Day 14
Powrót do Nepalu
Przejazd przez Most Przyjaźni i powrót do pogodnego Nepalu. Mieszane religie w Swayambunaht.
Dojazd do Kodari
W nastroju kogoś, kto żegna się ze snem, który dobiega końca, przygotowujemy się do opuszczenia Tybetu. Śniadania jemy w hotelowej restauracji, duże przestrzenie i mało treści. Wychodzimy na spotkanie z tymi, którzy w międzyczasie zostali naszymi przyjaciółmi, kierowcą i Lapu, przewodnikiem. Wymieniamy z nimi kilka formalnych słów, ale na scenie dominuje cisza. A szkoda, bo dzień jest wyjątkowo pogodny, co jest anomalią w tym miejscu, gdzie wilgotne prądy południowe spotykają się z chłodniejszymi z północy. Roślinność wiele mówi na ten temat. Ale nawet to nie wystarczy, aby wywołać uśmiech. Jest 8 i schodzimy w stronę mostu granicznego. Zostawiamy im to, co zostało w lokalnej walucie, a także rozsądny napiwek w dolarach. Jest 8.30, a granica otwiera się o 9: mamy jeszcze czas, aby obserwować, co dzieje się wokół nas, w tym odległym od świata, odległym od czasu miejscu. Niewidzialny dla nas ruch uliczny i polityka przekraczają most w obu kierunkach, w powiewie tajemnicy. Po drugiej stronie, po stronie nepalskiej, za bramą tłoczy się kilkadziesiąt osób, czekających na otwarcie bramy. Kiedy to nastąpi, zaczynają biec w stronę budki policyjnej znajdującej się w połowie mostu, aby uzyskać pierwszeństwo. Nie sprzedajemy jeszcze ciężarówek, tych które zapewne przejeżdżały nocą w zmiennym kierunku co inaczej nie mogłoby być, jedyna droga Kodari ze względu na ruch ludzi, samochodów, zwierząt i innych pojazdów mechanicznych nie pozwoliłby na to. Ponadto indyjskie ciężarówki (większość) lub nepalskie ciężarówki nie mogą przejeżdżać przez Tybet, co najwyżej mogą dotrzeć do Zhang Mu, tam wszystko jest przeładowywane na chińskie ciężarówki i kierowców. Po stronie chińskiej wszystko jest spokojne, urzędnicy docierają na posterunek graniczny, aby objąć służbę w nowoczesnym budynku w stylu chińskiego imperium, kilku podróżnych rozgląda się ze zdziwieniem, inni miejscowi czekają w pokojach wyznaczających ostatnie metry Tybetu. W rzeczywistości niewiele pozostało tu z Tybetu, jesteśmy na dnie peryferyjnej doliny, nawet jak na ten region, a architektura i twarze wyglądają typowo dla Chin. Kilka metrów dalej Tybetańczycy mieliby wolność, ale nie mogą jej dosięgnąć. Każdy, kto spróbuje, zostaje skoszony. Nigdy nie znaleźliśmy się w podobnym miejscu, azjatyckiej wersji Muru Berlińskiego wyznaczonego w tym przypadku strumieniem. Po bokach strome zbocza bogate w roślinność. Z jednej strony życie w szlachetnej nędzy, z drugiej w szlachetnym ucisku. Pośrodku żyjemy w sytuacji ludzi uprzywilejowanych, którzy swobodnie przemieszczają się z miejsca na miejsce. Nie ma dostrzegalnego napięcia, w końcu między obydwoma krajami istnieją normalne stosunki dyplomatyczne. Oczywiście wszystko jest pod większą kontrolą, niż możemy sobie wyobrazić: wiemy o chińskich strażnikach w cywilnych ubraniach, którzy krążą po Kodari, aby monitorować, co się dzieje, co jest nie do pomyślenia w żadnym innym zakątku świata. Wreszcie o 10:00 (7:45 czasu w Katmandu) granica się otwiera i jako jedni z pierwszych poddajemy się kontrolom: najpierw kontroli zezwoleń, następnie kontroli bagażu, a na końcu kontroli paszportowej. Wszystko trwa kilka minut, ale nie mamy się czego obawiać, podczas gdy Lapu błąka się po okolicy i tłumaczy urzędnikom, kim jesteśmy. W pewnym momencie znaleźliśmy się na zewnątrz i przyszedł czas na pożegnanie z naszym przewodnikiem, z którym dzieliliśmy ten tydzień. To wzruszający moment: wracamy do bliższego nam świata, ona pojedzie po Niemkę do Lhasy, aby rozpocząć nową podróż. Pożegnaliśmy kierowcę chwilę wcześniej, on musi wracać do Lhasy, ona zaś musi odebrać kilku klientów, aby dopełnili formalności celnych na wjazd do Tybetu, po czym znajdzie jakiś sposób na powrót do stolicy. Przynajmniej tak nam się mówi, ale w tym kraju pełnym tajemnic i rzeczy, które rzekomo wprowadzają w błąd, trudno jest oddzielić słowa od faktów. Faktem jest, że jesteśmy poza Chinami, ale wciąż po tej samej stronie. Tutaj zostajemy zaatakowani przez tragarzy, którzy zamierzają tam wnieść nasze walizki. Grzecznie odmawiamy, dopóki nie przeczytamy naszych nazwisk na kartce papieru. Gdy tylko rozpoznamy jednego z robotników naszego „przechodnia”, konfiskuje nam bagaże i razem z nimi przechodzimy przez most. Czas zdaje się płynąć w zwolnionym tempie, świadomi chwili, w której żyjemy, idziemy powoli, ale jednocześnie musimy nadążać za swoimi rzeczami. Chcielibyśmy się rozejrzeć, ale musimy iść pieszo i ominąć Nepalczyków, którzy spieszą się na przeprawę Most Przyjaźni co łączy i jednocześnie dzieli Nepal i Tybet jest pod nami i Bhote Kosi. Mamy tylko czas, aby pomyśleć o tym, ile prawdziwych historii przepływa tu każdego dnia i nagle okazuje się, że przekraczamy bramę po nepalskiej stronie. Tutaj wszystko jest inne i prawie wszystko ma mylący kształt bazaru. To wjazd i odjazd pojazdów po drodze, która nie byłaby w stanie ich wszystkich pomieścić, nawet gdyby był to plac apelowy, którą można pogodzić jedynie przysłowiową cierpliwością kierowców. Udajemy się na punkt graniczny w celu zarejestrowania wjazdu do Nepalu, bez wielu formalności, gdyż posiadamy wizę wielokrotnego wjazdu, wystarczy tylko przykleić zwykły znak i pieczątkę. Nasz przewodnik zostawia nas na ławce ustawionej wzdłuż bloków po lewej stronie: jego praca dobiegła końca, teraz przejmie nas nowy przewodnik i nowy kierowca. Ponieważ oboje spóźniają się na przybycie, mamy mnóstwo czasu na obserwację przepływu codzienne życie w Kodari (Zdjęcie 2, Zdjęcie 3). Tak widzimy scenę dzieci chodzą do szkoły, majsterkowicze, którzy krążą, aby realizować swoje podejrzane interesy, Indyjskie ciężarówki którzy zjeżdżają dzwoniąc, żeby kogoś nie przejechać, samochody, które na próżno przez kilka minut szukają miejsca parkingowego, czekając na spotkanie z grupą, z którą są umówieni. Po raz kolejny mieszkańców Zachodu jest niewielu, Chińczyków prawie nie ma, reszta to Nepalczycy lub Hindusi (trudno ich rozpoznać, bo mają te same rysy twarzy). Po dobrych trzech kwadransach opóźnienia w końcu dociera nasz zespół: wtedy odkrywamy, że na tych drogach nigdy nie można wyjechać wystarczająco wcześnie. Pochodzą z Katmandu i mają już za sobą dobre doświadczenia. Doświadczenie, które podwoi się po powrocie, tym razem z nami na pokładzie. Nie jesteśmy jednak przyzwyczajeni do takiego ruchu i każde wyprzedzanie to nieskończona chwila, która jednak może zakończyć się w jednej chwili, nawet tragicznie. Pierwsze wrażenie po tej części Nepalu jest takie, że rząd nie chciał inwestować w brukowanie dróg, celowo pozostawiając długie odcinki zakurzona droga gruntowa w arterii, która powinna być jedną z najważniejszych i najbardziej ruchliwych w całym kraju, gdyż łączy się z Chinami. Może to jest powód, a może to jest to częste osuwiska które w porze monsunowej spadają w prawdziwych lawinach błotnych (a może i jedno i drugie), faktem pozostaje, że jest to prawdziwe piekło zarówno dla tych, którzy tam mieszkają, jak i dla tych, którzy tam podróżują. To praktycznie smuga kurzu do tego stopnia, że był to jeden pas ruchu: osoby przyjeżdżające do Nepalu po raz pierwszy nie byłyby w stanie rozróżnić, czy jechały po prawej, czy po lewej stronie. Oczywiste jest, że ciężarówki i autobusy jadą powoli, ale równie oczywiste jest, że samochody osobowe wykorzystują każdą przerwę, próbując wyprzedzić, często na oślep.

Nadal nie wiadomo, dlaczego wypadki są stosunkowo nieliczne i kierowcy nie popadają w szaleństwo po krótkim czasie. Schodząc w dół, droga staje się bardziej przejezdna i można patrzeć z większą nadzieją, ale nie trzeba mieć złudzeń. Po kilkudziesięciu km, gdzie Tybet płynie dalej po drugiej stronie, granica skręca na wschód i znajdujemy się na terytorium Nepalu, gdzie rzeka tak bardzo traci swój rwący charakter, że otwiera płaskowyże, na których bawią się dzieci w wodzie. Przystanek do zobaczenia pokrzywka w pozycji wiszącej pod skalną ścianą, a druga pijąca drinka w barze w doskonałej pozycji wzdłuż rzeki który schodzi z Helambu, aby dotrzeć do ruchliwej stolicy. Dolina Katmandu jest przyjazna i przyjemna, droga wije się wśród zieleni pomiędzy wspaniałymi, zadbanymi domami i schludnymi uprawami, w otoczeniu zapierającym dech w piersiach przez okoliczne szczyty. Tuż przed wejściem do miasta, w pozycji ochronnej na szczycie wzgórza, widzimy ogromnego Posąg Śiwy z przylegającą świątynią. Wyjaśniają nam, że jest tam właśnie po to, by chronić miasto. W tym momencie pozostaje tylko pokonać to, co wieloletnie Butelkowanie w Katmandu i wreszcie dotarliśmy do hotelu o pierwszej w nocy. Mimo że musieliśmy czekać na samochód, który po nas przyjechał, dotarliśmy wcześnie o 2:15. odzyskiwanie strefy czasowej. Przejechanie 100 km zajęło nam jednak trzy godziny.
Miejskie oblicze Kodari
Zadowoleni z przeżycia tego doświadczenia, pamiętamy, że nawet nie jedliśmy lunchu. W tym celu zjemy kilka barów i tu znów jesteśmy gotowi na wyjście i odkrycie nowego zakątka Katmandu. Dziś kolej na Stupa Swayambunatha i miasto satelitarne Patan. Pierwsza jest wspaniałym przykładem współistnienia religii: chociaż stupa oba symbole buddyzmu można znaleźć wszędzie dookoła Hinduskie rzeźby ponieważ dziś większość populacji Nepalu to wyznawcy tej religii. Położony na zachodnich obrzeżach, położony jest na wzgórzu, do którego prowadzą dwie klatki schodowe. Z dużego placu na górze można podziwiać widok piękny widok na miasto i masz okazję podziwiać centralną stupę, otoczoną świątyniami, posągami i tłumem pielgrzymów skupionych na modlitwie. To miejsce nie jest wzorem dla zachodnich higienistek, ale my też już się do tego przyzwyczailiśmy. Schodzimy w dół zachodnie schody gdzie się spotykamy niektóre małpy i robimy też zakupy z dziewczyną rzeźbiącą obrazy w kamieniu. Kupujemy taki ze złożonymi rękami i pozdrowieniem Namaste (pozdrowienie boskości w tobie), aby powitać tych, którzy wchodzą do domu. Mogą to być tylko symbole, ale naprawdę są gościnni. Negocjujemy cenę z taksówkarzem, który zawiezie nas do Patan i tu rozpoczynamy zwiedzanie miasteczka. Z Katmandu nie ma ciągłości, ale jeszcze dwa wieki temu były to państwa-miasta, które silnie ze sobą rywalizowały. Konkurencja również pozytywna, bo zgłosił się na budowę kolejnej Plac Durbaru podobny do tego z Katmandu i niezliczonych innych charakterystyczne świątynie i budynki podbić rekord najpiękniejszego miasta. Na szczęście nic nie uległo zniszczeniu i teraz możemy zanurzyć się w tej miejskiej atmosferze, co oznaczałoby przeskoczenie kilka stuleci wstecz, gdyby nie ruch uliczny, który od razu przenosi nas z powrotem do teraźniejszości. Po kilku zdjęciach placu wchodzimy do środka w alejkach podczas wycieczki z przewodnikiem zaproponowanej przez LP, aby lepiej zrozumieć jego ducha.
Do godziny 19:00 musimy być w hotelu skąd w towarzystwie Prachandy i R.K. Do Gurunga (dwóch z Towarzystwa Trekkerów) pójdziemy pożegnalna kolacja. Miejsce nie mogło być wybrane lepiej, ponieważ w Bhojan odbywają się również Bhojan Griha pokazy taneczne folklorystyczny ze wspaniałymi strojami lokalnymi. Cieszmy się A jakie pyszne, tej prawdziwej, którą nam opowiadają, inne degustacje kuchni nepalskiej i w towarzystwie dwóch sympatycznych chłopaków mamy też okazję wymienić się kilkoma opiniami i piwami.
Gdy jest już godzina 23:00, żegnamy się z nimi, wdzięczni za ich życzliwość i doskonałą obsługę, jaką nam zapewnili. Lepszego nie można było znaleźć, nawet jeśli chcieliśmy być wybredni, nie znaleźliśmy nawet wady w ich organizacji. Nawet dzisiaj dzień był intensywny i dziś wieczorem nie mamy trudności z zasypianiem. Trzecią noc w ciągu dwóch tygodni zatrzymujemy się w Kathmandu Eco Hotel.






























