Day 1
Melbourne
Melbourne: południowa metropolia o typowo brytyjskim stylu.
Miejskie oblicze Melbourne
O 9 jesteśmy gotowi, aby rozpocząć zwiedzanie Melbourne. Jak opisują je przewodnicy, od razu wydaje nam się miastem o europejskim, niemal wiktoriańskim wyglądzie, prowadzącym spokojny tryb życia. Mimo że jest poniedziałek, nie widać dużego ruchu ani ludzi spieszących do załatwienia swoich spraw. Podróżni poruszają się bez stresu, jakby chcieli powiedzieć, że byłoby to idealne miasto do życia.
Schodzimy na Swanston Str., gdzie naszą uwagę przykuwają sklepy ciekawymi pamiątkami. Jedziemy dalej wzdłuż Flinder Str. na wysokości funkcja stacji który znajduje się na Placu Federacji. Mimo braku prawdziwego centrum wydaje się to najatrakcyjniejszym punktem miasta, z jaskrawą fasadą dworca, sąsiadującymi z nim nowoczesnymi budynkami i Rzeka Yarra która biegnie obok nich. Przechodzimy przez Most Książęcy i udajemy się do Southgate, żeby coś kupić obrazy panoramy. Wracamy kładką dla pieszych i wsiadamy do Tramwaju Circle, zabytkowego tramwaju kursującego po centrum miasta. Wysiadamy pod Parlamentem, aby udać się do Katedra św. Patryka. Jest to piękna gotycka katedra z wspaniałe witraże, oświetlony jeszcze długimi pierwszymi światłami tego wczesnego wiosennego poranka. Otaczające go duże rabaty kwiatowe są pełne kwitnących kamelii, a wysokie rośliny czekają przez kilka następnych tygodni, aby zaprezentować swoje najlepsze kolory. Ciekawostką są duże krzewy rozmarynu, którego kwiaty uważane są za element dekoracyjny, a także lawenda i rośliny lecznicze.

W stronę Melbourne
Wracamy na Springs Street, żeby złapać tramwaj Circle. Kierujemy się na zachód w stronę stadionu Telstra, sceny meczów australijskiej drużyny lokalnej drużyny, następnie Docklands (niesławnej dzielnicy, która w ostatnich latach została fachowo odnowiona) i wracamy na Flinders Str. wysiąść w miejscu, w którym rozpoczęliśmy, kończąc w ten sposób wycieczkę. Spacerujemy uliczkami centrum, aby odwiedzić labirynt tuneli łączących deptakami aleje biegnące ze wschodu na zachód: Royal, Block Arcade, The Walk i Causeway. Znajdziesz tu całą serię małych sklepików, które czynią miasto bardzo europejskim. Pod pewnymi względami przypominają genueńskie alejki. Przecież wiemy, że jest to najbardziej europejskie miasto w Australii, a widać to szczególnie po wiktoriańskiej zabudowie i atmosferze starego świata. Niektóre galerie są pokryte i obfitują w sztukaterie i mozaiki na podłodze. Wejdźmy kilka pięter w górę Manchester Unity Bld. zobaczyć pozostałości pierwotnej konstrukcji tego budynku, charakterystycznego dla dawnego Melbourne, w którym dziś mieszczą się profesjonalne studia. Surowe kościoły stotyjskie i baptystyczne znajdują się jeden za drugim, niemal konkurując ze sobą, mimo że oba są anglikańskie. Szybkie zwiedzanie Chinatown, które i tak nie jest duże, i wracamy na teren galerii w poszukiwaniu lunchu, który jemy z dobrze nadziewanym tostem. Nawet w tych szczegółach odnajdujemy dużo kultury angielskiej. Wracamy do hotelu po odbiór bagaży i pieszo udajemy się po odbiór wypożyczonej Toyoty Corolli. Należy zachować ostrożność podczas jazdy po prawej stronie, załączając wycieraczki za każdym razem, gdy mamy zamiar włączyć kierunkowskaz i przy komplikacjach związanych z mechaniczną skrzynią biegów, jedziemy do St. Kilda Rd. dla Królewskie Ogrody Botaniczne. Parkujemy w pobliżu Strine of Remembrance, który upamiętnia poległych w różnych wojnach, w których brała udział Australia. Ogrody od razu oferują nam przegląd australijskiej roślinności. Niestety nie pokazały jeszcze wiosennych barw, ale słoneczny dzień przynajmniej uwydatnił cechy roślinności. W rzeczywistości rośliny o liściach liściastych jeszcze nie odrosły, pomimo dużej różnorodności wiecznie zielonych roślin tropikalnych. Ciekawski ptak z płaską głową niemal prosi nas o zdjęcie. Nie wiemy jeszcze, czy jest to Kookaboorra, symboliczny ptak tego kraju, dlatego nie zostanie on uwzględniony w naszym reportażu fotograficznym, gdyż już go nie zobaczymy. Jedziemy do St. Kilda, aby zobaczyć Melboune z zatoki, w jednej z najbardziej tętniących życiem dzielnic. Do miasta wracamy po zobaczeniu Spirit of Tasmania, promu gotowego do wypłynięcia do Hobart i udajemy się autostradą M1 w kierunku Geelong i dalej w stronę Great Ocean Road. Docieramy do Anglesea i dbamy o nawiązanie pierwszego kontaktu z kangurami, które spotykamy w lokalnym klubie golfowym. Jest ich około dwudziestu, ale zamiast grać w golfa, po zachodzie słońca po prostu pasą się na trawie. Mimo że jest dopiero 18:30, jest już ciemno, więc zaczynamy szukać noclegu.
Zauważamy, że choć jest cała dostępna przestrzeń, wiele domów znajduje się blisko siebie i choć są niezależne, mają bardzo ograniczony ogród. To detal bardzo odbiegający od stylu amerykańskiego, dumny ze swojej osobliwości i którym bardzo niewiele chce dzielić ze starą ojczyzną. Kolejną rozbieżnością jest duch naśladowania Anglii. Przypomina nam o tym kilka szczegółów: począwszy od kolorów znaków drogowych, a skończywszy na monetach nawiązujących stylem do angielskich (a także z wizerunkiem królowej). Daje to do myślenia, że tak naprawdę kraj ten nie chce i przede wszystkim nie może sobie jeszcze pozwolić na całkowitą niepodległość. Zbyt młodzi i zbyt rozległi, aby dorastać bez ochrony bardziej doświadczonej Anglii. Australijczycy nigdy nie przepuszczają okazji, aby oznaczyć produkt słowami „dumnie wyprodukowano w Australii”, ale być może sugeruje to, że w rzeczywistości są psychicznie uzależnieni od innych krajów. Stany Zjednoczone, które z natury Zachodu mają wiele podobieństw do Australii, mają tu dobry rynek, ułatwiony przez język i wiele produktów wspólnych dla klientów w tych częściach (głównie ciężarówki w stylu amerykańskim), podczas gdy Daleki Wschód znalazł podatny grunt do skolonizowania go samochodami i siłą roboczą, żeby dać przykład Japonii i Chin.
W rejonie Anglesea widujemy niewiele osób. Noc zapada wcześnie i kończy się sezon na zajęcia na plaży. Przypadkowo spotykamy panią, właścicielkę Fruit Tree Cottage, małej willi położonej na wzgórzu za centrum miasta. Gdy prowadzi nas do celu, jej drogę przecina kangur: umiarkowana prędkość i nawyk pewnych spotkań pozwalają uniknąć kolizji. Za 150 dolarów mamy cały domek: rozpalają nam kominek (nie sądziliśmy, że takie rzeczy istnieją w tym kraju, ale niewątpliwie są przydatne!) i dostarczają nam trochę jedzenia, np. pomidory i zapasy śniadaniowe. Zaczynamy się męczyć i pomysł, żeby nie wychodzić w poszukiwaniu restauracji, przemawia do nas. Szef kuchni gotuje to, co mamy pod ręką. Po obiedzie przeglądamy książki opowiadające historie o statkach, często smutnych, które zatonęły u tych wybrzeży ze skalistym dnem morskim. Na koniec dowiedzmy się, dlaczego koce termiczne są częstsze w Australii niż w innych odwiedzonych dotychczas krajach nordyckich. Często ich obecność będzie mile widziana, aby ogrzać chłodne noce południowego południa. Strefę czasową przyswoiliśmy dobrze, ale dzień był intensywny, więc bez większych problemów weszliśmy na ścieżkę prowadzącą do głębokiego snu.






