Day 7
Czerwone Centrum
Przejście przez pustynię, aby o zachodzie słońca dotrzeć przed Ayers Rock
Rano na Mt
Na śniadanie Ania przygotowuje specjalnie dla nas babeczki. Słyszymy, jak przygotowuje desery co najmniej pół godziny przed włączeniem alarmu. Razem z resztą doceniamy także dżem Cuandong, owoce przypominające dzikie brzoskwinie, które rosną dziko na terenach półpustynnych. Aby nie urazić wrażliwości miejscowych aborygenów, którzy uważają się za prawowitych właścicieli nawet wiszących na swoim terytorium owoców, Ania jedzie je odebrać oddalone o osiemdziesiąt kilometrów i przygotowuje dżem, który znajdziemy na naszym talerzu. Smak jest dobry, ale nie lepszy niż wiele innych, oczywiście znajomość jego historii czyni go smaczniejszym. W niedzielę wczesnym rankiem idziemy na spacer, wokół nas panuje cisza. Odwiedzamy kilka muzeów (Hotel Cave i Umuda) poświęconych oczywiście opalowi i oglądamy kościół katolicki z zewnątrz, także na modelu ziemianki. Tabliczka głosi, że jest zamknięta z powodu remontu, ale wydaje się, że brakuje wszystkiego, od parafian po księdza. Rozmawialiśmy ponownie z Anne, aby powiedzieć jej, że istnieją bardzo precyzyjne regulacje dotyczące uzyskiwania licencji: są one wydawane osobom fizycznym, które mogą również tworzyć spółki partnerskie, ale ich terytorium jest ograniczone. Można tę zasadę ominąć, umieszczając licencję na członka rodziny, ale wszystko pozostaje w gestii małej firmy. Jeżeli przez określony czas nie jest ona wykorzystywana, licencja zostaje cofnięta i powierzona innym osobom. Choć 3000 mieszkańców pochodzi z co najmniej 45 różnych krajów, wydaje się, że nadchodzi epokowy punkt zwrotny. W okolicy wkrótce zostaną otwarte duże kopalnie, co może znacząco zwiększyć liczbę mieszkańców, zaburzając wytworzoną z biegiem czasu subtelną równowagę. Są to złoża miedzi, uranu i złota. Ich eksploatacja jeszcze się nie rozpoczęła, ale różne firmy organizują się, aby móc jak najszybciej rozpocząć prace. W jednej z tych kopalń, oddalonej o około 100 km, planują zatrudnić około 400 osób.
Wzdłuż Stuart Hwy
Ciekawe, jak ci, którzy mieszkają w tych stronach od dziesięcioleci, zaczynają bać się miejsc bogatych w lasy lub gęstą roślinność, prawie tak, jakby odnaleziono tam jakąś ukrytą istotę; prawdą jest, że pod tym względem pustynia gwarantuje maksymalną przejrzystość. Opuszczamy to miasto z bardzo specyficznymi rysami twarzy i podążając za radą Anny, wyruszamy na Oodnadatta Rd. Ucieczki. Interesujące są zasadniczo dwie atrakcje: pierwsza to Ogrodzenie dla Psów, ogrodzenie o długości 5600 km ze wschodu na zachód, najdłuższe tego typu na świecie, stworzone specjalnie w celu zapobiegania przedostawaniu się zwierząt Dingo w środkowo-południowej części Australii w celu ochrony stad owiec. Zaczyna się od wybrzeża na południu i kończy, gdy uderza w las deszczowy, gdzie nie jest to już terytorium Dingo. W rzeczywistości australijska hodowla zwierząt gospodarskich jest podzielona na dwa obszary: ten na północ od Dog Fence przeznaczony jest do wypasu bydła, a ten na południu do wypasu owiec. W rzeczywistości jest to siatka z drewnianymi słupkami, która była niezbędna, aby dzikie psy nie siały spustoszenia w stadach. Skręcając na północ przez 17 km widzimy drugi powód objazdu, jest to pagórkowata pustynia z niektórymi zerodowane góry z Uciekinierów, daj to wspaniałe kolory od białego, żółtego i czerwonego. Wokół nas często widzimy wydmy powstałe w wyniku wykopalisk prowadzonych przez łowców opalów. Nazwy wzgórz są spersonalizowane i dedykowane różnym podmiotom: wodzowi, dwóm psom itp. Wszędzie, nawet na pocztówkach, widnieją tabliczki ostrzegające, aby uważać, aby nie trafić do studni wydobywczych. Wracamy po około trzydziestu kilometrach Stuart Hwy, po przejechaniu odcinka polnej drodze i odbyciu porządnego masażu antycellulitowego. Kierujemy się na północ do Marli. Niektóre obszary są suche, inne są bardziej pokryte roślinnością typową dla miejsc, w których rzadko zdarza się padać deszcz. Wkraczamy do stanu Terytorium Północne z dość podobnym krajobrazem, wyznaczonym przez naprzemienne obszary, w których przeżywa tylko kilka gatunków spinifexów, i inne, w których roślinność jest nieco bogatsza. Skręcamy w Lasseter Hwy w kierunku Uluru. Ciekawy epizod opowiada nam starszy Aborygen, którego samochód zatrzymał się na poboczu drogi. Widzimy, jak macha rękami, żeby zwrócić naszą uwagę, zatrzymujemy się i łamanym angielskim i twarzą otoczoną przez muchy mówi nam, że skończyła mu się benzyna, prosząc w końcu o 10 dolarów. Wyczuwając kilka sprzeczności, takich jak otwarta maska, która nie ma nic wspólnego z pustym zbiornikiem i spora odległość od pierwszej stacji, odrzucamy go bez komentarza i bez dania jałmużny nieszczęsnemu człowiekowi, któremu musiało skończyć się alkohol, jeszcze przed benzyną. Potwierdzenie otrzymamy po powrocie za kilka dni. Niestety, poważną plagą wśród miejscowej ludności jest alkoholizm, podobnie jak narkotyki i pasożytnictwo.
Skała Ayersa
Na szczęście przewodnik ostrzega nas o obecności Góra Conner i unikajmy błędnego rozpoznania go przedwcześnie jako Uluru, jest to nadal piękny „mesa”, skalisty płaskowyż w stylu Monument Valley w absolutnej równinie, która go otacza. Benzynę tankujemy w Curtain Springs, małej, zadbanej wiosce „pośrodku niczego”, jak to się mówi w tych stronach. Pracownica stacji benzynowej jest zdziwiona, gdy mówię o jej miasteczku jako małe i półpoważnie pyta, czy miasto rozciągające się na ponad milion akrów wydaje mi się małe. Wzdłuż często uczęszczanych parkingów znajdują się miejsca na piknik w cieniu (często wyposażone w grille) i zbiorniki na wodę, w których można w razie potrzeby ugasić pragnienie, co jest wyraźną oznaką niebezpieczeństw związanych z upałami w okresie letnim. Nadal utrzymujemy prędkość 110 km/h, aby uniknąć rygorystycznych kontroli policyjnych i docieramy do Sunset Point, przed Skała Ayersa /Uluru zaledwie 10 minut przed tym, jak słońce opuści te ziemie na dziś. W końcu stajemy przed największym monolitem świata, ukazanym w każdym szczególe we wszystkich publikacjach mówiących o Australii i ubrany w wieczorowy strój naprawdę zasługuje na swoją sławę. Jego wygląd jest charakterystyczny z daleka, a kolory zmieniają się wraz z zachodem słońca dotrzeć do fioletu, nadaje mu magiczną sugestywność.

Wieczór na Mt
Sunset Point poznajemy po roju ludzi stacjonujących z wszelkiego rodzaju obiektywami i aparatami, czekających na moment zachodu słońca. Być może jeszcze fajniej byłoby stanąć po drugiej stronie i sfotografować ten tłum gapiów, do którego wkrótce i my dołączymy. Zadowoleni wracamy do Outback Pioneer Resort, rozmieszczonego w blokach po cztery pokoje komunikujących się z resztą kurortu za pomocą oświetlonych przyćmionym światłem chodników. Wyjście do łazienki nocą oznacza orientację w terenie i przejście kilkudziesięciu metrów wśród tropikalnej roślinności. Ci, którym uda się znaleźć centrum serwisowe, natkną się wówczas także na pranie w komplecie z deską do prasowania i żelazkiem, z korzyścią dla tych, którzy zdecydują się całkowicie spłukać po przeżyciach na odludziu. Nawet restauracje są w zasadzie otwartymi szopami, zwłaszcza tam, gdzie idziemy, mijamy ladę rzeźniczą i gotujemy mięso według własnych upodobań. Weźmy mieszankę składającą się z szaszłyka z krokodyla, szaszłyka z kangura, frankfurterek emu i wołowiny. Wszystko smażymy na patelni, z cebulą na boku. Poszukujemy wolnego miejsca na jednym z wielu stołów ustawionych na wzór piwiarni, przy którym występuje piosenkarz country. Wszystko to może wydawać się hymnem na cześć rustykalizmu, ale w takim miejscu nie mogło być lepiej. Tutaj samoobsługa australijskiego cateringu dobrze komponuje się z jakością produktów i otaczającym środowiskiem. Samoobsługa również w przypadku napojów w dedykowanym barze. Osobliwością jest właśnie ta obsługa, która przed podaniem prostego piwa prosi o pokazanie klucza do pokoju, w sposób jak każdy inny, aby uniknąć wtargnięć zakurzonych aborygenów. W ten sposób chronione jest ich zdrowie, a także zdrowie kwitnącej branży turystycznej, która zakorzenia się na tej pustyni.








