Day 5
Vermont
Wieś Vermont, jezioro Champlain i znowu liście w Vermont
Przyjazd do Vermontu
Chłodna noc ustępuje porannej mgle, która uniesie się, odsłaniając lekką pokrywę chmur. Dzisiejszy dzień znajduje się pomiędzy wczorajszymi Górami Białymi a Górami Zielonymi jutra i jest poświęcony działaniom naturalistyczno-kulturowym. Zacznijmy od wizyty w Cukrownia Goodrich, mała fabryka produkująca syrop klonowy. Pokazujemy, jak wydobywa się i przetwarza tę żywność, która jest symbolem regionu i którą lubimy.
Może warto powiedzieć kilka słów na ten temat, gdyż jest to zupełnie nieznana na naszym kontynencie działalność: możliwość pozyskiwania soku z klonu odkryli już Indianie i sięga zarania dziejów. Europejczycy szybko zdali sobie sprawę z tego zasobu naturalnego i zaczęli go eksploatować, najpierw robiąc dziury w drzewie, w które włożyli kaniulę, przez którą wypływała ciecz i zbierała się w wiadrze zwisającym z pnia. Uprzemysłowienie zastąpiło wiadra gumowymi rurkami, które płyną do centrum zbiórki w celu zebrania cennego płynu. System ten przyspiesza zbiory, unikając konieczności udawania się do lasu w zimnych i często jeszcze śnieżnych porach roku, co w każdym przypadku wymaga zawsze posiadania dwóch pojazdów: pojazdów gąsienicowych lub sań. W rzeczywistości sok ekstrahuje się od początku marca do połowy kwietnia, kiedy delta temperatury jest wysoka, a ciepło wczesnej wiosny około +8/10°C kontrastuje z nocami, kiedy jest jeszcze mroźno, powodując w ten sposób unoszenie się soku w pniu. Jest on zbierany i ewentualnie przetwarzany tego samego dnia poprzez gotowanie i odparowanie; proces trwający średnio pięć dni. Wydajność przejścia z soku do syropu wynosi od 1 do 40 litrów. Syrop zebrany na początku sezonu będzie słodszy i jaśniejszy, natomiast syrop kwietniowy będzie ciemniejszy i będzie miał wyższą kwasowość. Degustując kolejno 4 odmiany syropu, można zauważyć różnice w podejściu do podniebienia i smaku. Chociaż istnieje 7 odmian klonu, zwykle do ekstrakcji wykorzystuje się tylko 4, w szczególności stosuje się „klon cukrowy”. Rośliny mogą dostarczać soki przez okres do 50/60 lat i są wolne od innej roślinności, dzięki czemu mogą bujnie rosnąć. Ekstrakcja nie niszczy drzew, wręcz przeciwnie, działa jak bodziec porównywalny do działania człowieka oddającego krew. Wszystko regulują szczegółowe przepisy. Nasi rozmówcy są zaskoczeni (i my też się dziwimy), że w Europie ten potencjał nie jest wykorzystywany, gdyż klony są nieco inne, ale nadawałyby się do ekstrakcji. Prawdą jest jednak, że gdyby nie było dedykowanego rozporządzenia, doszłoby do masakry drzew, wówczas prawdopodobnie konieczne byłoby utworzenie specjalnych plantacji, ponieważ w Europie klon miesza się z innymi drzewami w lasach mieszanych, a w konsekwencji wydłużenie jest znacznie bardziej ograniczone niż w Ameryce Północnej. Faktem jednak jest, że tradycja tu nie istnieje, nawet na poziomie amatorskiej produkcji.
Przemytnicy Notch i Glen Falls
Ta interesująca dygresja powoduje minimalne opóźnienie w harmonogramie, który nadal jest bardzo intensywny: gdy jedziemy w pobliżu Cabot, na zjeździe natrafiamy na radiowóz, który nagle zawraca i ustawia się na końcu naszego. Nawet jeśli teraz jest już za późno, zwalniam nogę z pedału gazu i kontynuuję, skrupulatnie przestrzegając ograniczeń. Gdy tylko droga pozwoli się zatrzymać, radiowóz zaczyna migać, jakbyśmy byli na dyskotece, nie trzeba dużej intuicji, aby zrozumieć, że czas się zatrzymać, bo omlet jest gotowy. Po kilku minutach podchodzi do mnie młoda funkcjonariuszka o miłym i uprzejmym wyglądzie i pyta, czy mam pojęcie, dlaczego mnie goniła i zatrzymała: Nie mam problemu z odpowiedzią, że prawdopodobnie przekroczyłem dozwoloną prędkość. Na jego wyjaśnienia, że maksymalna dozwolona prędkość w Vermont wynosi 50 mil na godzinę, podczas gdy ja jechałem z prędkością 63, odbiera moje dokumenty i wraca do samochodu. W tych niekończących się chwilach widzę siebie przed jakimś sędzią, zmuszonym do wyjaśnienia swojego przewinienia, a także do wyobrażenia sobie wysokości grzywny i ewentualnych dodatkowych kar, które zrujnowałyby nasz napięty harmonogram wizyt. Kiedy jednak wychodzi, policjantka wręcza mi dokument zatytułowany „pisemne ostrzeżenie”, w którym opisano wykroczenie; Usłyszałem ostrzeżenie, ale zostałem zgłoszony na stację i za kolejne możliwe wykroczenie zostanę ukarany. Jestem wdzięczny, że dostałem jedynie ostrzeżenie (policjantka wspomina, że tam, gdzie się mijaliśmy, jechałem w dół, dlatego łatwiej było przekroczyć dozwoloną prędkość) i nie trzeba dodawać, że przez resztę stanu moja uwaga na temat nieprzekraczania ograniczeń prędkości zostanie od tego momentu wzmocniona. Wąskimi drogami jak na amerykańskie standardy dojeżdżamy do Notch przemytników, wzgórze położone na szczycie zagłębionej doliny porośniętej gęstą roślinnością. Jadąc na południe, zatrzymujesz się, aby zobaczyć piękne wodospady (Bingham Falls i Moss Wodospad Glena) aż dotrzesz do Stowe, być może proporcjonalnie porównywalnego z kurtyną Nowej Anglii. Bez uszczerbku dla faktu, że istnieje duża różnica między Dolomitami a Appalachami, Stowe jest miejscem par Excellence dla zamożnej turystyki zimowej: latem okoliczne łąki zamieniają się w lśniące pola golfowe, z których można podziwiać widoki i odwiedzać Nowojorczyków, Bostonian itp. w poszukiwaniu orzeźwienia. Tutaj również znajduje się wiele ośrodków wypoczynkowych, ale wydaje się to bardziej uporządkowane niż to, co widzieliśmy gdzie indziej, ze zdecydowanie bardziej akceptowalnym wpływem na środowisko niż to, co zwykle obserwuje się w tych lokalizacjach. Kontynuując, w Waterbury odwiedzamy to miejsce Młyn Cydrowy gdzie można to zobaczyć wyciskanie jabłek i ich przekształcenie w cydr, po czym przechodzimy do Fabryka lodów Ben&Jerry, do wzięcia udziału w oprowadzaniu po najsłynniejszej fabryce lodów – prawdziwej ikonie w panoramie amerykańskich lodziarni. Choć kilka lat temu został zakupiony przez grupę Unilever i tym samym utracił swój rodzinny wymiar, Ben&Jerry podkreśla dbałość o dobór składników, zarówno z punktu widzenia jakościowego, jak i kompatybilności społecznej. Oprócz zobaczenia procesu produkcyjnego, wyjaśniamy, w jaki sposób dokonywane są zakupy z uwzględnieniem kwestii środowiskowych: umowy z lokalnymi rolnikami na mleko, umowy o wyraźnie „postępowym” charakterze na dostawy surowców do krajów rozwijających się. Niedaleko znajduje się fabryka cmentarz z nagrobkami: na każdym z nich znajdują się smaki lodów, których już nie produkuje się... Kto wie, czy przyjemność vintage nie spowodowała kiedyś zmartwychwstania niektórych. W końcu Halloween jest w tym regionie zadomowione.

Pogoda nigdy nie groziła przekształceniem się w deszcz, ale przez większą część dnia towarzyszyła nam zasłona chmur, która przerzedziła się, pozostawiając miejsce na czyste niebo dopiero, gdy dotarliśmy do Burlington, nad jeziorem Champlain (zwanym szóstym z Wielkich Jezior). Jest to miasto uniwersyteckie, które konsekwentnie charakteryzuje się młodzieńczą atmosferą, kontrastującą z życiem części mieszkańców; widzisz wielu ludzi wędrujących bez celu, co jest wyraźnym sygnałem złego samopoczucia społecznego.
Warto zauważyć, że w tym regionie wiele nazw miejscowości ma wyraźne francuskie pochodzenie. Jako przykład wystarczy nazwa stolicy Vermont (a może i samego stanu), która nazywa się Montpelier, a nie Lake Champlain: wszystkie nazwy pochodzą z czasów, w których obszar ten był częścią francuskiej Ameryki Północnej, do połowy XVIII wieku, czego pamięć skłania nas do przypomnienia starć opisanych we wspaniałym filmie Ostatni Mohikanin. Podczas gdy pobliski Quebec zachował swoją francuskojęzyczną dumę i autonomię, po tej stronie granicy ludność pochodzenia francuskiego połączyła się (lub została) w amerykański tygiel i jedynie nazwy na mapach geograficznych pozostają przypomnieniem ich korzeni, prawdopodobnie nawet nie są to nazwiska ludzi, którzy woleli/musieli je angielizować.
Wracamy do Waterbury, ale tylko po to, żeby wziąć Przegląd US100 kierując się na południe i wracając, aby podziwiać kolejne połacie lasów, nigdy takie same i zawsze zadziwiające. Niezadowoleni jedziemy tam i z powrotem drogą US125 na wieczorny koncert kolorów i nie żałujemy, że przejechaliśmy kolejne 80 km. Zamieszkujemy we wspaniałej gospodzie w Rochester, podobnej do okazałego angielskiego domu, podczas gdy sąsiadująca z nią tawerna jest zdecydowanie w stylu amerykańskim i służy również jako miejsce spotkań mieszkańców wioski, a także serwuje doskonałe dania.











