Day 4
Trekking Annapurna III
Wielki dzień: po skoku na wysokość 2000 m docieramy do obozu bazowego pod Annapurną przy dobrej pogodzie.
Przed nami wspinaczka do Machhapuchhre
Dzień rozpoczyna się świetnymi perspektywami. Słońce zaczyna oświetlać szczyty, z których roztacza się widok na korytarz prowadzący do Sanktuarium i o 7.10 rozpoczynamy historyczny dzień z butami na nogach, co reprezentuje nasze doświadczenie w górach. Przed wyjazdem skonsultowaliśmy się z właścicielem domku, który zapewnił nas o ryzyku zejścia lawin. Pocieszeni ładujemy ciężkie plecaki i opuszczamy Bambus na wysokości 2300 m. Najpierw wchodzisz do lasu z krętą ścieżką i wszystkim przepełnionym wilgocią. Za godzinę i kwadrans docieramy do Dobhan, za kolejną godzinę jesteśmy hotelem Himalaya kontynuować w tym samym czasie w kierunku Deorali. Tuż przed wioską przekraczamy śnieżny most nad strumieniem schodzącym ze zboczy Hiun Chuli: następnego dnia, wracając, zobaczymy, jak się zawalił i będziemy musieli go ominąć dalej w górę rzeki. Za Deorali ścieżka skręca po wschodniej stronie potoku, aby ominąć odcinek zagrożony lawinami. dwa bardzo niebezpieczne mosty (w niektórych przypadkach podróżowanie po drugiej stronie jest jednak niebezpieczne) i w kierunku wysokości 3200 m. zaczynamy napotykać śnieg na ziemi. Wczorajsze przejścia i dzisiejsze słońce roztapiają go jednak. Wracamy na drugą stronę i ścieżka staje się bardziej stroma. W miarę zdobywania wysokości jesteśmy zmuszeni chodzić po śniegu, ale jeśli mamy zimne stopy (czego podczas chodzenia nie czujemy) nasza dusza zaczyna marzyć na widok pierwszych białych szczytów, dzięki uprzejmości wreszcie błękitnego nieba. Przed nami wspinaczka do bazy Machhapuchhre (MBC) składający się ze stromych schodów. Jesteśmy teraz na wysokości 3700 m. i zmęczenie jest odczuwalne. Pomiędzy wzlotami i upadkami mamy teraz 1600 m. pozytywnie za nami. Taki był dzisiaj nasz cel, ale pogoda, która obecnie jest łaskawa i niepewna przyszłości, skłania do ambitnego pomysłu. Oglądając po raz pierwszy, orzeźwiamy się suszonymi owocami Annapurna Południowa (7219 m). Mgły czasami zamykają horyzont, by wkrótce potem go ponownie otworzyć i przedstawić nowe scenariusze. Nie mając pojęcia, jak rozwinie się sytuacja, podejmujemy decyzję o przepłynięciu ostatnich 430 m. które prowadzą do obozu bazowego pod Annapurną (ABC). Spanie w MBC z pewnością byłoby lepsze dla aklimatyzacji i odpoczynku, ale życie składa się z wrażeń i czasami warto kierować się tymi kilkoma instynktami, które wciąż pozostawia nam zachodnia codzienność. W ten sposób gromadzimy pozostałe siły i wyruszyliśmy w podróż co przewodnicy wskazują w 1,5/2 godziny. Spędzimy 2,10 godziny, zatrzymując się za każdym razem, gdy płuca powiedzą nam, że nie mogą przyjąć wystarczającej ilości tlenu, aby kontynuować. Nie gardzimy nawet fotografowaniem i filmowaniem otaczającej nas wspaniałej scenerii, szczególnie wymownej przez mgły, które pojawiają się, tworząc lekkie chmury o różnych kształtach, a następnie znikają, pozostawiając scenę w górach pokrytych świeżo spadłym śniegiem. Jest to prosta trasa, trasa ciągle pod górę, gdzie przemieszczenie jest większe niż różnica wysokości. Nawet jeśli jest pokryty śniegiem, możesz poczynić spore postępy w topniejącym śniegu. Jest gorąco, a parowanie powoduje powstanie dużej ilości wilgoci, co musi być dość rzadkie na tych wysokościach. W miarę postępów kilka intensywnych lawin śnieżnych kapią niczym mleko do basenu niedaleko po naszej lewej stronie, zatrzymując się 150 metrów dalej. ze ścieżki, nie narażając się jednak na niebezpieczeństwo. Od czasu do czasu mgła nas otacza a widoczność wynosi zaledwie kilka metrów, co jeszcze bardziej utrudnia oddychanie. Pomyślmy o tych, którzy (aczkolwiek w innym czasie niż nasz) sprawiają, że podjazdy są znacznie wyższe i trudniejsze technicznie: nie mogą być niczym innym jak szaleńcami lub bohaterami, czasem obydwoma na raz. Ale w tym momencie nasz bezwarunkowy podziw kierujemy się do nich. Włożony wysiłek, wysokość i ciężar plecaka sprawiają, że ten ostatni odcinek jest swego rodzaju próbą ze szczęśliwym zakończeniem. W pewnym momencie w oddali widzimy Base Camp, złożony z szeregu budynków ułożonych mniej więcej na kwadracie. Nad nimi znajduje się Annapurna Południowa. Wysokościomierz pokazuje, że zostało jeszcze tylko 150 metrów, ale dystans do pokonania jest nadal znaczny. Teraz nie może już uciec i za pół godziny jesteśmy pod znakiem witającym nas u celu. Brak nam słów zarówno na ten wysiłek, jak i na emocje. Po 2000 metrach różnicy wysokości jesteśmy w bazie pod Annapurną (4130 m), nasz ostateczny cel, który jeszcze wczoraj wydawał się nieosiągalnym mirażem. Szczęśliwe znalezienie pierwszego dnia dobrej pogody i determinacja pozwoliły nam dotrzeć do celu. Po miesiącach nauki i przygotowań, długiej podróży i lokalnych podróży, jesteśmy tam, bez ruchu, rozglądając się dookoła, niemal z niedowierzaniem, a łzy wzruszenia płyną po naszych twarzach. W milczeniu słuchamy ciszy, która nigdy nie przestaje do nas przemawiać.

Przyjazd do Trek Annapurna
The Sanktuarium Annapurny otacza nas swoimi szczytami o wysokości od 6500 do 8091 m. wysokości. Poniżej widać zagłębienie pomiędzy Hiunchuli i Machhapuchhre, reprezentujące korytarz, z którego weszliśmy. Ten ostatni szczyt wyróżnia się teraz swoim klasycznym kształtem „rybiego ogona”, którego w ostatnich dniach nie udało nam się zobaczyć. Jest to ogromne ostrze ze skał i lodu, które skręca się, by przyjąć kształt, od którego wzięło swoją nazwę. Choć kończy się na wysokości 6997 m, jest jednym z najważniejszych szczytów regionu. Oprócz tego, że Machhapuchhre jest świętą górą w tym religijnym synkretyzmie, który w tych częściach łączy hinduizm z buddyzmem tybetańskim, który z kolei osiadł na poprzedniej religii Bön, Machhapuchhre jest nadal nienaruszalny właśnie ze względu na swoją świętość. Próbę wspinaczki na nią podjęto bezskutecznie około sześćdziesiąt lat temu, od tego czasu nie wydano żadnych pozwoleń na wejście. W tym momencie jedynie Annapurna I (ośmiotysięcznik w okolicy) jest nadal ukryta za coraz rzadszymi mgłami, które znikną wraz z zapadnięciem wieczoru. W międzyczasie chodźmy się pobrać w jednym z domków obecne, spartańskie i z chłodniami, nie tyle ze względu na styl wyposażenia (!), ale na temperaturę. Idziemy złapać oddech do refektarza schroniska, gdzie kierownik jest przemiły i pomocny jak piękne jest otoczenie na zewnątrz; siedzimy wokół stołu, pod którym pali się świeca piec naftowy (które często widujemy noszone w kanistrach o pojemności co najmniej 20 litrów w kufrach przewoźników): system ten ogrzewa kończyny dolne i pozwala wysuszyć mokrą odzież. Z bijącymi sercami z powodu wysokości i emocji związanych z przebywaniem w tym miejscu spotykamy przyjaznego Quebecu. Ma 69 lat i świetnie się tu wspiął razem z tragarzem. To postać, która podróżowała po świecie i wydaje się, że wszędzie czuje się swobodnie. W tych zakątkach świata można poznać ciekawych ludzi, z którymi można wymienić się doświadczeniami, a rozmowa toczy się nieprzerwanie aż do kolacji. Od czasu do czasu wychodzimy na zewnątrz, aby zobaczyć i doświadczyć magii, która nas otacza. Wydaje się to niewiarygodne, ale nepalscy szefowie kuchni potrafią gotować apetyczne dania nawet na tych wysokościach bierzemy na tę okazję domowe rösti z serem i smażonym ryżem z warzywami. Wszystko opiera się na kryteriach prostoty, ale gotowanie na patelniach wok i umiejętność dodawania smaku przyprawami sprawia, że wszystko jest bardzo przyjemne, biorąc pod uwagę, że dostępnych składników jest niewiele i że wszystko dociera w sakwach na ramionach tragarzy, których nieustannie widzimy krążących tam i z powrotem między wioskami. Zaglądając pomiędzy szafki, wszędzie widzimy pojemniki z dużą ilością jaj; wychodząc z założenia, że mnogość tutejszych kur nie uzasadnia takiej produkcji, wnioskujemy, że przewożone są w workach z największą uwagą hodowców. Kiedy kolacja się skończy, pozostaje tylko poszukać czegoś mało prawdopodobne zdjęcie nocne, podczas gdy umysł wędruje wzdłuż pobielonych grzbietów, które księżyc w pełni oświetla na tyle, aby ludzkie oko wyraźnie je rozróżniło i podziwiało. Są to chwile o intensywności, której nigdy nie doświadczyłeś, które wymazują wszystkie dotychczasowe wysiłki, chwile, których nigdy nie zapomnisz. Cisza Himalajów przemawia do nas i wita nas: teraz wreszcie jest dla nas jasne, dlaczego to miejsce określa się mianem Sanktuarium i dlaczego cały ten obszar uważa się za święty. Nazwa Annapurna oznacza Boginię Obfitości: nie mogło być inaczej. Jak powiedziano naszemu kanadyjskiemu przyjacielowi, motywacja i radość bycia tutaj prawdopodobnie dają nam więcej satysfakcji, niż niektórzy profesjonaliści górscy mogliby odczuwać wspinając się na te same szczyty. Ponieważ życie nocne w ABC nie oferuje żadnej innej rozrywki, przed 20:30 układamy się w śpiwory na noc, która nie wygląda na łatwą. W rzeczywistości trawienie staje się skomplikowane, materac nie amortyzuje w znacznym stopniu twardości leżącej pod nim deski, a wysokość utrudnia sen. W ciągłym półśnie wciąż udaje nam się przetrwać noc i zebrać kilka godzin fragmentarycznego snu. Najtrudniejszą rzeczą jest oddychanie: leżąc, przyswajasz mniej tlenu, zimno wymagałoby ukrycia głowy w śpiworze, ale to jeszcze bardziej ogranicza oddychanie, zmuszając cię do naprzemiennych nurkowań, aby ogrzać twarz powierzchnią, aby móc odpowiednio oddychać.















