Day 2
Trekking Annapurna I
Trekking do Sanktuarium Annapurna: lot do Pokhary, taksówką do Phedi, pieszo do Landruk
Tradycje i duchowość
Budzik dzwoni o 5:30: po nim następuje szybkie i obfite śniadanie, a o szóstej w butach i plecakach na ramionach wyruszamy na lotnisko Tribhuvan (tym razem po stronie lotów krajowych), a następnie na trekking do Sanktuarium Annapurna. Z Buddha Air polecisz do Pokhary z ATR400 przez około pięćdziesięciu pasażerów, wśród których znajdziemy także kilku tybetańskich mnichów. Przecież to właśnie dla nich jest linia lotnicza... Lot trwa 25 minut i pokonuje około 200 km pomiędzy krętymi wzgórzami, na wylocie jest pochmurno, ale na przylocie pada deszcz. Zbieramy plecaki przy ladzie charakteryzującej się domową prostotą. Za 1000 Rs wynajmujemy taksówkę, która zawiezie nas na początek trekkingu zlokalizowany w Phedi, czyli zespole budynków przeznaczonych przede wszystkim na poczęstunek dla turystów pieszych, ale także miejsce postoju dla taksówek jadących do Pokhary. To miasto nie wydaje się od razu bardzo uporządkowane, ale znaczne prace budowlane sprawiają, że myślimy o znaczącym rozwoju gospodarczym. Deszcz trwa wysiąść o 9:20. wystarczy, że otworzymy parasol i zaczniemy naszą przygodę z strome schody który wchodzi w gęsty krzak. Za godzinę docieramy do Dhampus w otoczeniu pola tarasowe nadal można uprawiać z ryżem (a także jęczmieniem i kukurydzą) i gdzie po raz pierwszy spotykamy się z nepalskimi wioskami i snopy szczudłowe. Pomiędzy domami znajdują się małe ogródki warzywne z pomidorami (osłoniętymi od słońca i wody baldachimami), kapustą i cukinią. Środowisko przypomina nam zaplecze północno-zachodniego Wietnamu, w rejonie Sapa.

Trekking Annapurnę
Życie wydaje się płynąć spokojnie, a także wodę na naszych parasolach. Natrafiamy szkoła akurat wtedy, gdy dzieci mają wyjść. Zdajemy sobie sprawę, jak uczniowie na całym świecie cieszą się z chwili opuszczenia budynku szkoły; Jednak i my wyciągamy kilka wniosków ze zwrotów namalowanych na ścianach szkoły: w naszej pamięci pozostaje napis po angielsku „rodzice są pierwszymi nauczycielami, nauczyciele są drugimi rodzicami”. We Włoszech nigdy tego nie czytaliśmy, a już zwłaszcza po angielsku. tutaj. Mijamy Nel Punkt kontrolny TIMS gdzie pokazujemy odpowiednie pozwolenie, natomiast w Pothana jest to z ACAP, akurat gdy deszcz staje się coraz bardziej intensywny. O tym, że odcinek ten jest popularny wśród turystów, świadczą liczne schroniska, herbaciarnie lub sklepy spożywcze. Zacznijmy od tego zejście w stronę Tolki i około 14:00 zatrzymujemy się na przerwę w herbaciarni Archana składającej się z dwa izolowane budynki oddzielony od ścieżki: naszym obiadem będzie prosty, ale smaczny placek z jabłkami. Menu wykorzystuje w jak największym stopniu produkty produkowane lokalnie (płatki zbożowe, warzywa, soczewicę, ziemniaki itp.) i różni się od lokalnej pizzy, dahl bhat, omletów, chleba, spaghetti, naleśników, zup/kasz i różnego rodzaju ciast. Ceny dań wahają się od 150/180 Rs do 350 Rs za pełny baht dahl. Jedyne dostępne mięso, czyli kurczak, zasługuje na osobną dyskusję, za które można wydać nawet 500/700 Rs; inne mięsa są nieobecne, ponieważ jest to kraj hinduski. Roślinność nie jest zbyt gęsta ale jest to klasyka subtropikalnej dżungli, z cechami obszaru bardzo deszczowego. Wyruszyliśmy ponownie, aby kontynuować podróż po schodach i dwóch podwieszanych mostach, aby po godzinie 16:00 dotrzeć do wioski, którą wyznaczyliśmy sobie na dzisiejszy cel noclegu: Landruk. Ścieżki wymagają ciągłej uwagi ze względu na pojawianie się korzeni drzew i kamieni: schody wydają się bezpieczniejsze, ale szybko powodują ból stawów od powtarzalnych ruchów, resztę robi wilgoć. Deszcz padał nieustannie przez cały dzień, z wyjątkiem ostatnich minut wycieczki, która w sumie trwała 7 godzin. Zamieszkujemy Hotel z super widokiem i tak by było, gdyby nie szara mieszanina mgły i chmur zasłaniająca widok na dolinę. Wydajemy 200 rupii na pokój dwuosobowy, który ma nawet łazienkę: jest prosty, ale wygodny i w tej chwili nie prosilibyśmy o więcej. Wydatek jest znikomy (ok. 2 €), szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że piwo kosztuje 350 Rs, ale trzeba to nieść na swoich barkach. Zamiast tego danie na obiad kosztuje od 150 do 250 Rs. Ciekawie jest obserwować, jak od wczesnych godzin popołudniowych menadżerowie lóż krążą po swoich budynkach i z dużą wrażliwością podchodzą do pieszych. Zaczynają ich wypytywać, jak leci, skąd przyjeżdżają, a na koniec pytają, czy szukają noclegu, wszystko bez nalegań. Nawet nie zmokliśmy, dzięki parasolom i pokrowcom na plecaki, które dobrze wytrzymały, a także deszczowi, który przynajmniej nie spadł niespodziewanie. Dowiadujemy się, że już od hotelu Himalaya może wystąpić ryzyko lawin, a na ziemi i tak leży śnieg, co na pewno nie jest dobrym prognostykiem, podobnie jak prognozy na smartfonie starszej Angielki, która kończy wycieczkę z Ghorepani i od tygodnia nabiera wody. Jedynym pozytywnym aspektem dla niej jest to, że ta wilgotna próba wkrótce się skończy. Jak w szopce, pod wieczór otwiera się druga strona doliny z Ghandrukiem i jego licznymi oświetlonymi wioskami. Po drodze spotykaliśmy wiele kobiet podróżujących samotnie lub z przyjaciółką, zawsze w towarzystwie przewodnika/tragarza. Spotkani na trasie ludzie pochodzą z Europy, z przewagą Francuzów, gdyż traktują Annapurnę trochę jak „swoją górę”, odkąd została zdobyta po raz pierwszy przez transalpejską wyprawę Wernera Herzoga w 1950 roku. Nie brakuje też Amerykanów i Azjatów z Japonii i Korei. Są one spotykane częściej w dużych grupach z wieloma przewoźnikami.












