Day 6
Biały Koń
Terytorium Jukonu: miasto Whitehorse i znowu samotność na autostradzie Klondike wzdłuż rzeki Jukon
Poranek w Whitehorse
Budzimy się wcześnie, ale nie ma prądu, a co za tym idzie, wody. Powiedziano nam, że w okolicy przeprowadzane są prace konserwacyjne i że cały obszar jest pozbawiony prądu. Na szczęście benzyny wystarczy nam na dotarcie do odległej o osiemdziesiąt kilometrów Rancherii, czyli miejsca serwisowego, gdzie tankujemy, myjemy twarze i pijemy kawę. Odświeżeni jedziemy Alaską Hwy 1 w kierunku Teslina w pagórkowatym krajobrazie, pokrytym borealnym lasem lustrzane jeziora które to odzwierciedlają. Szczyty okolicznych niskich gór pokryte są śniegiem. Ogłoszenie 80 km od Teslin Incontriamo na ostatniej drodze. Nawet dziś rano temperatura wynosiła 10°, a w godzinach szczytu osiągnęła 25-26°, obecność słońca nie podlegała dyskusji.

Dojazd do Whitehorse
Autostrada Alaska na tym odcinku jest piękna, dopuszczalna prędkość to 100 km/h, ale bez problemu można jechać 120 km/h, widoki są wspaniałe. Minęło Rzeka Jukon dochodzimy do Kanion Hylesa, gdzie rzeka się zwęża ze względu na działanie wysokich skalistych ścian, które znacznie zwiększają prąd. Stwarzało to duże problemy w czasach, gdy nie istniały drogi, a Jukon był jedynym szlakiem komunikacyjnym. Wjeżdżamy do Whitehorse, stolicy Jukonu, która przy dwudziestu tysiącach mieszkańców sprawia wrażenie metropolii. Pod koniec wieku było to spokojne miasteczko liczące 500 mieszkańców, dziś jest mieszaniną starożytnego, pionierskiego uroku i nowoczesnego zmysłu urbanistycznego. Spójrzmy na historię SS Klondike (parowiec w służbie na Jukonie do 1962 r.), Drabina Rybna al Zapora Withehorse Rapids. Są to „drabinki”, którymi łososie pływają pod prąd w miejscu, gdzie powstała tama, w przeciwnym razie uniemożliwiłaby ona przepływ ryb. Widzimy także wieżowiec z bali, który nie robi na nas szczególnego wrażenia oraz Kościół Starego Bala (jedyna drewniana katedra). Po opuszczeniu miasta jedziemy Klondike Hwy. 2 w kierunku północnym: krajobraz zmienia się w kierunku zdecydowanie bardziej suchego terenu. Tylko więcej brzoz i zwyczajnych sosen rosnących wszędzie, wysokich i wąskich. Okrążamy jezioro Laberge i Fox, by ponownie spotkać się z rzeką Jukon, która wije się przez szereg zakrętów. Przylądki, po których droga się wspina, wydają się być stworzone specjalnie do ich podziwiania. Temperatura waha się od 30 do 32°. W rejonie Carmacks znajdują się tablice wskazujące lata, w których okoliczne lasy zostały zniszczone przez pożar, widzimy, że wahają się od 1958 do 1998. Pora roku wydaje się bardzo sucha, do tego stopnia, że kilka brzoz zaczyna już nabierać jesiennych barw. Tam, gdzie doszło do pożarów, runo leśne powoli zaczyna rosnąć, a szkielety spalonych sosen stoją jeszcze kilka lat. W dół widzimy tzw Bystrza Pięciu Palców, co utrudniało poszukiwaczom złota drogę w górę rzeki.
W centrum dla zwiedzających Whitehorse rezerwujemy hotel Skagway (z perspektywy czasu odkrywamy, że gdybyśmy tego nie zrobili, jedyną alternatywą byłby pobyt w samochodzie) i dzisiejszy „domek”. Biorąc pod uwagę, że telefony komórkowe są dostępne tylko na terenie Vancouver, te ostatnie nie mają nawet telefonów stacjonarnych, do tego stopnia, że dzwonimy do operatora, któremu przekazujemy kod alfanumeryczny, a on łączy nas drogą radiową. Moose Creek Lodge w rzeczywistości nie jest położony w gęsto zaludnionym obszarze. Pierwsze domy znajdują się w Stewart Crossing (obszar usługowy), a miasto Dawson City oddalone jest o 160 km. Ciężarówka z zaopatrzeniem przyjeżdża tylko raz w tygodniu i to dzisiaj wieczorem. Szwajcarka z Thun, która kupiła go w 2002 roku (wyemigrowała 8 lat temu) jest z niego zadowolona właśnie z tego powodu. Z sąsiadami nie ma żadnych problemów, a ona pozostaje młoda, gdy w zimie temperatury sięgają -50°, ale spędza czas w Mayo, ponieważ na drodze nie ma ruchu turystycznego i dlatego nie prowadzi się żadnych interesów. W tym okresie ogranicza się do tworzenia rzemieślniczych pamiątek, które będzie sprzedawał latem. Jest autentyczną miłośniczką wielkiej północy i nie gardzi interesami doprawionymi dobrą gościnnością. W ubiegłym roku pierwsze opady śniegu rozpoczęły się we wrześniu, natomiast w październiku śniegu padało w obfitości aż do maja. Drogi również są w dobrym stanie: regularnie odśnieża się śnieg i nie ma ryzyka oblodzenia. O tak, bo od wielu miesięcy temperatura nie podnosi się powyżej zera, więc opady pozostają śnieżne i mniej jest poślizgów. Z tego powodu nie rozsypują soli, co najwyżej piasku. Jest to jednak suche przeziębienie, które można znieść, przynajmniej dla tych, którzy są do niego przyzwyczajeni. Znajdujemy się w obszarze wiecznej zmarzliny, grunt pod nami rozmarza na kilka metrów, ale w głębi jest zamarznięty przez cały rok.






