Day 8
KTM – Lhasa (nie, Chengdu)
W dniu, w którym wyobrażasz sobie, że przybywasz do serca Tybetu, do Lhasy, los kieruje cię do żołądka Chin, do Chengdu.
KTM – Lhasa (nr
To, czego wkrótce doświadczymy, będzie wyjątkowym dniem, z jedynym niepozytywnym, niezaplanowanym wydarzeniem podczas całej podróży. Ale chodźmy po kolei: zanim zostaniesz odebrany z hotelu docelowego na lotnisku Tribhuvan, chodźmy i zróbmy coś wycieczka ulicami Thamel i przekonaj się, co mogą nam przynieść zakupy. Lot do Lhasy pojawia się punktualnie i (jak zawsze) czynności kontrolne charakteryzują się prostotą, jednak w pewnym momencie zostajemy podzieleni na dwie odrębne kolumny ze względu na płeć i poddawani dalszemu zbiorczemu przeszukaniu. Razem z nami przeważa reprezentacja Rosjan przeznaczonych na wyprawę do Kailash. Wszystko przebiega gładko aż do godziny po starcie, kiedy pilot lotu Air China oznajmia nam, że ze względu na burzę piaskową w Lhasie nasz lot uda się bezpośrednio do oddalonego o ponad 2000 km drogą lądową Chengdu. Wydaje się, że świat nagle się na nas zawalił: cel, o którym marzyliśmy od lat, jest pod nami i nie możemy wylądować, jakby przeznaczenie nie chciało, żebyśmy znaleźli się jednocześnie w tej mitycznej i nieszczęsnej krainie. Dwie godziny później znajdujemy się w stolicy Syczuanu, megalopolis znacznie przekraczającym 10 milionów mieszkańców, pośrodku parnej i niezwykle uprzemysłowionej równiny. Bycie w piątym najbardziej zaludnionym mieście Chin nie jest dla nas szczególnie ambitne, zwłaszcza, że nie chcieliśmy tam jechać; w rzeczywistości wydaje się to odwrotnością tego, czym musi być Lhasa (ze smogiem jako jedynym wspólnym mianownikiem). Ale teraz tu jesteśmy i musimy wykorzystać pecha jak najlepiej. Samolot stoi w miejscu niedostępnym dla kontaktu, wysiadają z nas autobusami i oprowadzają po tym ogromnym lotnisku. Informacje są ograniczone do najważniejszych, ale ogólnie są poprawne. Kiedy jest już późne popołudnie, przechodzimy rytualną kontrolę, nie jest tak źle, jak myśleliśmy, i po kilku minutach oczekiwania mówią nam, że musimy odebrać walizki i zostaniemy zabrani do hotelu w oczekiwaniu na wylot jutro rano na lot o 7.40. Postępujemy zgodnie z tym, co nam mówią, w nadziei, że obietnica zostanie dotrzymana, biorąc pod uwagę, że informacje zawsze mają na celu uratowanie komunikacji. Hotel jest przeznaczony dla dużych grup, ale wyposażony we wszelkie udogodnienia. O 19:00 pojawiamy się w restauracji, gdzie mamy grupę dwóch Chińczyków, dwóch Australijczyków i pięciu Włochów (dziwnie jest nam znaleźć się przy tym samym stole z naszymi rodakami) i bierzemy mnóstwo poczęstunku. Następnie opuszczamy hotel i kierujemy się pieszo w stronę zaludnionego obszaru, aby zwiedzić m.in lokalny zadaszony targ. Jesteśmy w sercu Chin, w miejscu, gdzie nikt by się do nas nie zgłosił, gdybyśmy zniknęli, z ludźmi, którzy nie znają ani słowa po angielsku. Ale nie czujemy się niekomfortowo, zwykli ludzie nie różnią się zbytnio pod każdą szerokością geograficzną i jeśli nie szukasz kłopotów, również trudno je znaleźć. Noc będzie krótka, ale intensywna i o Lhasie możemy tylko marzyć.

