Day 7
Trekking Annapurna VI
Od spokoju Ghandruk po chaos w Katmandu: dwie twarze Nepalu, przyjaznego kraju.
Tradycje i duchowość
Około 5.30 pierwsi ruszają tragarze, otwierając oczy widać, że jest już dzień i pozostaje tylko wstać. Niedługo potem w powietrzu rozbrzmiewa muzyka om mani padme hum, płynąca z gompy, mantra brzmiąca jak hymn na cześć spokoju. Wychylając się z balkonu, możemy je zobaczyć powiewają flagi modlitewne na wietrze, w wysokie szczyty w oddali. Nie chcielibyśmy być nigdzie indziej na świecie i nigdy nie zaznaliśmy słodszego przebudzenia. Zabieg przypomina ten w wielkim hotelu: śniadanie w ogrodzie ze wschodem słońca nad Annapurną Południową, Hiun Chuli i nieco dalej, nad Machhapucchre. Nie mamy już do czynienia z elektryzującymi widokami wewnątrz Sanktuarium, ale miło jest jednym spojrzeniem zobaczyć poranne życie Ghandruk w połączeniu z majestatem szczytów, które zdają się je kontrolować. Czas na odpoczynek kończy się o godzinie 7.45, kiedy wyruszamy na ostatni etap, ten, który wiedzie nas z powrotem do drogi prowadzącej do Pokhary. Wydaje się, że ten ruch nigdy się nie kończy podczas 4-godzinnego marszu w wilgotnym upale: wioski, przez które przechodzimy (Syauli Bajar i Birethanti) są zamiast tego ostatnią okazją do zobaczyć, jak życie mija w prosty sposób, ale w sposób zsynchronizowany z wyrazem twarzy ciężko pracującego i dumnego społeczeństwa. Wydaje się, że teraz nogi idą samotnie ścieżką wzdłuż Modi Khola, zawsze błyszczącą, ale tutaj mniej porywczą niż w górnej części doliny. Spotkajmy się grube krzaki z ... rozweselić krajobraz, który sam w sobie zwraca się ku wzgórzom. Z zaskoczeniem spotykamy autobus i kilka samochodów zatrzymało się na placu. Niedawno wybudowana droga gruntowa, której jeszcze nie ma na mapach, podnosi „cywilizację” coraz wyżej. Z drugiej strony trzeba przyznać, że nie można ich uważać za udogodnienia dla miejscowej ludności, ale o podstawowe zaspokojenie jej podstawowych potrzeb. Życie w tych rejonach jest już bardzo trudne, a przyroda jest wystarczająco wroga. W końcu docieramy Naya Pul, obecnie wieś ze wszystkimi usługami, położona wzdłuż drogi asfaltowej. Jest to punkt wyjścia/dojścia dla turystów pieszych, a także baza, z której wyruszają towary do wyższych wiosek. Tutaj jesteśmy sprawdzani w odpowiednich punktach TIMS i ACAP, gdzie w ramach odprawy umieszczane są ostatnie pieczątki na naszych pozwoleniach. Zmęczeni, po 5 i pół dnia docieramy do asfaltowej drogi, gdzie czekają na nas liczne taksówki. Zamawiamy jednego za 1500 Rs i stawiamy czoła 70 km prowadzącemu do lotniska Pokhara. Plecak stał się już ciężarem pod każdym względem, skóra pali od słońca, jakie paliło nas przez ostatnie kilka dni, a moment, w którym „siadamy” w małym indyjskim Suzuki Maruti, traktujemy jako ulgę. Dopiero satysfakcja z pomyślnego przejścia trekkingu po Annapurnie w sposób i w czasie, jaki sobie wyznaczyliśmy, przynosi nam ulgę i sprawia, że czujemy się w doskonałej formie przed czekającą nas nową przygodą. Podróż krętymi drogami wspinającymi się po wzgórzach na zachód od Pokhary zasługuje na miano przygody samej w sobie. Przemierzanie wiosek, a także pokonywanie ciężarówek i autobusów wymaga dawki optymizmu i silnej wiary w zaświaty, która w tych momentach sprawia wrażenie, że jest się naprawdę blisko. Droga to cienki pas asfaltu otoczony dużymi, gruntowymi poboczami, kamienistymi i z głębokimi dziurami, które służą do omijania pojazdów jadących w przeciwnym kierunku. Dzięki udanym wyprzedzaniom i ryzykownym manewrom w końcu docieramy do celu i oddychamy z ulgą, biorąc lot Buddy Powietrza staje się to grą dla naszych tętnic wieńcowych. Ale właśnie tutaj przeżyjemy doświadczenie, którego prawdopodobnie nie ma podobnego w reszcie świata: w czymś, co moglibyśmy nazwać całkowicie opuszczoną salą odpraw, podczas gdy zamawiamy plecaki, aby zabrać ze sobą kosztowności i pakujemy możliwie najmniejszy bagaż w nadziei, że wszystko przejrzymy po przylocie, kontaktuje się z nami dwóch urzędników lotniska. Pytają nas, czy jedziemy do Katmandu i czy chcemy lecieć wcześniejszym samolotem, póki jest miejsce. Zadziwieni kiwamy głowami i chwilę po tym ruszamy na odloty z myślą o plecakach wyłożonych pomarańczowymi pokrowcami (przydatnymi przez pierwsze dwa dni), które niesiemy na ramionach w stronę luku samolotu. Kontrole w rodzinnym stylu, mało IT i dużo komunikacji werbalnej to najważniejsze cechy lotniska w Pokhara. Dlatego wyruszamy o 13:40 zamiast o 15:00. Kiedy ATR opuszcza pas startowy, czujemy ukłucie w sercu, opuszczamy jedno z najbardziej gościnnych i sugestywnych miejsc, jakie mieliśmy okazję dotychczas odwiedzić. Od tego momentu zdajemy sobie sprawę, że kiełkuje w nas ziarno nostalgii, tak jak nauczyliśmy się z doświadczeń tych, którzy wcześniej zaczęli bywać w tych miejscach.
Półtoragodzinna przewaga pozwala nam ruszyć do przodu z wizytą w stolicy, która częściowo była już zaplanowana na dzisiaj. Bagaż przyjeżdża ciągnięty przez nowy traktor (być może jedyna nowość na całym lotnisku) i jest dostarczane praktycznie po imieniu; jedziemy do hotelu, żeby je podrzucić i po prysznicu jesteśmy gotowi do ponownego wyjazdu. W całym tym zamieszaniu zapomnieliśmy o obiedzie, pierwotnie zaplanowanym w ramach krótkiej wycieczki po Pokharze. Nadrabiamy to dwoma znalezionymi gdzieś w walizce sztabkami i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odzyskujemy siły.
Plac Durbaru
Zmierzamy w stronę Plac Durbaru, być może jedyna seria pomniki naprawdę interesujące w Katmandu.

Najwyraźniej organ, który nim zarządza, zdał sobie z tego sprawę w porę i żąda 750 Rs za wejście na plac: to prawdziwa ogrom, jeśli weźmie się pod uwagę koszty życia Nepalczyków. Widzimy zatem, że maoiści dobrze zrozumieli już sztukę prowadzenia biznesu i przeciskania się turystów. Pomimo brudu strona jest interesująca i trzeba być pasjonatem lokalnej historii, aby naprawdę zrozumieć sztukę i historię w niej zawartą. Jesteśmy usatysfakcjonowani historią, której nauczyliśmy się od przewodników i tym, co wówczas przeczytaliśmy o pałacach i świątyniach, przed którymi się znaleźliśmy: w okolicy centrum ruch uliczny to istny koszmar, plac przedstawia obraz bardzo zdegradowany, daleki od szlachetnego spokoju wiejskich terenów, które właśnie opuściliśmy. O 19:00 jesteśmy umówieni na spotkanie z Prachandą z Towarzystwa Trekkerów w celu dostarczenia dokumentów niezbędnych do naszej podróży po Tybecie; ale próbując wrócić do Thamel, nie jesteśmy w stanie skręcić we właściwą ulicę (a może lepiej byłoby nazwać ją aleją) i musimy wyjść kilkaset metrów od chaosu ludzi, aby poszukać taksówki, która w środku kolejnego chaosu (tym razem zmotoryzowanego ruchu) zawiezie nas dzięki naszym sugestiom do hotelu, gdy tylko zbliżymy się do odpowiedniego miejsca. Przecież w Thamel nie ma nazw ulic, a tym bardziej numeracji. Wszystko opiera się na wiedzy, a gdy nie wiesz, pytasz innych kolegów, a oni idą w przeciwnym kierunku w tempie marszu lub jako wędrowcy. Szyba jest na stałe opuszczona, a niska prędkość przelotowa pozwala na wymianę wszelkich informacji. Na kolację udajemy się do restauracji Yak, na tej samej ulicy co hotel. Na nepalskie rozkłady jazdy jest już za późno i ponowne przegapienie wpłynie na naszą samoocenę, jeśli chodzi o orientację. Weźmy sizzler stek z jaka, który, jak odkryliśmy, identyfikuje system gotowania z żeliwną patelnią, używaną następnie jako naczynie do serwowania. Smak jest wyjątkowy i towarzyszy mu piwo Everest. To, choć przyjemne i o zawartości alkoholu 5°, będzie mniej dobre niż Nepal Ice (7°) degustowane w Ghandruk. W międzyczasie sklepy są zamykane (zwykle o 20.30), a restauracje starają się przyspieszyć wyjście klientów zaraz po tej godzinie. Na relaks mięśni po tygodniu zmęczenia decydujemy się na masaż ajurwedyjski. O 23:00, czyli w porze, którą Nepalczycy uważają już za ciemną noc, my też kładziemy się spać.
Jest rzeczą oczywistą, że nie ma porównania z górskim kontekstem Ghandruk, gdzie spaliśmy zaledwie 24 godziny temu. Spokój i ruch uliczny to dwie przeciwstawne i drażniące rzeczywistości.










