Day 3
Trekking Annapurna II
Więcej deszczu w dżungli aż do Bamboo (przez Chomrong). A na górze śnieg
Poranek na trekkingu po Annapurnie
Wczoraj wieczorem, po ustaleniu, że nie ma problemów z wcześniejszym zjedzeniem śniadania, nastawiliśmy budzik na 5.45, abyśmy od wczesnych godzin porannych mieli za sobą drogę (a właściwie ścieżkę). Niestety w nocy czujemy, że deszcz nie ustaje, a gdy budzimy się po spokojnym śnie, widzimy, że sytuacja się nie zmieniła. Schodzę na dół i rozmawiam z kierownikiem loży, z którym umawiamy się na ponowne spotkanie za półtorej godziny. Nie ma problemów z ponownym zaśnięciem, problem w tym, że gdy alarm włączy się ponownie, sytuacja pogodowa się nie zmieniła. Przygotowujemy się zatem na nowy dzień, w którym nie będziemy mogli obejść się bez pomocy parasola, a nasze myśli zaczną kierować się w stronę pesymizmu. Przychodzi ci do głowy, że przestudiowana w każdym szczególe podróż grozi rozbiciem statku (można to powiedzieć) z powodu deszczu, myślisz, że w miejscu, gdzie dolina zwęża się, a następnie otwiera w kierunku Sanktuarium, będą mogły wywołać lawiny, jak podano w przewodniku. I w każdym razie, nawet jeśli uda nam się dotrzeć do ABC przy złej pogodzie, myśl o konieczności wyobrażenia sobie, gdzie jest Annapurna i okoliczne szczyty, wcale nie uśmiecha się. Śniadanie będzie chwilowym zastrzykiem pewności siebie w postaci naleśników z dżemem. Rozliczamy się, otwieramy parasol i o 8.20 wyruszyliśmy dla naszego celu. Podczas zjazdu nasze myśli skupiają się na tym, co będziemy robić w ciągu najbliższych dni, bo trudno nam sobie wyobrazić nagłą zmianę. Nie mamy dokładnych prognoz, ale to, co mamy, pozostawia niewiele miejsca na optymizm. Alternatywą może być dotarcie do Chhomrong, a następnie zejście w kierunku dna doliny prowadzącej do Ghorepani, a stamtąd udanie się do Poon Hill, kolejnego pięknego miejsca, skąd roztacza się wspaniały widok na pasmo górskie. Unikalibyśmy ryzyka lawin, ale myślenie o zdobyciu punktu panoramicznego przy takiej pogodzie wydaje się oszukiwać samych siebie. Być może właśnie w tych momentach dojrzewa w nas idea nieustannego i kontynuowania realizacji wyznaczonego sobie celu, pozostawiając los jako arbitra naszej krótkiej przyszłości. Z nierównym zejściem docieramy do Nowego Mostu, w miejscu, gdzie ścieżka obniża się, aby dotrzeć do Rzeka Modi Khola, który po dniach deszczu opada mocno, ale nie gwałtownie, co jest wyraźnym sygnałem, że wyżej pada śnieg.

Przyjazd do Trek Annapurna
Ciek wodny ma swój początek w Sanktuarium Annapurny, wpada w jedyną szczelinę reprezentowaną przez dolinę, którą mamy zamiar wspinać się pod górę, a dalej w dół łączy się z Kali Gandaki, w którym zbierają się wody na zachód od Annapurny i Dhaulagiri (kolejnego ośmiotysięcznika w okolicy). Ścieżka przecina tarasy które mają zostać zaorane. Czasami nie są one uprawiane, ale wykorzystywane jako łąki dla bawołów i koni do wypasu. Podczas wycieczki nie spotkamy jaków, najwyżej kilka cieląt, których hinduska tradycja religijna zabrania zabijania. W mniejszym stopniu kozy i owce pasą się wokół domów. Na niektórych z tych tarasów rolnicy pchają pług ciągnięty przez dwa woły: już z daleka widać trud pracy, która tutaj jeszcze nie zna mechanizacji. Przygotowujemy się do zasiewu jęczmienia, jedynego zboża jakie rośnie w tych rejonach. Ciekawe, jak ci, którzy uprawiają ziemię, robią to również z deszczem, prawdopodobnie po to, aby wykorzystać jego większą miękkość, podobnie jak grupy kobiet zajęte są pieleniem. W międzyczasie zeszliśmy 1315 m: niska wysokość sprawia, że jeszcze bardziej odczuwamy wilgoć. Mimo deszczu nosimy szorty, a oddychanie staje się trudne, mimo że nie jesteśmy wysoko. Most (właściwie Nowy Most), który umożliwi nam dotarcie na prawą stronę orograficzną, jest w stylu tybetańskim i kiedy go przechodzę, patrząc na miejsce, w którym stawiam stopy na śliskich drewnianych deskach, powodują lekkie otarcie dłonią wkładając żelazny drut, który pełni funkcję połączenia pomiędzy dwoma metalowymi linkami podtrzymującymi most. Dotarliśmy do najniższego punktu i wszystko, co musimy zrobić, to wspiąć się z powrotem na górę w deszczu, w wilgoci i z pijawką, która, jak odkryłem, zagnieździła się w mojej skarpetce i wysysa moją krew. Wydaje się, że wszystko sprzysięga się przeciwko nam, lecz czeka nas wspinaczka w stronę Chhomrong kamiennymi schodami, które zdają się nie kończyć pod ciężarem plecaków ważących 12 i 10,5 kg. Ptaki drapieżne krążą po niebie z ponurym wyglądem. Chhomrong to ostatnia duża wioska przed wejściem do długiego „korytarza” prowadzącego do Sanktuarium Annapurna: w tej małej wiosce znajduje się skrzyżowanie trasy, którą moglibyśmy podążać, gdyby wdrożyliśmy alternatywny plan B do naszego pierwotnego programu. Odtąd istnieją już tylko wioski sezonowe, zamieszkane głównie w sezonie turystycznym, aby zapewnić wsparcie logistyczne turystom. Mają jednak zorganizowany wygląd, ponieważ ludzie spędzają tam kilka miesięcy wiosną i jesienią. Po ścieżkach znajdują się pola uprawne, ogrody warzywne i biegające kury. Tragarze chodzą tam i z powrotem między wioskami, aby dostarczać zapasy i wszystko, co niezbędne do przetrwania tych, którzy tam mieszkają i przechodzą. To prawdziwe ciężarówki na szlaki, z kuframi (ręcznie wyplatanymi włóknami bambusa) po brzegi zapakowanymi i ważącymi aż 30/35 kg. Opaska łączy głowy mężczyzn (czasami spotyka się także kobiety) z górną częścią pojemnika, aby zachować równowagę kosztem szyi. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co dzieje się ze stawami kolan i kręgosłupa pod ciągłym szarpnięciem podczas wchodzenia i schodzenia po niekończących się schodach. To praca jak każda inna w tych stronach. Ci, którzy nie pracują jako kurierzy między wioskami, robią to dla turystów, którzy wynajmują ich do noszenia plecaków i zapewnienia im bardziej relaksującego pobytu. Agencja w Katmandu gorąco poleciła nam tragarza za skromną sumę 100 dolarów za cały tydzień, wliczony jest pokój i wyżywienie. Choć nie jest to obowiązkowe, ich użycie jest wymagane także na pierwszych punktach kontroli ACAP i TIMS. Ustaliliśmy między sobą, że przewodnik podąża za nami ze względu na problem rodzinny w Pokharze i dotrze do nas tak szybko, jak to możliwe. Nie ze względu na masochizm czy formę oszczędzania chcieliśmy zrezygnować z tej możliwości. Chcieliśmy raczej użyć naszych mózgów, aby znaleźć drogę i odbyć podróż w czasach, które uznaliśmy za najbardziej odpowiednie. Znalezienie właściwych ścieżek jest również bardzo łatwe, a noszenie ciężaru naszych plecaków w całkowitej autonomii oznaczało dzielenie życia z miejscowymi nawet przez kilka dni. Trasa nie nastręczała żadnych szczególnych trudności, a możliwość bycia niezależnym wydawała się dobrym wyborem, także biorąc pod uwagę napięte terminy, w jakich musieliśmy się przeprowadzić. Na koniec trekkingu będziemy szczęśliwi z podjętej decyzji i być może także z gestu człowieczeństwa wobec nieszczęśnika, który miałby odbyć wędrówkę w nieco ponad 5 dni, podczas gdy przewodnicy wskazywali, że jest to wykonalne w 10. Faktem jest, że udało nam się wszystko zakończyć zgodnie z planem bez biegania: tyle że godziny codziennego chodzenia były dłuższe kosztem odpoczynku w łóżeczku.
Przerwa na pudding ryżowy po stromym podjeździe rozpoczynającym się o godz nowoczesny most nad Chhomrong Khola i ruszamy ponownie w stronę Sinuwy, na dotarcie do którego pozostało jeszcze 45 minut. Po raz pierwszy kupujemy wodę przegotowaną, co pozwala nam ograniczyć użycie plastiku i kosztuje znacznie mniej niż butelki (ceny wahają się od 50 Rs za Ghandruk do 100 Rs za Sinuwa, 130 Rs za Himalaya Hotel i MBC, aż do 150 Rs za ABC w zależności od czasu potrzebnego do wrzenia). Jednak wszystkie ceny ustalane są przez władze parku i rosną wraz z kwotą tylko wtedy, gdy istnieją konkretne powody. Nie znaleźliśmy żadnych spekulacji ani przy sporządzaniu cenników, ani przy ich stosowaniu. Po Chhomrong ładowanie akumulatorów kosztuje 100 rupii, to samo dotyczy ogrzewania grzejnikiem pod stołem (w razie potrzeby). Od tego momentu nie można wnosić mięsa ani jajek ze względu na lokalne wierzenia religijne. Na terenach wokół świątyń znajdują się tabliczki zachęcające do nieplucia i wypróżniania się. Ścieżką otoczoną kwitnącymi rododendronami i stromymi schodami w górę i w dół, utrzymując praktycznie tę samą wysokość, docieramy do Bambus kiedy jest teraz 16:30 i niebo przynajmniej przestał tryskać wodą. Za dwa dni marszu zamkniemy parasol na nie więcej niż godzinę. Jeśli chcemy widzieć pozytywny aspekt, to nawet dzisiaj możemy powiedzieć, że padał deszcz bez wiatru, który pozwolił parasolowi nas osłonić. Oczywiście wieczorem ubrania w plecakach są teraz wilgotne, mimo że nie nabrały bezpośrednio wody, a my wcale nie czujemy się gorzej. Znajdujemy domek (Pensjonat Buddy) zarządzany przez miłą panią o bogatych kształtach i nocujemy, wydając 300 Rs. To uczucie, gdy dotarliśmy o krok (w porównaniu z całą podróżą) od upragnionego celu i znaleźliśmy się w punkcie, powyżej którego nie można kontynuować podróży. Nie możemy sobie pozwolić na ryzyko: jeśli śnieg będzie nadal padał wysoko, możliwość utknięcia poza punktem krytycznym dla lawin będzie koszmarem. Lot do Lhasy mamy 27-go, a wcześniej musimy wrócić do doliny, wrócić do Pokhary i polecieć do Katmandu. Myśl, że mogliśmy już dotrzeć do końca kolejki, staje się spójna i brak możliwości podziwiania Annapurny odbierany jest niemal z udręką, dużym wysiłkiem i zaangażowaniem, aby poza naszym wzrokiem widzieć jedynie chmury. Doświadczenie było jednak pozytywne, nawet bez słońca widzieliśmy bujne doliny i nieznany nam model życia z wiejską pracowitością, pomimo braku tła najwyższych szczytów. Na koniec dochodzimy do wniosku, że nawet gdybyśmy się tu zatrzymali lub w najlepszym przypadku dotarli do Base Camp z chmurami zasłaniającymi widok na Annapurnę, bilans byłby już dodatni. Ale tutaj z pomocą przychodzą nam bóstwa Sanktuarium. Po zastanowieniu się, co robić, gdy próbujemy wysuszyć ubrania w zimnym i wilgotnym pomieszczeniu, wychodzimy i widzimy nieśmiało pojawiający się wśród chmur kobaltowy błękit, widok nieznany do tej pory. W domku spotykamy polskiego chłopca, który tę trasę odbywa z zupełnie innym duchem niż nasz: wspina się, jak mu się podoba, bez wcześniejszego organizowania etapów, a mając dużo czasu, bardziej oddaje się kontemplacji niż wędrówkom w „alpejskim stylu”. Jest też grupa Amerykanów, z którą omawiamy najbliższe dni i warunki pogodowe. Od czasu do czasu wychodzę i możesz rzucić okiem coraz bardziej niebieski zostań panem nieba. Kolacja oferuje nam roesti z jajkami i mięsem Momo, ale umysł jest zwrócony w stronę jutra: jaka będzie pogoda, jak daleko do celu, jakie niebezpieczeństwa wiążą się z lawinami. Rozmawiamy o tym między sobą i z innymi gośćmi, którzy mają te same wątpliwości. Idziesz spać do chłodnego pokoju, ale to jest całkowicie drugorzędne.









