Day 5
Trekking Annapurna IV
Wschód słońca nad Annapurną: tytuł marzeń! A potem zaczyna się zejście
Trekking Annapurnę
O 5:15, czas wstawać, temperatura w pomieszczeniu wyniesie 11°. Nie żałujemy, że zakończyliśmy noc i widzimy, że na zewnątrz jest już jasno, kwadrans później słońce zacznie złocić szczyty po zachodniej stronie Sanktuarium. Dzień jest przepiękny, w nocy temperatura musiała spaść znacznie poniżej 0°, skoro idzie się spokojnie po stwardniałym śniegu. Nadal jest zimno, ale tego nie czujemy, od razu zakładamy wiatrówkę (na szczęście śpimy w ubraniu) i wychodzimy tam, gdzie są już inni ludzie z oczami skierowanymi w górę. Dziś także Annapurna I obserwuje nas, gdy docierają do niego pierwsze promienie słońca. Stoimy przed najtrudniejszym i najrzadziej zdobytym ośmiotysięcznikiem ze wszystkich, widząc ścianę nie wahamy się zrozumieć powodów. Śnieg w dzisiejszych czasach sprawia krajobraz jeszcze bardziej sugestywny. Wspinamy się na wzgórze i dajemy upust pracy kamery za pomocą środków foto i wideo. Gdy słońce wygina się w łuk na niebie, poranek nabiera ciepłych tonów, podczas gdy my trzymamy ręce zdrętwiałe z powodu zimna w naszych aparatach.

Ciepło, które nam przynosi ekstaza chwili sprawia, że zapominamy, gdzie jesteśmy, zdamy sobie z tego sprawę dopiero później, gdy ruchy staną się trudniejsze, a ból palców bardziej intensywny. Na sąsiednim wzgórzu wzniesiono obóz bazowy stupa ku pamięci Anatolija Boukreeva, rosyjski alpinista porwany przez lawinę tuż nad Annapurną w Boże Narodzenie 1997 r. Życie jest piękne, ale czy jest lepsze miejsce, w którym można dać duszy wieczny odpoczynek... Wokół pomnika powiewa tłum buddyjskich flag, niesionych przez wiatr, wznosząc do nieba zawarte w nich modlitwy. Wiele słyszeliśmy o Boukreeva, o jego wyczynach, o tragedii, która przydarzyła mu się na Evereście w 1996 roku, wywołując kontrowersje i rzeki atramentu. Teraz milczymy przed jego pamięcią, w ekstatycznym podziwie dla jego osoby i alpinizmu, który reprezentuje. Schodzimy na lekkie śniadanie; kiedy jest teraz 7:30. żegnamy się z menadżerem, którego gościnność będzie kolejnym znakiem świętości i rozpoczynamy zejście. Dowiadujemy się, że zeszłej nocy w domku zapłaciliśmy 300 rupii za pokój i 200 rupii za ogrzewanie piecem, co jest więcej niż uzasadnione. W miarę upływu czasu i spadku wysokości zaczynamy zapadać się w śnieg, ale nie sprawia nam to żadnych problemów. Po stronie Annapurna III tak wywołuje lawinę o dużych rozmiarach, które udaje nam się sfilmować, ale jesteśmy zdumieni jego siłą, zwłaszcza gdy dociera do dna doliny i wznosi się jak chmura grzybowa, rozświetlając nawet pierwsze promienie słońca wkradające się do doliny. Często zawracamy, żeby strzelić na cofające się szczyty i dojeżdżamy na chwilę pierwszy przystanek w MBC. Tymczasem wyprzedzają nas uczestnicy dziwnego wyścigu przełajowego rozpoczętego od ABC, którego bohaterami jest duża grupa Francuzów. Ponieważ Annapurnę po raz pierwszy wygrała drużyna francuska, na całej trasie spotykamy wiele transalpejskich szczytów. Zakładamy szorty i wracamy w dół doliny, która zabierze nas z powrotem do wiosek położonych niżej. Od czasu do czasu ponownie spotykamy Kanadyjczyka i wyprzedzamy się, gdy zatrzymuje się, aby zrobić zdjęcia (podczas gdy Amerykanie widzimy w Bamboo podczas przerwy w Dobhan). Niebo pozostaje czyste, wysokość sprzyja lepszemu oddychaniu, a szczęście staje się namacalnym elementem, w Hotelu Himalayan częstujemy się czarną herbatą. Po Deorali spotykamy się grupa entelli (dzikie małpy zamieszkujące las) i ja rododendrony kwiaty, które słońce czyni jeszcze bardziej olśniewającymi. Kilka kropli po południu zmusza nas do chwilowego otwarcia parasola, ale to drobnostka. W pewnym momencie zmęczenie ciężką nocą, plecakiem i długim marszem do Sinuwy zaczyna być odczuwalne, szczególnie jeśli chodzi o wejdź po ostatnich 830 stopniach które prowadzą do wioski, w której zamierzamy przenocować (pokój oferowany jest za 100 Rs). Docieramy tam tuż przed 16:00. Jest to spokojne miejsce, zamieszkane w sezonie przez kilka rodzin oferujących jedzenie i gościnność przechodzącym turystom. Ze zdumieniem zauważamy lodówkę tuż obok sali, w której będziemy jeść obiad i prosimy o wyjaśnienia, dowiadujemy się, że była ona wnoszona na różnych etapach przez grupy tragarzy. Pani, która zarządza lożą, opowiada nam, jak tragarze nie mają problemu z dźwiganiem na ramionach nawet czterdziestu kilogramów. Zamieniamy kilka słów z młodą parą Niemców, która również planuje zejść i spoglądamy na jutrzejszy cel, czyli Ghandruk, czyli dwie doliny dalej. Reszta jest naprawdę orzeźwiająca po kolacji, która znów jest na tym samym poziomie.








