Day 6
Zatoka Ha Long I
Zatoka Halong, gdzie czar natury cierpi z powodu inwazji turystów.
W kierunku Zatoki Halong
O 8 rano opuszczamy Tam Coc w kierunku Zatoki Halong. Łącznie 200 km to 4 godziny jazdy. Transfer odbywa się po drogach w dobrym stanie, ale bardzo ruchliwych, szczególnie przy dużym natężeniu ruchu. Jesteśmy jednak blisko Hanoi, w delcie Rzeki Czerwonej, jednego z najżyźniejszych i jednocześnie najbardziej zaludnionych obszarów w całym Wietnamie. Nasz kierowca świetnie radzi sobie w slalomie trwającym niemal całą podróż pomiędzy pojazdami wszelkiego rodzaju. Zatrzymujemy się w czymś w rodzaju strefy usługowej. Nas przyciągają 5-litrowe słoiczki, w których wnętrzu znajdują się duże węże oraz niezdefiniowany narząd zwierzęcy, który może zawierać żółć niedźwiedzia, o której właściwościach powszechnie się mówi. Wszystko jest ściśle duchowe. Szkoda, że nie mogliśmy ich zabrać ze sobą, byłaby to oryginalna pamiątka. Bez zatrzymywania mijamy Hai Phong, jeden z głównych portów w kraju. Po drodze spotykamy procesję pojazdów z wietnamskimi flagami i zmotoryzowanych żołnierzy: prawdopodobnie chowany jest niedawno odnaleziony poległy. Wszystko to nasuwa wyobrażenie o retoryce nacjonalistycznej, a także jest hołdem złożonym tym, którzy polegli za swój kraj.
Około 12:15 jesteśmy w Halong, aby dokonać odprawy i rozpocząć rejs po zatoce o tej samej nazwie. Zatoka Halong to poetycka nazwa oznaczająca miejsce, w którym smok tonie w wodzie. Według legendy setki wysepek to pozostałości ogona smoka, który zatonął w wodach zatoki. Najpierw jesteśmy ładowani na niestabilne łodzie, a następnie przenoszeni na pokład typowych łodzi, dżon, aby odwiedzić zatokę i jej jaskinie oraz zobaczyć niektóre z 3000 wysp rozsianych po basenie o powierzchni 1520 kilometrów kwadratowych. Erozja wiatrowa i wodna na przestrzeni tysiącleci ukształtowała niesamowity krajobraz wysp, wysepek i kominów, z których niektóre osiągają wysokość setek metrów. Niektóre wyspy utworzyły również wewnętrzne jezioro, dostępny przez przejście, które podczas przypływu całkowicie znika. W porach roku poranna mgła tworzy jeszcze bardziej sugestywne efekty, sprawiając, że wyspy i skały pojawiają się i znikają w oddali.

Rejs pomiędzy jaskiniami i stosami
Na pokładzie śmiecia przydzielono nam pokoje o wyrafinowanym guście ze wspaniałymi widokami i wyruszyliśmy na lunch. Rasa ludzka, którą spotykamy, jest teraz eleganckim turystą. Tych, którzy raczą odwiedzić tylko najważniejsze miejsca i nie są skłonni do niespodzianek, jakie mogłaby im przygotować wyprawa pełna przygód. W końcu, jeśli chcesz odwiedzić zatokę, wydaje się, że nie ma innego rozwiązania. Pochwalimy się całą etykietą i jemy lunch razem z parą Niemców przyzwyczajoną do kurortów Dalekiego Wschodu oraz starszą i miłą parą z Ameryki. W rzeczywistości on jest z pochodzenia Francuzem, ale swoją młodość spędził w Wietnamie, zanim wybuchła wojna, ona zaś ma egipskie korzenie. Ostatecznie jednak są to dwie sympatyczne pary i od razu nawiązujemy więź, rozmawiając o wyjazdach, które przeżyliśmy lub które jeszcze leżą w szufladzie. Jedzenie jest doskonałej jakości i podawane tak, jakby był to uroczysty lunch. Przecież firma musi też uzasadnić koszt i w jakiś sposób zaangażować czas klientów. Z pełnym żołądkiem wyruszyliśmy na Jaskinie Niespodzianki. Prawdziwym zaskoczeniem jest właściwie masa łodzi, które wyładowują hordy turystów w stronę jaskini. Słabo wentylowany klimat sprawia, że dok dokujący staje się środowiskiem, w którym nie można oddychać ze względu na spaliny silnika. I na szczęście jest to miejsce chronione przez UNESCO, z bardzo rygorystycznymi przepisami. Jaskinie są bardzo piękne, podobnie jak wszystkie jaskinie krasowe, z ogromnymi stalaktytami. Wszystko jest bogato oświetlone, tworząc znaczący efekt sceniczny. Nie wiadomo jeszcze, czy wszystkie te kolorowe światła mogą zaszkodzić delikatnemu środowisku naturalnemu znajdującemu się w skale. Jaskinia była zamieszkana przez 130 lat i była schronieniem dla okolicznej ludności, chroniącej przed złymi warunkami pogodowymi i najazdami wrogów. Zabieramy naszą małą łódkę z powrotem i płyniemy na wyspę Titop, wojskowego, który wygrał kilka niezwykłych bitew w jednej z dwóch ostatnich wojen, gdzie wspinamy się po 220 stromych schodach, aby cieszyć się wspaniały widok na stosy które go otaczają i łodzie na kotwicy, które oświetlają archipelag. Scenicznie przedstawienie nie jest złe, ale traci swój urok na myśl o tym, jak mogłoby wyglądać, gdyby ich nie było, z naturalistycznego punktu widzenia. Pogoda nie jest słoneczna, a mgła pojawiająca się na horyzoncie zapewnia większą głębię widok na wyspy które wznoszą się prosto z powierzchni wody. Wracamy na kolację, po której pokaz sztucznych ogni jest jeszcze lepszy niż podczas lunchu. Gasną światła i z dużym ryzykiem potknięcia się, do sali wchodzą kelnerzy z opróżnionym w środku talerzem ananasa i oświetlonym od wewnątrz szeregiem krewetek zwisających z dziurek zrobionych w skórce. Reszta następuje w podobnej choreografii. I nazwać to trzecim światem, w dodatku w kraju, w którym jako jedyna panuje moralność socjalistyczna. Na górnym pokładzie spędzamy kilka godzin, momentów, w których czas jakby się zatrzymał. Wokół nas morze Zatoki Tonkińskiej ledwo zdaje się szepnąć swoją historię, podczas gdy nad pozostałymi śmieciami panuje cisza. Nareszcie możemy w odpowiedni sposób delektować się magią tego zaczarowanego miejsca.




