Day 11
Shigatse
Shigatse: polityka i religia w klasztorze Tashilungpo. Shegar: pierwszy widok na Everest!
Poranek w Shigatse
Śniadanie w typowym tybetańskim stylu, dobrze bez pretensji do luksusu, na który nikt tutaj nie może sobie pozwolić. Ale najciekawszym aspektem jest żywy styl mebli, wydaje się, że cofamy się w czasie, w którym tradycja naznaczyła każdy aspekt codziennego życia. Samo niebo zdaje się emanować światłem wywodzącym się z jego kobaltowej barwy, podczas gdy słońce powoli wznosi się ku horyzontowi, bardziej ocieplając dzień intensywnymi kolorami niż wpływając na temperaturę. Obszar, przez który przechodzimy pomiędzy Gyantse i Shigatse to zasadniczo rolniczy, pod uprawę jęczmienia, a obecnie zaorywane są duże powierzchnie. Są to prywatne firmy, w których obowiązuje prosta forma mechanizacji, bardzo różniąca się od tego, co widzieliśmy w Nepalu. Wierzba jest jedną z niewielu roślin występujących na płaskowyżu, służy jako osłona przed wiatrem wzdłuż dróg i do ochrony domów, jest bardzo odporna zarówno na wiatr, jak i wysokość. Wykorzystywany jest także jako materiał budowlany. Konstrukcja domu zwykle składa się z dwóch poziomów: na parterze znajdują się zwierzęta i część magazynowa, a na górze znajduje się część mieszkalna.
Przed wjazdem do miasta udajemy się na lokalny komisariat policji, gdzie przewodnik stara się o pozwolenie na kontynuację, czyli udanie się w stronę zachodniej części Tybetu. Będziesz potrzebował jeszcze jednego, aby wejść do Everest Park. To czysta biurokracja, której celem jest stwarzanie trudności i zniechęcanie do masowej turystyki. Przecież dla tych, którzy mają uporządkowane dokumenty, jest to czysta formalność, z drugiej strony absurdem byłoby dojechać tak daleko, a potem zostać odesłanym do jednego z wielu stałych punktów kontrolnych napotykanych na trasie. Jednak wydanie tylko jednego pozwolenia w Lhasie odebrałoby tej przygodzie część uroku.
Tak naprawdę komisariat policji w Shigatse nie jest jeszcze otwarty, a raczej funkcjonariusz jeszcze nie przyjechał, żeby ostemplować i podpisać (nawet jeśli jest już 9.30), wrócimy później. W międzyczasie odwiedźmy tę mieszaninę czystej wiary i prorządowej religii jaką jest klasztor Tasz ja długiekpo. Pierwszą tworzą wierni, którzy intensywnie się modlą, którzy nalewają Jak masło (w rzeczywistości jest to tłuszcz roślinny, przynajmniej w tym przypadku) z pobożności i którzy, znowu z pobożności, zostawiają mnichom ogromne datki. Po drugiej stronie jest religia podporządkowana woli Pekinu. W przeszłości było 3600 mnichów, obecnie zostało ich 800. W czasie rewolucji kulturalnej zostali rozproszeni, zmuszeni do zawarcia małżeństw lub zabrani do ośrodków reedukacyjnych, z których niewielu wyszło żywych. Obecnie, aby zostać mnichem, trzeba uzyskać autoryzację organu rządowego (można to określić jako nową formę teokracji), w zamian otrzymuje się pensję jak każdy pracownik publiczny, a datki wiernych trafiają do kasy państwa. Przynajmniej tak czytaliśmy przy kilku okazjach, oczywiście poza Chinami. Co więcej, klasztor jest szczególnie znaczący i „delikatny”, ponieważ jest wybraną siedzibą Panczenlamy (drugie stanowisko religijne w buddyzmie tybetańskim). Mając do czynienia z formą, którą w skrócie można opisać wiceprezydentem (Panczenlamą), który mianuje prezydenta (Dalajlamę) i odwrotnie, obecnie mamy do czynienia z Panczenlamą mianowanym przez Dalajlamę kilka lat temu, ale porwanym w młodym wieku i zaginionym w jakimś ukrytym miejscu w Chinach oraz mianowanym przez partię komunistyczną, która znalazła w swoich szeregach mnicha szczególnie gorliwego i wrażliwego na sprawy stolicy i mianowała go na szefa wysoki urząd, tak aby to on mianował kolejnego Dalajlamę po śmierci obecnego. Można by pomyśleć, że to drugie nie zostanie zaakceptowane przez wiernych i czeka nas nowy ucisk i masakra. Jest oczywiste, że obecny Panczen mieszka w Pekinie i bardzo rzadko pojawia się w swoim naturalnym domu, Tashilungkpo. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z plątaniną intryg politycznych i religijnych, a my znaleźliśmy się w centrum wydarzeń. Jednakże powietrze, którym oddychasz, jest powietrzem każdego klasztoru, w którym krążą wierni i mnisi i gdzie trwają nieuniknione prace restauratorskie. Wydaje się widzieć pewien przepych, który w istocie nie szkodzi z estetycznego punktu widzenia: niedawno pomalowane ściany, zewnętrzne zasłony nie są postrzępione, stupy odrestaurowane tak, aby wyglądały na starożytne, mimo że mają kilka lat. To tak, jakbyś przybył na dwór religijny, gdzie czas nigdy nie płynął i wszystko działa idealnie, w kręgu cnót niczym plan filmowy. Warto powtórzyć, że tak naprawdę na pewno są wierzący, którzy swoją postawą budzą podziw, wierzący w sposób szczery, a nawet można powiedzieć niewinny. Ale taka jest ich religia i w swojej kulturowej prostocie wiedzą, jak wyjść poza ziemskich przedstawicieli Buddy. Reszty nie znamy, ale mamy mocne podejrzenie, że religia w tym miejscu nie reprezentuje całości myśli. W kaplicach znajduje się wiele obrazów przedstawiających dziewiątego, dziesiątego i jedenastego Panczenlamę. Nie ma jednak precedensów, bo wcześniej nie było zdjęć, aż dziwne, że nie ma ich portretów. Kiedy budowano klasztor, w miejscu najstarszej kaplicy znajdował się czarny kamień, który służył jako podstawa tybetańskiego cmentarza pod gołym niebem. Wewnątrz kompleksu widzimy wiele worków jęczmienia ofiarowanego przez pielgrzymów na wyżywienie mnichów, którzy wykorzystają go do przygotowania tsampy, nieuniknionego dania tybetańskiego.
Tradycje i duchowość
Z obecnych w klasztorze stup pozostała tylko ta czwartego Panczenlamy, pozostałe zostały zabrane przez rewolucję kulturalną, tak że relikwie pozostałych Panczenlamów znalazły miejsce w stupie czwartego.
Miasto Shigatse stało się teraz całkowicie chińskie, opróżnione ze wszystkiego, co historyczne i otoczone lasami budynków, które prawdopodobnie katalizują ludność wiejską w kierunku miasta, przekształcając ją w plutony robotników.
Opuszczając miasto przemierzamy pustynny teren ze skalistymi wzniesieniami, od czasu do czasu dostrzegamy małe wioski, które przetrwały dzięki elementarne formy rolnictwa, która wraz z kwotą zamienia się w hodowlę. Widząc ich z zewnątrz, można się zastanawiać, jak żyją: nieliczne grupy domów tego samego koloru co ziemia otoczone murami, do których zwykle jest przyklejona jak łajno do wyschnięcia. Wszystko wokół jest żółtawe wpadające w ochrę, bez źdźbła trawy. Choć rozumiemy, że kwiecień to początek sezonu, faktem jest, że odpowiedni czas na uprawę jest bardzo ograniczony. Prawidłowe wsparcie dla działalności rolniczej zapewniają częste drogi wodne schodzące z północnej strony łańcucha Himalajów, zapewniające zasoby wody niezbędne do uprawy jęczmienia na tarasach i niewiele więcej.
Przełęcz Tsuo La i autostrada Przyjaźni
Zatrzymujemy się w punkcie żywieniowym przy ul kamień oznaczający 5000 km od Szanghaju. Odległość znaczna, ale nie na tyle, żeby nie odczuć jej uciążliwej obecności. Zaskakujące jest jednak to, jak odległości kilometrowe są brane pod uwagę, zaczynając od Szanghaju, a nie od Pekinu. Oprócz kilku sklepów sprzedających napoje, jest tu kilku ulicznych sprzedawców, którzy starają się przekazywać podróżnym kamienie i naszyjniki o konotacjach religijnych (prawie jak różańce). Docieramy do przełęczy Tsuo La na wysokości 4526 m, całkowicie opuszczonej krainy, jeśli nie liczyć tysięcy flag modlitewnych wznoszących się nad wzgórzem. Wydaje się, że na ziemi pasą się nieliczne owce. Z Autostrady Przyjaźni zjeżdżamy do Sakya, do której docieramy 25-kilometrową dygresją polną drogą. Tutaj również otaczający krajobraz jest bardzo suchy, stada owiec i kóz szukają czegoś do jedzenia na zaoranej ziemi, choć prawdę mówiąc, nie wydają się być głodne. Mówi się nam, że wiosna w tym roku następuje bardzo późno, także dlatego, że będą dwa miesiące sierpnia, co wynika z kalendarza księżycowego, który musi być zgodny z kalendarzem słonecznym. Rozmawiając z przewodniczką, mówimy jej, że od dziś we Włoszech mamy nowy rząd i jesteśmy zaskoczeni, gdy wyjaśniając, jak zbudowany jest włoski system rządów, pytają nas, co oznacza parlament. Nie wolno nam zapominać, że w Chinach (a zwłaszcza w Tybecie) instytucje rządzące państwem mają zupełnie inny styl niż nasz, a parlament zastępuje Kongres, który zbiera się rzadko i tylko na wezwanie. Aby mieć pewność, że dobrze zrozumiałeś, w naszym przewodniku użyjemy cyfrowego tłumacza słowa parlament. Wzdłuż drogi panuje duża aktywność rolników, którzy orają lub pracują na polach. W tym przypadku większość pracuje z wołami, a tylko niektórzy mają już traktory. Sakia znajduje się na wysokości 4300 m, natomiast droga, którą pokonujemy, aby tam dotrzeć, to około 4000/4100 m. Jego znaczenie to Szara Ziemia, do tego stopnia, że wiele budynków ma inną kolorystykę niż klasyczne domy tybetańskie. Klasztor w rzeczywistości należy ona do szkoły Sakja i jest zarządzana przez „dynastię” mnichów, którzy mają prawo do zawierania małżeństw i posiadania dzieci do przekazywania linii na czele kompleksu. Zamiast tego prości mnisi muszą zachować celibat, jak wszyscy religijni ludzie w świecie buddyjskim. Wnętrze jest ciemne, spotykamy niewielu pielgrzymów i jesteśmy jedynymi turystami. Wnętrze ma bardziej surowy wygląd, zwłaszcza kaplica bóstw opiekuńczych, które wydają się mieć przerażające cechy, a niektóre z nich zostały nawet zakryte. Nie jest jasne, czy jest to rzeczywiście system mający na celu zaszczepienie jeszcze większego terroru, czy też rzeczywiście budzi strach. Faktem jest, że chcą reprezentować symbol wrogości wobec ignorancji. Chodzimy po okolicy spacerując po szczycie murów klasztoru wspaniały widok z góry o okolicy. Dowiedzmy się w ten sposób geometrię budynków, a także domy mnichów i tych, którzy tam mieszkają. Na zewnątrz znajduje się dawna wieś, która mimo swojego peryferyjnego położenia rozwinęła się. Wracamy na główną drogę, aby zmierzyć się z podjazdem w stronę tzw Mijam Gyatso La,

obok pasa asfaltu spotykamy stada, w których kozy coraz częściej ustępują miejsca owcom. Pasterze, którzy za nimi podążają, mieszkają w namiotach, w warunkach zapewniających wystarczające środki do życia, gdzie zimne i silne wiatry rzeźbią ich twarze do tego stopnia, że wyglądają na skamieniałe. Śnieg staje się coraz częstszy, pola śnieżne gniazdują zwłaszcza na dnie doliny, zakrywając w dużej mierze strumień, który kopie tunele pod lodową pokrywą, aby kontynuować podróż. Przełęcz znajduje się na wysokości 5248 m. zimno jest gorzkie z powodu wiatru ale nie jest to szczególnie irytujące. Chodzenie po płaskim terenie nie sprawia żadnych problemów, poza uczuciem bicia serca już po kilku krokach pod górę. Jadąc w dół, w okolicach km 5114 mamy tzw pierwszy widok na Everest (z dumą powiedział Qomolongma po tybetańsku oznacza Boginię Matkę Ziemi). Jest jeszcze odległa, niemal ukryta wśród innych gór, jednak jej kształt nie może budzić wątpliwości. Oto wreszcie jest przed nami. Przechowujemy pierwsze zdjęcia, nieważne, że jutro pogoda nam już nie pozwoli, a my nie możemy wyrazić słowa będąc w obecności najwyższej góry świata. Nie wiemy, ale to tylko przedsmak. Jutro będziemy mieli zaszczyt poznać go znacznie bliżej, a czas znów będzie naszym przyjacielem. Jesteśmy na wysokości 4500 metrów i zaczynamy widzieć pierwsze stałe wioski z tarasami. Hotel Qomolongma wg Shegara Jest w klasycznym chińskim stylu, duży i jednocześnie spartański. Nikt nie mówi po angielsku, a zamówienie piwa i innych rzeczy, których nie ma w standardowym menu obiadowym, jest przygodą samą w sobie. W pokoju jest zimno, ale śpisz dobrze pod kołdrą. Kiedy jesteś na dużej wysokości, wieczór jest zawsze taki sam: po kolacji zimno staje się bardzo dokuczliwe, a pójście spać jest jednocześnie lekarstwem na zmęczenie i lekarstwem na przeziębienie. Dziś wieczorem spacerujemy po tym niepozornym miasteczku i jedyne co nas przekonuje do pozostania na zewnątrz pomimo smagającego nas wiatru to pocztówkowy zachód słońca. Zachód jest spowity wszystkimi odcieniami, od żółtego po czerwony. Wracamy do naszego pokoju, który jest duży, mimo że łazienka jest bardzo mała, gdzie zastajemy temperaturę 11°. Pokładając na sobie dwie kołdry, będziemy mogli spędzić spokojną noc.
W miarę oddalania się od Lhasy uprzejmość Tybetańczyków pozostaje na najwyższym poziomie, aczkolwiek wpływa to na efektywność, prawdopodobnie ze względu na wiejski charakter miejsc, przez które przechodzimy. Turystyka jest niewielka, a ludzie pozostają odizolowani przez większą część roku. Same kelnerki nie są zdecydowane, czy wykonać otrzymane zamówienia, czy zostać i obserwować przed nimi gości. Od chwili, gdy o coś poprosisz, do chwili, gdy to otrzymasz, może minąć dużo czasu, ale warto być cierpliwym i tolerancyjnym wobec ludzi żyjących w tak odmiennym kontekście. Gdybyśmy tylko byli tak uprzejmi jak oni! Jest rzeczą oczywistą, że w Nepalu ludzie są równie uprzejmi, ale jednocześnie potrafią połączyć wrodzonego ducha życzliwości. Jest to trudniejsze dla Tybetańczyków, przyzwyczajonych do bardziej sztywnych i surowych warunków, a także do 60 lat ucisku. Faktem jest, że kiedy już ich poznasz, nie będziesz mógł powstrzymać się od pokochania ich sposobu bycia.


















