Day 17
Góry Błękitne
Ostatni transfer do Gór Błękitnych. ``Góry Sydney''
Lokalna fauna
Pomimo silnego wiatru robimy szybkie zwiedzanie miasta. Niedługo po wyjeździe znów towarzyszy nam deszcz. Kiedy docieramy do Grafton, niebo wydaje się otwierać na tyle, że prześwitują jego kolory. Droga w dalszym ciągu jest drogą krajową z kilkoma pasami ruchu do okresowego wyprzedzania. Pozytywną stroną ograniczonej prędkości jest to, że możemy obserwować rozwój codziennego życia w tych mało turystycznych miejscach. To był nasz cel, ale zaoferowano nam możliwości nawet wykraczające poza to, czego chcieliśmy! To dobrze, że ciężarówek jest niewiele, a mimo to udaje nam się utrzymać średnią 80/90 km/h. Kontynuują budowę autostrady, aby odciążyć obszary, przez które przechodzi autostrada, jednak z około dwudziestoletnim opóźnieniem, pomimo uwzględnienia niedawnego rozwoju kraju. Tuż przed Newcastle widzimy kilka „przepraw dla fauny”. To nic innego jak drewniane słupy ustawione na poboczach drogi, połączone rurową siatką przypominającą wiatroszczelną siatkę, przez którą przepuszczają zwierzęta. Nie wiemy, który gatunek odważy się przejść przez ulicę, wspinając się na słup, przechodząc przyczepiając się do sieci z piekielnym ruchem pod spodem i w końcu schodząc z przeciwnego bieguna. Przejścia dla fauny znajdują się w odległości ok. 500 metrów od siebie.
Góry Błękitne
Na Pacific Hwy wciąż spotykamy deszcz, zimno i przeprawy przez małe miasteczka. W Newcastle autostrada staje się autostradą dwupasmową i udaje nam się utrzymać prędkość 100/110 km/h. Limit jest niski, chociaż autostrada jest piękna, ponieważ można zawracać i można wjechać z bocznych ulic. Lunch jemy ze zwykłym, smacznym pasztetem mięsnym na przystanku dla ciężarówek przypominającym Uluru. Krajobraz jest pagórkowaty, porośnięty krzakami. Gdy dotrzemy do północnych obrzeży Sydney, skręcimy na zachód w kierunku Gór Błękitnych, przechodząc przez Windsor i stąd wzdłuż Bells Line of Rd. aż do Lithgow, gdzie dla odmiany pada deszcz. Wzdłuż drogi biegniemy wzdłuż kolei turystycznej, trzymając się zawsze szerokiej grani, która pojawia się co jakiś czas kwitnące sady w typowym wiosennym stroju. Mieszkamy w motelu w stylu amerykańskim z parkingiem przed pokojem i to już dobrze, biorąc pod uwagę pogodę. Obudowa jest przyjemna, chociaż konstrukcja jest już stara. Jemy kolację w małej restauracji, o której nigdy byśmy nie marzyli w tak rustykalnym miasteczku jak Lithgow. To nawet eleganckie! Drzwi wejściowe otwierają się na pokój recepcyjny, który z kolei prowadzi z obu stron do pomieszczeń, w których pali się kominek, który zapewnia i ogrzewa. Właścicielka, która pełni także funkcję kelnerki częstuje nas typowymi daniami. Próbujemy filetu z kangura, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Interpretacja godna najlepszych kuchni.
