Poranek u Buddy Maytrei
Nieuniknione trąbienie, które rozbrzmiewa na głównej ulicy, mówią nam dzień dobry: gdybyśmy mieli pokój od strony ulicy, z pewnością obudzilibyśmy się, zanim włączył się alarm. Przed śniadaniem wykorzystujemy wspaniały dzień, aby delektować się wschodem słońca w otoczeniu pachnącym górami i duchowością. Podążamy ścieżką kora południowa (wycieczka po klasztorze Labrang) usiana poza 1000 kółek modlitewnych. Tuż po 7 jest już pełno wiernych buddyzmu lamaistycznego, którzy modlą się na różne sposoby wymagane przez ich religię: kręcą kołami, kładą się na ziemi w stronę klasztoru, posuwając się bokiem krok za krokiem. To niesamowity świat: ludzie przybywający z innych miejsc w Chinach, z Mongolii czy z samego Tybetu spotykają się w tym miejscu, które od wieków jest jednym z głównych kierunków tej gałęzi buddyzmu. W ich strojach widzimy wiele ubóstwa, a także niemal całkowite porzucenie swoich przekonań. Ci, którzy w pełni przyjęli tę religię, nie przejmują się sprawami ziemskimi, mając świadomość, że liczy się życie pozagrobowe. Oderwanie, które nie jest łatwe do zrozumienia dla tych, którzy pochodzą z kultury całkowicie bezpośredniej. Słońce zaczyna wschodzić i rzuca swoje promienie na dachy świątyń od wschodu, nadając im złoty blask. Przechodzimy przez most nad ul Strumień Daxii wspiąć się na wzgórze. Nazywa się to taras tangki. W tym miejscu znajduje się bowiem niemal pionowa zjeżdżalnia, na której w czasie wakacji prezentowana jest tangka, czyli słynne gobeliny z święte rysunki. Z balkonu wychodzącego na Xiahé wyraźnie widać dwie dzielnice miasta oddzielone kompleksem klasztornym Labrang. Kiedy wracamy na śniadanie jest 8.30, a karty aparatu uwieczniły już kilka scen z życia miejscowości. Posiłek również byłby obfity, ale najbardziej podoba nam się otoczenie: a półzamknięty dziedziniec u góry z klasycznymi flagami, które nadają folklorystyczny ton. Kiedy wychodzimy z Canem, podążamy znaczną częścią kory, gdzie spotykamy wielu pielgrzymów zaangażowanych w rytualne okrążanie.
Tradycje i duchowość
Po drodze pojawiają się różne tematy, które przewodnik cierpliwie nam wyjaśnia: mnisi zazwyczaj wchodzą do klasztoru bardzo młodzi, często są to nawet dzieci, co czasami pozwala im uniknąć życia na ulicy i trudów. Jednakże nikt, kto zdecyduje się opuścić klasztor, aby poświęcić się życiu świeckiemu, nie może już wrócić. Powierzchnia zespołu klasztornego jest znacznie mniejsza niż wtedy, gdy Mao zarządził jego zniesienie; na dowód tego wystarczy porównać obecną rozbudowę z tą przedstawioną na zdjęciu znajdującym się w recepcji naszego hotelu. Przed 1959 rokiem w Labrang mieszkało około 5000 mnichów, obecnie jest ich 2000. Większość budynków została zburzona lub poważnie uszkodzona w czasach, w których ślepy materializm doprowadził również do pracy przymusowej lub równie przymusowych małżeństw (los, który dotknął nawet szóstego żyjącego Buddę, który reprezentuje trzecią pozycję w buddyzmie lamaistycznym po Dalajlamie i Panczenlamie) wszystkich mnichów.
Trwająca obecnie rekonstrukcja, przy użyciu tej samej metody konstrukcyjnej, co dawniej, sprawia wrażenie, że świątynie są oryginalne.
Wzdłuż trasy znajdują się stragany, na których sprzedają miejscowi gałązki cyprysu, które są używane w piecach zamiast kadzideł i rozprzestrzeniają w powietrzu gryzący zapach. Brud podobny do pelletu służy temu samemu celowi.
Niektórzy wierni wokół klasztoru klękają lub kłaniają się, a liczba ta sięga nawet 10 000 lub 100 000. Obiecane są jako ślubowanie i są składane po otrzymaniu łaski, na przykład aby zdać egzamin, obietnica zwykle wynosi około 1000, udaje się do klasztoru i pada na twarz przed bóstwami.
Wizytę w klasztorze Labrang (lub po chińsku Labulengsi) prowadzi miejscowy mnich z tradycją amarantowa tunika. Od 1709 roku, w czasach dynastii Qing, klasztor był jednym z 6 najważniejszych w buddyzmie Tybetańczyk z sekty Żółtych Kapeluszy. Wnętrza świątyń są dość ciemne, ale nie da się ich sfotografować. W wielu z nich widzimy długie kolejki mnichów ustawionych w kolejce, aby się modlić i recytować mantry, siedząc na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami. Wyjątkowe jest oglądanie posągów jakie masło, wśród których wyróżnia się trafny Budda Maytreja: zwykle nie ma problemów z temperaturą, ale w ostatnich dniach, aby uniknąć ryzyka upłynnienia, klimatyzatory zaczęły działać.
Wyjaśniono nam, w jaki sposób Dalajlama jest autorytetem nurtu lamaistów i że wybiera Panczenlamę, który po jego śmierci mianuje kolejnego Dalajlamę. To wyjaśnienie wzajemnych wyborów między prezydentem a wiceprezesem zostało nam przekazane zasadniczo po to, aby dać nam wyobrażenie o bardziej złożonym mechanizmie wyborczym, mechanizmie dodatkowo skomplikowanym przez fakt, że obecnie istnieje dwóch Panczenlamów: jeden mianowany przez „rząd Pekinu” i jeden przez władze tybetańskie, przebywające obecnie na wygnaniu w północnych Indiach.
Obiad w Xiahé. Mimo dość spartańskiego charakteru restauracja gości kilku klientów. Być może i tutaj niedziela ma swoją wartość towarzyską. To, że są Chińczycy, można zrozumieć na podstawie pozostałości eksplodowały petardy które zdobią wejście do restauracji. Na okazje przyjęć i uroczystości zwyczajowo nosi się ze sobą kartonowe pudło zawierające kilkanaście petard, które odpalają się sekwencyjnie, tworząc ogień, dym i dużo hałasu. Wszystko to, gdy wielu gości jest już w środku, jedząc spokojny lunch, nie biorąc udziału w pokazie sztucznych ogni. Na zewnątrz pozostaje duży dywan porozrzucanych wszędzie śmieci, które nie zawsze ktoś będzie zainteresowany sprzątaniem.
Wyruszyliśmy w stronę Xining, wspinając się dalej na szczyt wzniesienia na wysokości 3643 m. wzdłuż bardzo malowniczej drogi. Krajobraz jest zaśmiecony Wioski tybetańskie z ludźmi, którzy chcą przywieźć do domu zbiory zbóż ciągnące osły ładunki wielkogabarytowe (prawdopodobnie żyto), natomiast jak pasą się leniwie na szmaragdowo zielonych łąkach.
To niesamowite, jak dużo zieleni jest wciąż w otoczeniu pełnym kwiatów, pomimo dużej wysokości: na samym wzgórzu usiane pastwiskami. Nawet w centrach miast aleje są usiane drzewami, które pomimo zanieczyszczenia nadal nie wykazują oznak przebarwień jesiennych.
W pobliżu wsi można spotkać także owce, w mniejszym stopniu kozy i bydło. Budynki są typowo tybetańskie, ze ścianami w kolorze ochry pokrycie ziemi. W niektórych przypadkach przykleja się do niego odchody bydlęce, aby je wysuszyć, a następnie wykorzystać jako paliwo. Ściany te ograniczają posesje, stanowiąc obwód dziedzińca. Wyżej widać trochę Gerry używane przez pasterzy latem, aby pozostać blisko stad: są prostsze i bardziej rustykalne niż mongolskie, ale należy wziąć pod uwagę, że reprezentują jedynie budownictwo letnie, natomiast w mroźne zimy zamieszkują wioski.
Wracamy w dół gór kolor czerwonawy które szybko zmieniają chromatyczność górskich potoków, które spływają w intensywnym kolorze caffe latte. Na skrzyżowaniu w dnie doliny skręcamy na północ. Strumienie wezbrały teraz tak bardzo, że stają się prawdziwymi rzekami, które kończą się jeszcze w tym roku Żółta Rzeka, który, jak widzimy, płynie powoli, niezbyt szeroki, biorąc pod uwagę morfologię, ale głęboki. Krótko przed naszym spotkaniem z A Przedstawiony Budda na skale położonej po przeciwnej stronie drogi, otoczonej stupami i mostem tybetańskim, który przecina strumień i prowadzi do cienkiej ścieżki prowadzącej z powrotem w stronę obrazu. Wkroczyliśmy teraz do prowincji Quingai (jednej z najbiedniejszych i najbardziej suchych w Chinach do tego stopnia, że służy ona jako poligon doświadczalny dla ćwiczeń nuklearnych). Od tego momentu napotykamy już tylko więcej wiosek muzułmanów Hui (termin używany do określenia muzułmanów w Chinach): wzgórza złagodniały, pozostawiając miejsce na zasadniczo płaski krajobraz. Białe jarmułki, kobiety w chustach i kopuły meczetów stają się stałym elementem. Udajemy się w poszukiwaniu autostrady, która za 75 km zabierze nas do Xining, stolicy Quingai. W sumie trasa będzie liczyła 300 km. Ogólnie rzecz biorąc, widać wiele autostrad w budowie z imponującymi wiaduktami. XINING, liczący 2,2 miliona mieszkańców, położony jest na skraju płaskowyżu tybetańskiego, na wysokości 2200 metrów nad poziomem morza. Najważniejszą działalnością w okolicy jest produkcja stali, ale z pewnością jest to miasto, które przeżyło szybki rozwój, czego dowodem są sklepy w centrum.
Innym powodem sprzyjającym rozwojowi Xining jest to, że miasto to jest punktem wyjścia linii kolejowej prowadzącej do Lhasy w Tybecie. Otwarta w 2006 roku po wielu trudnościach związanych z budową linii kolejowej sięgającej 5000 metrów nad poziomem morza, linia ta obecnie stanowi potwierdzenie nieustępliwości Chińczyków, a także jest pomostem do ostatecznej kolonizacji regionu tybetańskiego. W związku z tym osoby wyjeżdżające z Pekinu czy Szanghaju drogą lądową muszą się tu zatrzymać, do tego stopnia, że kiedy niedawne demonstracje tybetańskich mnichów, którzy podpalili się, aby zwrócić uwagę na problem swojego regionu, był on zamknięty dla turystyki, a przyległy obszar również podlegał ograniczeniom związanym z dostępem obcokrajowców.
Kiedy już dotrzemy do miasta, stajemy przed spektaklem budynków w budowie, a nawet całych dzielnic, które powstają, aby zaspokoić potrzeby budownictwa komunalnego. Mówi się nam, że są one przeznaczone dla pracowników sezonowych, którzy przyjeżdżają tu latem, aby zimą wracać na południe: wydaje się dziwne, że w pracowników sezonowych inwestuje się tak dużo kapitału, a jeszcze bardziej zaskakujące, jak te miasta położone pośrodku niczego na obrzeżach imperium mogą mieć tak znaczące rozmiary. Z taką sytuacją spotkamy się jeszcze później i mamy wyraźne wrażenie, że są to miejsca noclegowe dla ludności wiejskiej, zapraszanej do pracy w fabryce. To emigracja wysokiego ryzyka. Jeśli prawdą jest, że praca w mieście jest lepiej płatna, a wynagrodzenie stanowi w oczach pracowników pewność, pozostaje pytanie, czy ten exodus nie zniekształca tkanki społecznej regionu o wyraźnie wiejskim powołaniu. Co więcej, gdyby niekontrolowany boom, jaki przeżywa region, miał się w jakiś sposób zatrzymać, można zadać sobie pytanie, czy i w jaki sposób uda się go odwrócić. Są to sytuacje, których doświadczają niemal wszystkie kraje w okresie swojego rozwoju przemysłowego, z tą różnicą, że to, co dzieje się w Chinach, ma nienormalną skalę i niespotykane dotąd tempo.
Kolację jemy z Canem w restauracji specjalizującej się w Chiński garnek. To mniej więcej bourguignonne: warzywa, mięso, makaron ziemniaczany, tofu itp. zanurza się od czasu do czasu w garnku z rozpalonym ogniem i zalewa bulionem o różnych smakach (daktyl, seler, cebula i zioła). Wszystko pozostaje gotować według uznania. Po wyjęciu macza się go w przygotowanej przez wszystkich mieszance zawierającej kąpiel czosnkową, posiekaną papryczkę chili, ocet sojowy i inne aromaty, które sprawiają, że wszystko jest smaczne. Dodatek ryżu jest oczywisty.
Po obiedzie spada kilka kropel, ale i tak idziemy na spacer wzdłuż ulic centralnych gdzie ruch uliczny jest stałym źródłem smogu. Centrum miasta jest szczególnie eleganckie: szybko przechodzimy między modnymi restauracjami i ekskluzywnymi sklepami, od odzieży po artykuły wyposażenia wnętrz. Zwłaszcza odzież ma witryny stworzone ze smakiem i wyobraźnią, zawierające przedmioty, którymi nie gardziłyby nasze centralne ulice.
Obrazu dopełnia spektakl błyszczących neonów i ogromnego tłumu młodych ludzi na ulicach. Wracając, widzisz wspaniała oświetlona pagoda.
Hotel znajduje się w dobrej lokalizacji i posiada budynki w typowo sowieckim stylu. Funkcjonalność podąża za stylem.
























