Day 7
Szlak Mohawków
Szlak Mohawków: starożytny szlak indyjski, który obecnie obejmuje wybrzeże Connecticut i Rhode Island
Wędrówka po parku stanowym Natural Bridge
Jedziemy około dziesięciu mil, aby wrócić Williamstown a stamtąd wybierz Szlak Mohawków. W rzeczywistości szlak to US2 i został zbudowany w miejscu, w którym kiedyś biegł szlak indyjski, wiodący przez wzgórza na zachodzie. Droga o długości 63 mil, która prowadzi nas do Greenfield. Krajobraz nie zapiera dech w piersiach jak na innych przemierzanych wcześniej drogach, także biorąc pod uwagę fakt, że znajdujemy się w mniej górzystym terenie, ale są miejsca, w których etap jest więcej niż zasłużony. Zacznijmy od Park Stanowy Mostu Naturalnego, z pięknym wodospadem opadającym na marmurowy aksamit. Kontynuując, most, tym razem odkryte, z Wodospad Shelburne’a. Jest to deptak otoczony prawdziwym ogrodem botanicznym, doskonale ukwieconym pomimo pory roku.

Wodospad Turnersa
Chociaż nie jest to główny ośrodek turystyczny, jesteśmy zdumieni, jak wiele można osiągnąć za pomocą niewielkiej ilości piękna, bez uszczerbku dla niezwykłego tła. Korzystna pogoda, która uwypukla kobalt w potoku poniżej, odgrywa ważną rolę w uzyskaniu ogólnego obrazu. Nawet na szlaku nie brakuje wiosek pochodzenia francuskiego, takich jak Charlemont czy Savoy. To właśnie w Charlemont składamy hołd pomnikowi przeszłości, czyli „Powitanie wschodu słońca”., posąg przedstawiający irokeza w jego wyrazie pozdrowienia dla słońca i jednocześnie hołd dla ludności indyjskiej zdziesiątkowanej przez kolonizację. Wodospad Turnersa Warto zatrzymać się na krótki postój wzdłuż rzeki Connecticut w miejscu, gdzie znajduje się tama i dołączona do niej drabinka, które umożliwiają łososiom wypłynięcie (co ma miejsce około maja). W Greenfield żegnamy wieś i jedziemy autostradą międzystanową 91 południową, która również charakteryzuje się jasnymi jesiennymi kolorami. Po przejechaniu 170 km dojeżdżamy do New Haven w stanie Connecticut. Tak naprawdę miasto nie ma wiele do pokazania poza słynnym kampusem Yale. Po bliższym przyjrzeniu się, nawet to nie ukazuje budynków, które same w sobie są warte odwiedzenia, znajdujemy się w zwykłym uniwersyteckim miasteczku, przyjemnym jego młodzieńczą atmosferą. Jest wiele miejsc odwiedzanych przez studentów, którzy muszą wydać mnóstwo pieniędzy, aby ukończyć tutaj studia; ale to cena, jaką płaci się za doskonałość. W pewnym sensie niewiele odbiegające od tego, co zobaczymy jutro na jeszcze bardziej znanym Harvardzie. Niezadowoleni z dnia, skręcamy dziobem na wschód, kierując się na autostradę 95 w kierunku Newport, z pośrednim odcinkiem wzdłuż autostrady, aby lepiej podziwiać krajobraz. Autostrada biegnie w głąb lądu, równolegle do wybrzeża, w regionie nadmorskim, który zawsze przyciągał śmietankę dużych miast USA. Dlatego w okolicy znajduje się wystawa niezwykłych willi, które stały się jeszcze bardziej luksusowe, jeśli wziąć pod uwagę, że były używane przez kilka tygodni w roku, ale w złotym wieku amerykańskiego kapitalizmu stanowiły symbol statusu. Prawnuki Rockefellera i Vanderbilta wybierają dziś bardziej egzotyczne kierunki spędzania wolnego czasu, podczas gdy ich przodkowie żyjący w XIX wieku mieli do dyspozycji wiele innych środków transportu, a posiadanie Riwiery pod ręką było dużą zaletą. Tak naprawdę Long Island znajduje się tuż naprzeciw New Haven, a Nowy Jork oddalony jest zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów. W ten sposób dotarliśmy Newport gdy słońce zachodzi, biegniemy wzdłuż nazwanej ścieżki Spacer po klifie, po lewej stronie której znajduje się stromy klif w stronę morza, a po prawej megawille przekształcone obecnie w muzea lub rezydencje. Podczas gdy o zachodzie słońca roztaczają się wspaniałe widoki na już urokliwe zakątki, my pokonujemy cały 6-kilometrowy odcinek i wracamy już pod osłoną ciemności. Pozostaje tylko odebrać samochód pozostawiony sam na parkingu przed plażą i udać się kilka mil w głąb lądu w poszukiwaniu kolacji i noclegu. Pierwsza będzie prawdziwą rozkoszą: w recepcji hotelu polecane jest nam półosłonięte miejsce, w którym możemy coś zjeść doskonała ryba. W rzeczywistości jest to handlarz rybami z dołączoną restauracją. Zamawiasz przy wejściu przeglądając menu z przykładowymi zdjęciami przewijającymi się na ekranie telewizora cyfrowego, siadasz i po kilku minutach zaczyna się impreza, najpierw dla oczu, potem dla podniebienia! Dzielimy się dużym homarem, a potem przesadzam z mieszanym narybkiem o epokowych rozmiarach (łosoś atlantycki będzie zamiast tego lżejszy). Trzymając się zasady, że jedzenie musi być spożywane, spędzę noc pełną sennych emocji. Wciąż pozytywne doświadczenie, nawet jeśli lepiej nie powtarzać tego co tydzień.









