Jezioro Półksiężyca
Zjeżdżamy windą na dół, gdzie tablica informuje nas o zakazie plucia (i to wszystko!). Z okazji Igrzysk Olimpijskich w Pekinie wyraźnie zakazano praktykowania tego zwyczaju w miejscach publicznych podczas igrzysk. Daleko mu do uznania za dyscyplinę olimpijską.
Na śniadaniu spotykamy kilka osób z naszej grupy etnicznej. To grupa Niemców, która opuściła Uzbekistan, przekroczyła go z zachodu na wschód, dotarła do Kirgistanu, przekroczyła granicę, aby dostać się do Kaszgaru i wreszcie dotarła tutaj. Zamiast tego przyjeżdżamy od wschodu i gdyby nie pewne nieistotne szczegóły, wydawałoby się, że cofnęliśmy się o czas, kiedy Jedwabny Szlak jeszcze istniał, a podróżnicy wymieniali się informacjami i doświadczeniami. Mówią nam, że Kirgistan jest bardzo piękny, nawet jeśli Dolina Fergańska jest nadal zamknięta przez władze ze względu na ryzyko starć zbrojnych. Bliskość Afganistanu sprawia, że pomimo spektakularnego charakteru nie jest to miejsce godne polecenia. Być może znak, że Talibowie i ci, którzy ich wspierają, mają pewne upodobanie do krajobrazów. Przejścia graniczne wymagają cierpliwości, czasu, a nawet pewnej wiedzy. Z doświadczeń zebranych w Kaszgarze polecają zobaczyć je ponownie w tym roku, bo wtedy stare miasto zostanie zastąpione nowymi budynkami.
DUNHUANG stanowiło niegdyś obowiązkowe przejście dla karawan podróżujących Jedwabnym Szlakiem pomiędzy pustynią Gobi a Taklamakan. Miasto założone w 121 rpne, którego nazwa oznacza Błyszczącą Latarnię Morską, jest żyzną oazą, której pola uprawne kończą się na zboczach wysokich wydm. Był to moment, w którym należało podjąć decyzję, czy okrążyć pustynię Taklamakan na północ, czy na południe; ten straszny i rozległy obszar, na którym nie ma życia i gdzie w wielu przypadkach samo życie jest pochłaniane i porywane przez ekstremalne warunki. W wielu miejscach czytamy, że jest to najstraszniejsza pustynia świata, ustępując wielkości jedynie Saharze.
Naszą wizytę zaczynamy od wydm ze śpiewającymi piaskami, Górą Roaring Sand (Mingsha Shan), 6 km na południe od miasta.
Tutaj też, a może jest jeszcze gorzej, bo to atrakcja przyrodnicza, wejście i to, co je poprzedza, niczym nie różni się od cyrku, gdzie żebracy próbują sprzedać najróżniejsze pamiątki. Tam, gdzie oaza spotyka się z pustynią, pośrodku wydm, kryje się Jezioro Półksiężyca (Yueya Quan) w kształcie półksiężyca, z którego woda źródlana kapie do zagłębienia, by wypłynąć na powierzchnię. Powiedziawszy, że jezioro to niewiele więcej niż staw (choć bardzo sugestywny) i że piasek śpiewa tylko jeśli masz dużo wyobraźni, ponieważ gdy sprzęgło się ślizga, powinno wydawać dźwięk podobny do gwizdka, miejsce samo w sobie jest fascynujące. Wydmy przypominają nam to, co widzieliśmy już na Gobi, którego prawdopodobnie są bliskimi krewnymi. Porzucamy pokusy postępu i technologii, zdejmujemy buty i boso wyruszamy na grań, która ciągłym podjazdem prowadzi nas na pierwszy „szczyt”. Spektakl jest imponujący, wiatr pędzi zasłaniając nasze kroki, jakby chciał zatrzeć przeszłość i przywrócić porządek poprzedzający nasze kroki. Na południu widać naprzemienne wydmy, na północy drobno brukowane wejście ze zwykłymi dużymi placami pełnymi ludzi. Na szczęście tych, którzy chcą zrobić kilka kroków, jest jeszcze niewielu i można zanurzyć się w otoczeniu, a także w piasku. Oczywiście nie brakuje udogodnień dla tych, którzy nie chcą niczego przegapić: quady gotowe czekać na zmęczonych turystów na górze, wielbłądy wspinające się gęsiego w kierunku punktu pośredniego, udogodnienia do paralotniarstwa, zjeżdżalnie na piasku i wszelkie inne formy karczowania pieniędzy. Osoby wchodzące na wydmy zamiast zdejmować buty, mogą wypożyczyć getry, które zapobiegną przedostawaniu się piasku do butów. Biorąc pod uwagę pomarańczowy kolor, możesz być także pewien, że nic nie zginie.
Niedaleko wejścia znajdują się ogrody, które pokazują, jak staranne nawadnianie może sprawić, że nawet na pustyni wszystko rozkwitnie. Istnieje nawet bakłażan z wiszącymi owocami. Zamiast tego następuje demonstracja, jak naturalne udogodnienia mogą zostać zanieczyszczone przez zwykłe place, stragany i wszystko inne, za co można wycenić. Przecież za wstęp na wydmy też trzeba zapłacić i powiedzielibyśmy, że zasłużenie. Chińscy turyści są uwieczniani w każdej pozycji, skupiając uwagę na sobie, gdy to właśnie krajobraz zasługuje na obserwację i refleksję.
Wielbłądy wracają do bazy gęsiego. Nie mają już nikogo na pokładzie, ponieważ zabrali już swój cenny ładunek turystów w stronę wydm. Zakładając na chwilę klapki na oczy i wpatrując się w kolumnę wielbłądów na tle wydm, zdajemy się wracać myślami do czasów, gdy przez te strony przejeżdżały karawany eksportujące jedwab i importujące zachodnie artefakty. Podstawowym i jedynym środkiem umożliwiającym tranzyt były „statki pustynne”. Teraz kupcy nadal istnieją, ale stracili szlachetność swojego zawodu.
Lunch w Dunhuang po raz kolejny charakteryzuje się ostrymi smakami.
Popołudnie poświęcone jest jaskiniom Mogao, 25 km na południowy wschód od centrum. Na ścianie z piaskowca jaskinie „Tysiąca Buddów” mają 1600 lat. Freski ścienne o powierzchni 45 000 m2 i dwa tysiące malowanych rzeźb powstały w ciągu tysiąclecia, od IV do XIV wieku. Jaskinie stanowią najwyższy wyraz sztuki buddyjskiej w Chinach z najbogatszym skarbem buddyjskich sutr, malowideł ściennych i rzeźb.
Legenda opowiada o mnichu buddyjskim o imieniu Lezun, który w 366 roku miał wizję: tysiąc Buddów. Następnie przekonał bogatego pielgrzyma Jedwabnego Szlaku do założenia pierwszej znajdującej się tu świątyni. W miarę upływu wieków świątyń rozrosło się do ponad tysiąca, a wraz z nimi budowano schrony, składnice tekstów sakralnych i kaplice wotywne. Między IV a V wiekiem. mnisi z Dunhuang zebrali liczne zachodnie rękopisy, a wielu pielgrzymów, którzy przechodzili przez to miejsce, malowało freski w jaskiniach, a także zostawiało ofiary i modliło się o spokojną podróż.
Trafny i łatwo zrozumiały przewodnik prowadzi nas do zrozumienia tajemnic i powodów, które pozwoliły na powstanie tego miejsca z dala od dużych ośrodków, ale blisko kluczowego miasta na Jedwabnym Szlaku. Fakt, że Via ustąpiła wówczas miejsca szlakom morskim w tranzycie towarów do i z Europy/Bliskiego Wschodu, spowodował, że na kilka stuleci wszystko znalazło się w pozycji zdecentralizowanej, w zapomnienie. Wynika to z istotnej integralności artefaktów. Szczęśliwym trafem w 1963 roku rząd w Pekinie zdecydował się na restrukturyzację, która zakończyła się w ciągu kilku lat. Wydaje się, że podczas rewolucji kulturalnej, która rozpoczęła się w 1966 r., gorliwa Czerwona Gwardia „zapomniała” zniszczyć to religijne dziedzictwo przeszłości. Wydaje się jednak, że sam Zhou En Lai interweniował, aby zapobiec definitywnemu rozproszeniu tej integralnej części kultury kraju. Po 1982 roku wznowiono prace, aby osiągnąć obecny stan. Mocarstwa zachodnie, które na początku ubiegłego wieku sprowadziły Chiny do państwa subkolonialnego, przyczyniły się do wysiedlenia z kraju i częściowo do utraty księgozbioru. Przy współudziale mnicha taoistycznego, który przypadkowo odkrył w jaskini 17 tysiące rzadkich, jeśli nie unikalnych książek pochodzących z najstarszych epok, europejscy poszukiwacze przygód przywłaszczyli sobie te materiały i sprzedali je najważniejszym muzeom na świecie. W ten sposób dzisiaj w British Museum znajduje się Diamentowa Sutra, najstarszy drukowany tekst. Historia odkrycia nadaje się na film o Indianie Jonesie i byłoby miło, gdyby książki nadal były na swoim miejscu lub w pobliżu. Niektórzy sprzeciwiają się temu, że gdyby teksty trafiły w ręce rewolucjonistów, zostałyby zniszczone. Faktem jest, że są one obecnie rozproszone po całym świecie, a w niektórych przypadkach nawet ukryte w niektórych prywatnych kolekcjach.
Podczas wizyty na szczególną uwagę zasługują dwa posągi siedzącego Buddy, o wysokości odpowiednio 34 i 27 metrów. Pierwsza reprezentuje trzecią co do wielkości istniejącą reprezentację. Pozostałe dwa występują także w Chinach. Istniała jeszcze większa czwarta, ale została zniszczona przez szaleństwo szukania sprawiedliwości przez talibów w Afganistanie. Wierni mogli dotykać posągów i spacerować wokół nich. Wraz z otwarciem tego miejsca dla turystyki liczba odwiedzających wymagała zamknięcia obwodu, który nadal ma głębokie znaczenie religijne w kontekście dobrobytu. Budowa 34-metrowego Buddy. zaczynało się od dołu, podczas gdy we wszystkich innych przypadkach zaczynało się od głowy. Zawsze składa się z drewnianej konstrukcji, która pełni rolę szkieletu: zewnętrzną część wykonano z wapna, a wykończenia wykonano z błota zmieszanego ze słomą, co pozwala na lepsze modelowanie kształtów. W pobliżu znajduje się także leżący Budda podobnej wielkości do tego, który można zobaczyć w Binglingsi.
Jaskinie i posągi zostały zbudowane na zlecenie lub przez rodziny, aby upamiętnić zmarłych. Jedynym, że tak powiem, „publicznym” jest 27-metrowy Budda. co wymagało 12 lat pracy. Zamiast tego inne jaskinie zostały zbudowane przez kupców, którzy przeszli pustynię bez szwanku lub którzy przygotowywali się do tego i dlatego potrzebowali boskiej pomocy. Pierwsze rzeźby pochodzą z początków buddyzmu w Chinach, należy jednak zaznaczyć, że to właśnie stąd religia ta przedostała się do kraju, pochodząc z północnych Indii, gdzie narodziła się około 900 lat wcześniej. W jednej celi znajduje się posąg Buddy w wersji Mona Lisy, gdyż ma on nieobecny wyraz twarzy, z którego nie wiadomo, czy jest poważny, czy uśmiechnięty. Być może jest to po prostu niezbyt udana kreacja i wychodzimy z przekonaniem, że Chiny nie wyprodukowały jeszcze Leonarda.
Przewodnik mówi nam również, że nie warto próbować zrozumieć, który to Budda, gdy znajdziemy się przed rzeźbami, ponieważ nie ma precyzyjnych zasad: Nibbana z przeszłości, Siakjamuni z teraźniejszości, Maytreja przyszłości itd. Zwykle Budda teraźniejszości znajduje się w centralnej niszy: Apsary są zwykle malowane na suficie i są jedynie następstwem, ponieważ należeli do niezbyt wysokiej klasy społecznej i w związku z tym nie zasługiwali na posągi, ale byli wyłącznie malowani.
W przeszłości nie było ścieżki balkonowej łączącej dziś różne cele, każdy miał dostęp do własnych schodów, a jaskinie nie komunikowały się ze sobą. Zacementowano także elewację, co zabrało coś z obrazu starożytności, ale posłużyło do zachowania tego miejsca na przestrzeni czasu. Cele są z kolei zamknięte okiennicami, które przepuszczają powietrze, a nie światło, a jakakolwiek forma fotografowania jest zabroniona. Jest to miejsce, które warto zobaczyć i które usprawiedliwia sławę Dunhuang, o której wspomina się także w każdej dyskusji na temat Jedwabnego Szlaku.
Kiedy cienie nad pustynią zaczynają się wydłużać, ruszamy w stronę Liuyuan, oddalonego o 120 km, czyli pół godziny jazdy; tutaj znajduje się stacja kolejowa, z której odjeżdżają pociągi do Turpan. Droga przecina przedmieścia pełne rolników chcących zbierać plony, przechodzi przez mniej żyzne obszary, na których uprawia się melony (często znajdują się tam stragany, w których można je kupić na świeżo i są wyposażone w pergole do suszenia), i wreszcie wpada na prawdziwą pustynię. Nieliczne krzaki przerywają przestrzeń żwiru, na tle której znajdują się płaskorzeźby. W pewnym momencie słońce przybiera ciepłe kolory zachodu i znika za zachodnimi górami. Miasto nie ma nic do pokazania poza małym miejscem, w którym nie trzeba być zbyt wybrednym, aby zjeść obiad. Podróż pociągiem w Chinach nie jest taka prosta: nawet jeśli masz bilet, musisz wiedzieć, do którego pociągu wsiąść. Chcąc zwolnić przewodnika i kierowcę, którzy muszą dotrzeć do Lanzhou w nocy, mówimy im, że mogą jechać po przejściu kontroli i wejściu na stację. Ponieważ na tablicach widnieją jedynie napisy w języku chińskim, a domyślanie się komunikatów z rozkładu jazdy może być niebezpieczne, przewodnik przekazuje nas pasażerowi udającemu się w tę samą stronę co my. Ten chłopiec opiekuje się nami jak dwójką nieletnich i odprowadza nas do naszej koi, gdy przyjeżdża pociąg, gdy jest już północ. Pociąg przyjedzie z półgodzinnym opóźnieniem. Oczywiście nie mamy wspólnego języka, ale dzięki gestom możemy się zrozumieć za tę odrobinę, którą mamy do przekazania. Już drugi raz z rzędu możemy liczyć na ścieżkę dźwiękową chrapiącego, dlatego nasza noc nie należy do najwygodniejszych.