Day 3
Australia Południowa
Wesołe wiejskie zdjęcia Australii Południowej i lądowania na Wyspie Kangurów
W kierunku Australii Południowej
Jedźmy prosto na górę Gambier w Australii Południowej. Tutaj dozwolona prędkość wynosi 110 km/h, drogi są ładne i proste, a teren jest płaski lub co najwyżej lekko pagórkowaty. Mount Gambier to piękne miasteczko, ze spokojną atmosferą, z szerokimi ulicami i bardzo eleganckimi, przeciętnymi domami. Niestety Blue Lake nie zasługuje na swoją nazwę. Tymczasem wiedzieliśmy już, że nabiera tego odcienia głównie w okresie letnim, wtedy pochmurna pogoda dodatkowo utrudnia wyrażanie się barw wody. Niewiadomym nawet dla naukowców jest powód, dla którego jezioro to latem przybiera tak jaskrawe kolory. Po przekroczeniu pięknego miasta otwiera się zielony, trawiasty region z mnóstwem pasących się zwierząt gospodarskich (bydło i owce). Na szczególną uwagę zasługują lasy sosnowe, w których wykorzystuje się drewno. Istnieją rozległe obszary przeznaczone do tej działalności, po których przejeżdżają ciężarówki załadowane kłodami. Z myślą o przyszłości zaraz po wycięciu lasu zasadzają nowe drzewa, tak aby krajobraz stanowił naprzemienność mniej lub bardziej wyrośniętych lasów. Widzimy także fabrykę produkującą masę celulozową do produkcji papieru. Aby zapewnić wskaźnik niebezpieczeństwa na drogach, Australia Południowa wybrała system o określonym wpływie: tam, gdzie doszło do wypadków śmiertelnych, ustawia się czarne krzyże w zależności od tego, ile osób miało pecha, w przypadku obrażeń krzyże są czerwone. Ostrzeżenie, aby nie naciskać zbyt mocno pedału przyspieszenia.
Zawsze wracamy Princes Hwy wzdłuż laguny Coorong, idealnego siedliska dla zwierząt bagiennych charakterystycznych dla tych obszarów. Dojeżdżamy do Meningie z połyskującą obwódką czerwonawej trawy na poboczu drogi. Tankujemy i odświeżamy się w tym samym rustykalnym miejscu za pomocą hot doga. Jedziemy dalej do Wellington i przeprawiamy się promem przez rzekę Murray (największą w kraju), tuż przed jej ujściem. W okolicy nie ma mostów i dzięki zorganizowanemu Caronte docieramy na zachodni brzeg. Zróbmy z tej okazji krótki przystanek fotograficzny niektóre jeziora którego kolor wpada w fiolet. Wciąż jadąc B45 docieramy do Strathalbyn pośrodku zielonego krajobrazu winnic. Choć są jeszcze pozbawione liści, nadają nutę ożywienia dzięki ułożeniu w niskich, uporządkowanych rzędach i zieleni trawy. Działalność winiarska musi być rentowna, przynajmniej tak rozumiemy, patrząc na różne typy mieszkań. Schodzimy w kierunku Goolwa, Port Elliot i Victor Harbour, pięknych miejsc do turystyki plażowej. Droga skręca w kierunku wnętrza półwyspu Fleurieu i dociera do północnej strony. Tuż przed Cape Jervis widzimy pensjonat, który nas inspiruje i rezerwujemy domek na jutrzejszy wieczór. Taki, a przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka, ośmioletni właściciel oferuje nam rezerwację promu na Wyspę Kangura, który odpływa wkrótce potem. Cieszymy się, że udaje nam się odzyskać półgodzinną różnicę czasu, jadąc ze stanu Wiktoria do Australii Południowej. W ten sposób udaje nam się wejść na prom o 15:00 i odkryć, że zastosowana dla nas cena jest pełną ceną (jak już wcześniej znaleźliśmy na stronie i którą zapłacilibyśmy przy kasie), a rezerwując go, dziadek otrzymuje rozsądną prowizję. Życzliwość i uprzejmość zawsze mają swoją cenę. Przeprawa przez Backstairs Passage zajmuje 45 minut i wysiadamy w Penneshaw. Aby zobaczyć, udajemy się do American River (36 km od Penneshaw). trochę pelikanów gdy zatrzymują się na plaży. Według programu musiał być jakiś strażnik, który zapewnił mu obiad, ale oprócz nas jedynymi dwunożnymi są ptaki. I może tak będzie najlepiej, obraz spokoju jest wart więcej niż „spektakl” polegający na zobaczeniu ich jedzących w towarzystwie tłumu przypadkowych osób chcących je sfotografować. Docieramy do Kingskote, „stolicy” wyspy. Znajdujemy hostel (hostel Backpackers), mały, ale przyjemny, z dobrze oświetlonym piecem i zajmujemy miejsca w pustym, ale czystym pokoju. Patty, menadżerka blondynek, niestety zrujnowana przez brak pasji do dobrego, zdrowego gotowania, radzi nam, abyśmy poszli do handlarza rybami. Tak, ponieważ tutaj idziesz do handlarza rybami, wybierasz produkt, gotują go dla Ciebie i podają w ciągu kilku minut. Jakość ryb jest doskonała, rodzaj kuchni jest prosty, ale skuteczny, jedzenie wszystkiego w kartonowym pudełku w stylu fast food jest obrzydliwe. Dla nas, którzy zwracają uwagę na skuteczność działania, uważamy to za pozytywne doświadczenie, innymi słowy ryba była doskonałej jakości (mieszanka smażona i łosoś atlantycki z Tasmanii). Spacerujemy po tym, co uważamy za centrum, ale nie ma tam życia poza kilkoma miejscami, które zapewniają catering. Bardzo niska temperatura i wczesna noc z pewnością nie sprzyjają ożywieniu miasta. Oświetlenie publiczne jest dosłownie przyciemnione, co przyczynia się do powstania smutnej atmosfery. Wracamy wcześniej, aby przestudiować plan ataku na jutro, przy wyborze pomocy pomaga nam przyjazny menadżer. Przed pójściem spać wracają chłopcy z Genui, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy słyszymy, jak mówi się po włosku. Wracają, żeby zobaczyć powrót pingwinów: oni też mówią nam, że niczego nie przeoczyliśmy. Są mili i wymieniamy z nimi informacje na temat wyjazdu. Byli na północy, widzieli Czerwone Centrum i mogą nam dać kilka sugestii. To samo robimy z nimi w przypadku Great Ocean Road, ich kolejnego celu. Umawiamy się na spotkanie jutro wieczorem na ostatnim promie do Cape Jevis.

