Day 2
Amarbayasgalant
Na północ do Amarbayasgalant, gdzie religia i natura łączą się.
Miejskie oblicze Amarbayasgalant
Stolicę opuszczamy w piękny dzień po upewnieniu się, że spakowaliśmy wszystko, czego potrzebujemy, nawet na nocleg w namiotach. Zaczynamy w kierunku zachodnim, a następnie kontynuujemy podróż na północ. Ułan Bataar jest w rzeczywistości ozdobiony górami na północy i wysokimi wzgórzami na południu, dlatego rozciąga się w kierunku wschód-zachód. Ruch jest zauważalny a dym wydobywający się z rur wydechowych stanowi rezerwę na dni, kiedy musimy się obejść bez smogu. Przedmieścia są usiane polami ger, które wyrosły w ostatnich latach po licznych szczególnie mroźnych zimach (zwanych zud), które nastąpiły jedna po drugiej na początku naszego stulecia. Eksterminując bydło, którym się żywili, pasterze musieli stawić czoła znacznie smutniejszemu wypasowi w kierunku miasta. W ten sposób dołączyli do grona ludności ubogiej, pozbawionej pracy, którą można by tak nazwać, nieprzystosowanej do prowadzenia życia, które do niej nie należy: życia pasterza na obszarach wiejskich. Zwiększyło to spożycie alkoholu, np. wódki, co początkowo miało łagodzić ból po utracie wszystkiego, ale w rzeczywistości jedynie pogłębiało dyskomfort. Alkohol ten został wpojony w tkankę społeczną przez Sowietów w latach 70. XX wieku, aby ujarzmić populację i nadal jest szeroko rozpowszechniony, chociaż kilka źródeł podaje, że spożycie wódki spada, a młodzi ludzie wolą dobre, lokalnie produkowane piwo. Spotkamy wielu pijaków, czasami nękających innych ludzi, ale nigdy agresywnych. Tutaj także widzimy pokojowy charakter, choć w pladze alkoholizmu. W miarę oddalania się dzielnice Ger znikają, by zrobić miejsce pierwszym preriom z rzadkimi, odizolowanymi namiotami: w końcu znajdujemy je umieszczone we właściwym miejscu, tym zaprojektowanym przez Naturę. Idąc dalej natrafiamy najpierw na krematorium stolicy, a następnie na cmentarz. Religia nakazuje kremację ciał przed pochówkiem. Jednakże chowanie ciał w ziemi byłoby nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę surowe zimowe temperatury.
Tuż przed Darkhanem skręcamy na zachód. Kierując się dalej na północ, za kilkadziesiąt kilometrów znaleźlibyśmy się na Syberii. Zadziwiające jest, że mimo iż jest to znaczące skrzyżowanie, nie ma tam żadnych znaków kierunkowskazów. Kierowca „zrób to sam” z pewnością miałby trudności nie tylko z odnalezieniem orientacji, ale także z wyborem właściwej ścieżki. Brak oznakowania napotkamy na prawie wszystkich skrzyżowaniach, jakie znajdziemy. Droga do tej pory była asfaltowa, choć z wyraźnymi dziurami, ale w kierunku Erdenet jest lepiej. W pobliżu dróg asfaltowych znajdują się punkty poboru opłat, za które należy uiścić opłatę (zwykle około 5000 T.). Średnia prędkość wynosi około 90 km/h. Zatrzymujemy się na kilka minut w Hötög, wiosce najwyraźniej zaprojektowanej i zbudowanej w stylu sowieckim, w której nasz przewodnik mieszkał przez 4 lata, gdy był chłopcem, a jego ojciec był policjantem. Przewodnik wyjaśnia nam, że jest w połowie przedstawicielem grupy etnicznej Bayad, a w drugiej połowie Khalkha. Jego babcia pochodziła z Aimagu (prowincji) Uvs, skąd przeprowadziła się podczas ostatniej wojny światowej, będąc lekarzem wojskowym.
Wizyta w klasztorze Amarbayasgalant
W końcu wybieramy polną drogę w złym stanie, która po 35 km prowadzi do Klasztor Amarbayasgalant. W rzeczywistości są to dwa, a czasem nawet trzy tory, które biegną równolegle w odległości kilku metrów i czasami przecinają się. To od kierowców zależy wybór tego, który będzie najlepszy, aby wpaść na mniejszą liczbę dziur. System ten służy do unikania pojazdów nadjeżdżających z naprzeciwka oraz do wyprzedzania innych pojazdów. W tym przypadku trzeba jednak trafić na najszybszy tor pod względem nierówności. Wyprzedzanie kogoś oznacza także połknięcie mniejszych ilości pyłu, niestety ze szkodą dla tych, którzy stoją za nim. Przecinają się częste brody, gdzie spotykamy kilka samochodów, w których pasażerowie chcą się przepchnąć, aby wydostać ich z wody. Podróż ze stolicy zajmuje w sumie 5 godzin, z czego znaczna część to drogi asfaltowe. Ale nie ma co przesadzać: odtąd droga gruntowa będzie stanowić prawie całą naszą trasę.

Tradycje i duchowość
Klasztor jest jednym z najpiękniejszych i najważniejszych w Mongolii. Został zbudowany w latach 1727-1737 przez cesarza mandżurskiego Kansu, zgodnie z kanonami stylu chińskiego. Poświęcona jest Zanabazarowi, pierwszemu cesarzowi-lamie, naukowcowi i wielkiemu rzeźbiarzowi, którego ciało przeniesiono tu w 1779 roku. Od razu widać, że świątynie mają chińskie pochodzenie, co potwierdza widok modlitw w tym samym języku.
Uważamy, że miejsce to jest niezwykle zatłoczone podczas uroczystości religijnych, którym tej okazji towarzyszy Naadam (wyścigi konne najczęściej na oklep i prowadzone przez dzieci od 3. roku życia, które Mongołowie latem uważają za swój ulubiony sport), których metę możemy zobaczyć w sprincie. Poszukujemy obozu ger, który znajduje się ok. 10 km przed klasztorem. Późny lunch z lokalną specjalnością, tj buu (bułki makaronowe nadziewane gotowaną na parze baraniną i cebulą), o intensywnym, ale wyjątkowo dobrym smaku. Ger jest przyjemny i czysto, z usługami zewnętrznymi, jak zawsze ma to miejsce w obozach ger. Wracamy do Klasztoru, aby zwiedzać jego wnętrza w radosnej, świątecznej atmosferze, choć uroczystości już dobiegły końca. Wejście zdobią sprzedawcy airagów, innych napojów i zabawek, a wewnątrz unosi się zapach kadzidła. Tradycja buddyjska wymaga, aby tak było oferowane na cześć różnych bóstw, od małych sum pieniędzy po artykuły spożywcze (ryż, ciastka i kawałki sera). To wszystko daje naszym oczom poczucie nieporządku i brudu, ale jest częścią tradycji. Zdarza się również, że na ovoo znajdują się oferty pieniędzy, których nikt nie odbiera.
Na obozie jemy obiad z koreańskimi bułeczkami i popijamy herbatę, czyli napój, który zwykle towarzyszy posiłkom. Stada bydła są bardzo częste i pięknie jest widzieć kowbojów na koniach podczas ich łapania. Być może jest to jeden z najbardziej reprezentatywnych obrazów życia na wsi w Mongolii i emanuje poczuciem wolności. Co dla kontrastu wyjaśnia dyskomfort, jaki odczuwają ci mężczyźni, mieszkając w mieście.

Odwiedzamy także okolice klasztoru, wspinając się na wzgórze, którego szczyt ozdobiony jest tybetańskimi owoo i flagami, aby podziwiać krajobraz z góry. Rzeczywiście widok na klasztor, którego czerwony kolor wyróżnia się wśród zieleni okolicznych prerii i wznoszących się wokół niskich gór, oferuje urzekającą panoramę.




