiadają różne fragmenty Biblii i Ewangelii, ze szczególnym uwzględnieniem kary wymierzane grzesznikom. Obrazy, które natychmiast skłaniają obserwatora, aby nie odbiegał od tematu. Podobny stylem do ortodoksyjnych, kontrastuje z pomysłowym, ale bardziej aseptycznym stylem architektury islamskiej, który nie uwzględnia wykorzystania historycznych obrazów. Pierwszy jest bardziej ekscentryczny, drugi bardziej harmonijny. Warto odwiedzić bogate muzeum, nie mamy przewodników i staramy się zadowolić dostępnymi tekstami. Nie płacisz, my też odwiedzamy sąsiada Ormiański Kościół Betlejemski, prostsze, ale z mniejszym zatłoczeniem turystów, dlatego bardziej odczuwalne. Tym razem w świetle dziennym prześledzimy wczorajszą drogę wzdłuż wyschniętej rzeki, aby wrócić do Pol-e Si-o-Seh i przemierz ją ponownie z inną perspektywą światła. Spotykamy kilka dziewcząt, z którymi wymieniamy zwykłe przyjacielskie uprzejmości, a potem dowiadujemy się, że są Świadkami Jehowy; nieźle jak na przerwę między kościołem ormiańskim a meczetem. Wciąż pieszo, ponownie idziemy aleją prowadzącą do centrum, zatrzymując się na chwilę przy madrasie i wreszcie przy Majed-e Lotfollah, aby zobaczyć jego wnętrze, unikalne w rozległej i wspaniałej panoramie irańskich meczetów. Podczas gdy elewacja zachwyca różnorodnością kolorów w zależności od światła i oświetlenia słonecznego, wnętrze to prawdziwy haft, z majoliką pomalowaną z niezwykłą finezją, prawdopodobnie najbardziej efektowną ze wszystkich odwiedzonych podczas wycieczki. Można sobie wyobrazić kształt pawia ogona utworzonego przez wpadające z zewnątrz promienie słoneczne, co jest inteligentnym i jednocześnie przebiegłym sposobem na wpuszczenie „postaci” zwierzęcia do meczetu, co jest normalnie zabronione przez islam. Wnętrze kopuły przedstawia projekty podobne do uli, które stają się coraz mniejsze i węższe w miarę zbliżania się do góry, dając wyobrażenie o jego większym rozmiarze. ja wersety Koranu napisane białym kolorem na niebieskim tle zdobią łuki, z kolei otoczone spiralami wyznaczającymi obwód, umieszczając w ten sposób obok siebie dwa warianty koloru niebieskiego, które identyfikują Esfahan. Ostatnia pożegnalna wycieczka na Imam Square na zakupy, po wypiciu soku z marchwi z maczanymi lodami szafranowymi, była rozkoszą. I właśnie na placu pełnym ludzi z okazji święta przeżywamy najpiękniejszy i najbardziej emocjonujący moment całej wycieczki. Nie do końca widzimy meczet, pustynię czy dzieło sztuki, kiedy naszym oczom przypadkowo natrafiamy na młodą rodzinę siedzącą na pikniku na placu i bawiącą się dwiema małymi dziewczynkami. Wymieniamy pozdrowienia, dają znak, żebyśmy się do nich zbliżyli, wstają, żeby złożyć nam hołd, jakby na nas czekali, proszą, abyśmy usiedli na rozłożonej na trawniku kratce i częstują nas herbatą. Mimo że mówimy łamanym angielskim, potrafimy się zrozumieć i porozumieć się z nimi w najważniejszych kwestiach. Ale życzliwość nie wymaga tłumaczenia. Mijają minuty i musimy jechać, bo niedługo jesteśmy umówieni z kierowcą do Varzaneh. Proszą jednak, żebyśmy zostali i zapraszają na kolację do ich domu: wyjaśniamy, że tego wieczoru musimy być na pustyni i przenocować w namiocie; potem proszą nas chociaż o wspólne lody. Ze śmiercią w sercach musimy także odrzucić to zapasowe zaproszenie, aby się nie spóźnić i niemal w ramach przeprosin wręczamy im magnes na lodówkę przedstawiający zabytki naszego miasta. Wydają się zachwyceni nieoczekiwanym gestem, niczym obcokrajowcy, z którymi los wyznaczył spotkanie. Żegnamy się z obopólną przyjemnością poznania i z równie wzajemnym żalem, że musieliśmy się rozstać, żegnamy także dwie wspaniałe i grzeczne dziewczynki, nie wcześniej niż robiąc zdjęcia wspomnienia, które nawet bez zdjęć pozostałoby w naszych umysłach i sercach. Ale gdzie to mogło się wydarzyć w innej części świata?

Piaszczyste wydmy pod czystym niebem w Iranie.


Wyjeżdżamy tuż przed 14.00 na półtorej godziny w drogę, opuszczając to miasto, które ze względu na ciepło swoich mieszkańców i kolor zabytków nie będzie miało sobie równych podczas podróży, a może nawet i w poprzednich. Nawet na obrzeżach każda wysepka komunikacyjna, rondo czy przestrzeń publiczna, którą można wykorzystać jako kwietnik, jest wypełniona zielenią i kwiatami. Nie mogąc szczególnie polegać na pomocy deszczu, wszędzie istnieją prawie nieograniczone sieci rur irygacyjnych. Jest wiosna i dlatego kwiaty osiągają szczyt swojej świetności, dając Esfahanowi, podobnie jak w innych miastach, prawdziwą radość dla oczu i ducha. Gdybyśmy chcieli być złośliwi, moglibyśmy pomyśleć o kosmetycznym rozwiązaniu przyjętym przez reżim, aby nadać ton harmonii. Kiedy jednak spojrzeć w przeszłość i odkryć ogrody utworzone przez poprzednie dynastie, staje się jasne, że nadal jest to tradycja wpisana w perski charakter.
Poza miastem zaczyna się pustynia, czasami przerywana rzadkimi, ekstensywnymi uprawami. Można nawet zobaczyć rzadkie pola ryżowe, podstawowy składnik irańskiej diety, towarzyszący niemal każdemu daniu, ale zwykle importowany. Tuż za Varzaneh natrafiamy na rzędy traktorów zaparkowanych wzdłuż drogi: wyjaśniono nam, że miejscowi rolnicy trwają w strajku, którzy protestują przeciwko przekierowaniu wody w górę rzeki w celu nawadniania innych obszarów. W ostatnich latach w tym kraju stale występowała susza i widzieliśmy, jak Esfahan musiał poświęcić swoją rzekę, która jest już sucha od kilku lat, i skierować ją gdzie indziej, aby odzyskać cenny płyn niezbędny do utrzymania i rolnictwa, a także ogrodów. Rolnicy z Varzaneh toczą wojnę wśród biednych, podczas której władze musiały przekierować wodę, próbując ratować sytuację gdzie indziej, najwyraźniej ze szkodą dla nich. Dowiadujemy się, że jeszcze trzydzieści lat temu był to bogaty obszar, gdzie właściciele rywalizowali o robotników pochodzenia afgańskiego do pracy na polach, a teraz sami muszą wyemigrować do miasta w poszukiwaniu innej pracy. Aby to potwierdzić, widzimy, że wiele niezaoranych gruntów ulega pustynnieniu. Nic dziwnego, że są to dokładnie pierwsze obszary, które muszą doświadczyć skutków suszy i globalnego ocieplenia: położone na skraju pustyni, gdzie nic nie rośnie, cywilizacja osiedliła się w odległościach od kilku do kilkudziesięciu kilometrów od gór Zagros, których szczyty sięgają 4000 metrów i pomimo niewielkich opadów śniegu w zimie zawsze zapewniały wystarczające zasoby wody obszarom poniżej. Wodę transportowano kanatami (podziemnymi kanałami) lub wydobywano ją z głębokich studni i pozyskiwano ją przez zwierzęta gospodarskie za pomocą pomysłowych mechanizmów. Teraz ta obfitość w dużej mierze zniknęła, obecnie pada deszcz przez około 10 dni w roku i jakakolwiek forma życia jest nie do pomyślenia bez zewnętrznych źródeł. Ale duże miasta nadal odczuwają pragnienie, a coraz mniej pól prosi o wodę. Na szczęście ostatnia zima była deszczowa i znów pojawił się promyk nadziei. Pomoże nam to również zobaczyć słone jezioro szczególnie jasne dzięki niedawnym deszczom. Docieramy do pensjonatu, w którym umówiona jest wizyta, poznajemy pozostałą czwórkę gości (wśród których wyróżnia się Angielka, która od dawna mieszka w Turcji i wykazuje się dużą kulturą i znajomością miejsc) oraz Rahoullę, właścicielkę, która niedawno wyremontowała pensjonat z sytuacji całkowitego opuszczenia i obecnie skupia się na turystyce na okolicznej pustyni. Jest zdolną osobą, z którą kontakt jest przyjemnością i od której można się wiele nauczyć. Niedaleko odwiedzimy zamek, choć swoim wyglądem przypomina karawanseraj, był używany przez miejscowych, pośrodku którego wyróżnia się wieża gołębi; prawdziwa wieża zbudowana, podobnie jak wiele innych, przed pojawieniem się nawozów chemicznych do transportu rodzin gołębi i zbierania guana dla rolnictwa. Dzięki inteligentnemu systemowi stworzono w środku kilka tysięcy cel, z których każda miała pomieścić parę ptaków, z niewielkim występem na niższych piętrach, aby zapobiec przedostawaniu się guana do mieszkań mieszkających poniżej i zamiast tego pozwolić mu osiąść na dnie i zbierać je raz lub dwa razy w roku. Teraz zachowują swój własny urok, a dziury nadają budowli artystyczny styl, który przypomina budynek sakralny. Wąskimi schodami z wysokimi stopniami (regula w całym Iranie) wspinamy się na szczyt wieży, z której dominujemy nad wioską i lepiej rozumiemy jej wyjątkowość w kontekście pustynnym. Wyruszamy nad oddalone o około trzydzieści kilometrów słone jezioro, aby poczuć dreszczyk emocji (ale przede wszystkim ból pod podeszwami bosych stóp) chodzenia boso po słonej skorupie. W tym przypadku susza wyszła na dobre tym, którzy wydobywają sól: w ostatnich dziesięcioleciach jezioro (które dziś ma wymiary 250 x 30 km) zostało pokryte warstwą wody o grubości co najmniej jednego metra, co utrudniało prace wydobywcze: obecnie jest jednak tylko kilka centymetrów wody i nie ma już problemów z dotarciem do niego. Sól kuchenna używana w Iranie jest importowana, natomiast sól jeziorna jest wykorzystywana do różnych celów. Kiedy stopy powiedzą nam, że to wystarczy, a umysł potwierdzi, że po pół godzinie zobaczył i zabrał to, co konieczne, ruszamy dalej w kierunku wydmy oglądać zachód słońca, spacerując po nich boso.

Czekając na przyjazd o 19:30, jeździmy na nartach i snowboardzie po piasku, ponieważ Rahoullah przyniósł również w tym celu deskę. Pomimo pewnych chmur, w odpowiednim czasie zachód płonie dając mistyczne światła i kolory, które może zaoferować tylko pustynia. Schodzimy w dół, aby wrócić w pobliżu Varzaneh, stąd kierujemy się w innym kierunku, aż dotrzemy do nowego obszaru pustynnego, gdzie nie ma zbyt wiele i jest dokładnie to, czego szukamy: w wąwozie z dala od wszystkiego i osłoniętym od wiatru, nasz kemping zostanie zbudowany z dwoma namiotami przeznaczonymi dla czteroosobowych grup na noc. Ciemność zaczyna zapadać, ale ogień się rozpala, a oni zapraszają do ognia kebab z kurczaka, bakłażanów i pomidorów, których wykończenie nie sprawi nam trudności. Węży w tej okolicy nigdy nie widziano, zdarzają się małe skorpiony, ale tylko latem i w to chcemy wierzyć. Temperatura nie spada zbytnio i miło jest pospacerować po wydmach w oczekiwaniu na moment, kiedy zmęczenie zaprowadzi nas do łóżka. Księżyc jest prawie w pełni i działa jak latarnia uliczna, ku ubolewaniu tych, którzy udali się na pustynię, aby zobaczyć gwiazdy. W osłoniętej wydmami dolinie nic się nie porusza, panuje całkowita cisza, jest godzina 23:00 i uważamy, że najlepiej zakończyć dzień.

Nocleg
Pustynia Varzaneh (namiot)

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.