Day 2
Wielka Ocean Rd
Great Ocean Road i Dwunastu Apostołów: wspaniałe dzieła architektury naturalnej
Poranek u Dwunastu Apostołów
Rano robimy sobie kilka tostów z boczkiem i o 8.30 ruszamy w drogę WSPANIAŁA DROGA OCEANOWA (B100). Dojeżdżamy do Lorne, nic specjalnego, mimo sławy, jaką się cieszy. Ten sam smutek odnajdujemy w Apollo Bay, gdzie zimny wiatr dodaje tej lokalizacji surowości. „Zimowe morze” może to być właściwa piosenka dla takiego miejsca. Roślinność przybrzeżna składa się głównie z eukaliptusa, występują tu rzadkie sosny, nie ma palm ani drzew oliwnych, które charakteryzują naszą koncepcję krajobrazu nadmorskiego. Las eukaliptusowy (przynajmniej te obecne na tym obszarze) sprawia wrażenie dość brudnego. Z drzew zrzucana jest kora, która często nie odchodzi całkowicie od pnia i pozostaje zwisająca. Poszycie rośnie chaotycznie, zakłócane przez ociekającą korę.
Często ulice są nimi dosłownie zapełnione. Domy są zwykle niewiele odnawiane, zamiast tego wyróżniają się duże werandy, co stanowi wyraźny znak, że lato wymaga cienia i wentylacji. Robimy 12-kilometrowy objazd w kierunku latarni morskiej na Cape Otway, do której nawet nie idziemy, biorąc pod uwagę prośbę o obejrzenie latarni morskiej za 13,5 dolara, ponieważ widzieliśmy już wiele, które były dotychczas zbyt drogie. Jest coś pięknego, co spotykamy na swojej drodze trochę koali spokojnie usadowił się na plątaninie gałęzi, zajęty spaniem. Trudno znaleźć je robiące cokolwiek innego, bo potrafią spać nawet 19 godzin na dobę. Obserwujemy jednego z nich, który od czasu do czasu leniwie otwiera jedno oko, aby zrozumieć, co dzieje się pod nim, gdzie w milczeniu zebrali się niektórzy ludzie. Nie wiadomo, czy ogarnia go wzruszenie, gdy znajduje się w centrum uwagi, czy pogarda, gdy ktoś mu przeszkadza, ale gdy śpi, zaczyna się wypróżniać. Odkryjmy ten najnowszy cud Matki Natury! Koale śpią ze złożonymi rękami i nogami, utrzymując pozycję pionową, co pozwala im realizować swoje potrzeby nawet bez konieczności budzenia się... Tak naprawdę to zwierzę jest najsłodszym i zarazem najgłupszym zwierzęciem na ziemi.

Ma wyraz idealnego idioty, ale jednocześnie budzi sympatię tą twarzą pluszowego misia do tego stopnia, że sprawia wrażenie wyimaginowanej postaci. Zamiast tego istnieje naprawdę i ma swoje osobliwości: żywi się wyłącznie liśćmi eukaliptusa, a spośród 265 istniejących gatunków zjada tylko dwanaście. Jednak liście są szkodliwe i są szkodliwe także dla niego, dlatego musi używać odpowiednich kwasów żołądkowych, aby móc je strawić. Wydaje się, że to powolne i złożone trawienie uniemożliwiło zwierzęciu pełny rozwój, które musiało zużywać na ten cel znaczną część swojej energii.
Wzdłuż Wielkiej Drogi Oceanicznej
Droga biegnie obecnie w głąb lądu, przecinając Otway N.P. i jest usiana mimozami, które w tym sezonie najlepiej wykorzystują swoje pachnące kolory; czasami występują również tylko w postaci krzewów. Ciekawostką jest fakt, że jest to jedno z wielu dzikich drzew zamieszkujących las. Jedziemy dalej najciekawszym odcinkiem Great Ocean Rd., tym, który biegnie wzdłuż Port Campbell N.P. z ja Dwunastu Apostołów, w którym się spotykamy wspaniały kształt.

Most Londyński
Kilka chmur przychodzi i odchodzi, pomagając dawać surrealistyczny obraz do tych ogromnych stosy wyłaniające się z morza jak ostrza. Znaki informują nas, że skały te powstały w wyniku sedymentacji szkieletów zwierząt morskich podczas ich zanurzenia. Gdy ziemia się podniosła, morze zaczęło o nią uderzać, powodując erozję i stopniowo powodując upadek najwrażliwszych punktów, tworząc te ataki które wpadają pionowo do wody. To tylko kwestia czasu i morze też je pokona. Niedawny przypadek miał miejsce około dziesięciu lat temu kilka kilometrów dalej, kiedy Most Londyński, cypel wchodzący na kilkadziesiąt metrów w morze i tworzący dwa oddzielne mosty, zawalił się na wysokości pierwszego mostu i w ten sposób utworzył wyspę, na której stoi drugi. W momencie zawalenia się na nowo utworzonej wyspie znajdowało się dwóch turystów, których następnie uratował helikopter, byli zaskoczeni, ale nie odnieśli żadnych obrażeń. Oprócz Dwunastu Apostołów są jeszcze inne punkty, w których można obserwować te szczególne formacje skalne: London Bridge, Sentinel Rock, Loch Ard Gorge i The Arch. Niektóre wyglądają jak ogromne noże zanurzające swoje ostrza w morzu. Imponujące jest obserwowanie cierpliwej pracy przypływów i fal na przestrzeni kilku milionów lat.
Docieramy do Port Campbell, gdzie cichy bar rybacki wydaje się najodpowiedniejszym miejscem na przerwę przy cappuccino i babeczkach. Podczas gdy pierwszy odcinek drogi wydawał się poniżej oczekiwań, ten, który dociera do Port Campbell i dalej, kryje w sobie piękne niespodzianki wizualne na każdym zakręcie. Jest to pogląd najbardziej słuszny także z historycznego punktu widzenia: w XIX wieku wiele statków osiadło tu na mieliźnie, a ich historie są opowiedziane na specjalnie przygotowanych oznakowaniach. W jednym miejscu znajdziemy nawet grób rozbitka. Wysokie skały, które stromo schodzą w dół, są nieustannie atakowane przez morze i nawet zaplecze jest przyjemniejsze do zobaczenia, pomimo tego, że niektóre połacie krzaków zostały zniszczone przez pożary, podczas gdy skała ma tendencję do zmiany koloru z żółtawego na czerwonawy w miarę posuwania się dalej. Roślinność wydaje się przyzwyczajona do wytrzymywania silnych wiatrów i nie przekracza 120-130 cm wysokości. Idąc dalej, w głębi kraju znajdują się preerie z pokrewną hodowlą bydła (o długiej sierści podobnej do żubra), koni i owce (również z bardzo bogatą warstwą wełny), w szczególności między Warrnambool, Port Fairy i Portland. Morze wydaje się w tych miejscach daleko, ale jest tuż za niskimi wzgórzami biegnącymi po naszej lewej stronie. Widzimy także kilka wiatraków, co potwierdza wcześniejsze przeczucia. Roślinność eukaliptusowa trwa nadal, ale w łagodniejszym środowisku, zmieszana z bardzo charakterystycznymi sosnami o spłaszczonych wierzchołkach. Prawie tak, jakby zabroniono im wspinać się powyżej określonej wysokości, kiedy dotarli na szczyt, rozproszyli się na szerokość, tworząc w ten sposób typową formację parasolową. O 17:00 wyruszamy drogą prowincjonalną wiodącą z Portland w stronę Nelson i Mt Gambier. Na niebie pojawiają się chmury, zachód słońca jest już blisko. Na skraju drogi zaczynają pojawiać się kangury: panuje w nich spokój kogoś, kto wybiera się w to miejsce na spacer. Niestety, na boku leży para, która w ostatnich dniach zginęła pod kołami samochodów na przejściu. Później odkryjemy, że nie są to odosobnione przypadki i że nieusuwanie zwłok jest w Australii powszechnym zwyczajem. Widzimy też błotnik na łące, co sugeruje, że nawet jeśli kangury zwykle mają z tym najgorzej, warto starać się unikać uderzeń z szeregu powodów. Spotykamy też kilka emu, które po zatrzymaniu samochodu uciekają, aby lepiej je obserwować. Osiedlamy się w Nelson w hotelu Nelson. Pokój charakteryzujący się spokojem i esencjonalnością. Mamy rozmowę z kierownikiem tego miejsca, który potwierdza niebezpieczeństwo niektórych nocnych spotkań, zwłaszcza w rejonie tak bogatym w kangury (wydaje się, że w Australii ich liczba przekracza milion osobników). Samochód stojący przed barem nadal nosi ślady kolizji. Nawet małe zwierzę może już spowodować poważne uszkodzenie maszyny. Hotel pochodzi z 1855 roku: typowy, zabytkowy, bez dodatków, które czasami są przyzwyczajone do antycznych miejsc. Tutaj wydaje się, że czas się zatrzymał, nawet remonty czy konserwacje zostały odłożone na bok! Uczymy się radzić sobie ze specyfiką australijskiego rustykalnego cateringu: zamawiasz przy ladzie, siadasz, a gdy nadejdzie czas, zostajesz wezwany po odbiór dania.
Pogoda tego dnia była bardzo zmienna, z lekkim deszczem, niemal mgłą, na przemian z chwilami słońca. Jedyną stałą jest przenikliwy chłód.











