Day 2
Kilimandżaro 1: Od bramy Machame do obozu Machame
Przygoda się zaczyna, uzupełniamy zapasy i ruszamy w stronę Obozu 1
W stronę Bramy Machame
Pobudka o 7, żebyśmy spakowali to, co mamy ze sobą do torby, a reszta poszła do walizki i została tutaj. Po nieoczekiwanym wydarzeniu wyruszamy do biura Kessy. Zamykamy torby, plecaki i jesteśmy gotowi.
Od Moshi do Bramy Machame
Sprzęt pomocniczy jest już załadowany i w 11 osób wyruszamy w stronę Bramy Machame, skąd rozpocznie się próba wejścia na Kilimandżaro. Z Moshi kierujemy się kilka kilometrów drogą prowadzącą do Arushy, skręcając w prawo w stronę naszej góry; Roślinność staje się gęstsza, gdy zbliżamy się do obszaru lasu deszczowego, ziemia jest uprawiana, a kilka rozproszonych domów tworzy wioski z nieokreślonym dla nas planem urbanistycznym. Po bokach płyną pola bananowe pod którym rosną rośliny słynnej lokalnej kawy. W pewnym momencie zatrzymujemy się kupuj mięso, więc robimy pierwsze zdjęcia tego pięknego otoczenia. Droga wznosi się bez zakrętów i jest dość stroma, a minibus ugina się pod ciężarem ludzi i materiałów.

Wydaje się, że problemy zostały przezwyciężone, teraz nasza kolej, w wyzwaniu z istotą, o której jesteśmy świadomi, że jest lepsza od naszej, i do której podchodzimy przygotowani fizycznie, a także całkiem mentalnie. Obsesja i marzenie wreszcie nabierają kształtu, trzeba pomyśleć o dotarciu na szczyt, stosując się do wskazówek przewodników, zachowując spokój i skupienie: nie ma szczególnych trudności technicznych, mimo że jest to najtrudniejsza trasa, bo długa i z kilkoma podjazdami, które z jednej strony pomagają w aklimatyzacji, z drugiej wymagają więcej energii; nieprzypadkowo nazywa się go szlakiem whisky. Błąd, który mógłby spowodować dyskomfort w żołądku lub kolejną porażkę, przekreśliłby szanse na sukces i tutaj nie można powiedzieć, że wrócimy za tydzień. Na horyzoncie pojawia się zatem poważny ciężar niemożności popełniania błędów: teraz albo nigdy. Oczywiście w przypadku porażki świat by się nie zawalił, ale po tym wszystkim, co się wydarzyło, oczekiwaniu, treningu i zużyciu energii, nie moglibyśmy użyć innego określenia niż porażka. Hipoteza, której nie powinniśmy, nawet nie chcemy brać pod uwagę i dlatego będziemy dbać o każdy szczegół wejścia, starając się w pierwszych dniach nie ulegać łatwemu optymizmowi, kierując się radami przewodników, ale jednocześnie starając się nie uciekać od naszych przyzwyczajeń: np. zapraszają nas do dużego jedzenia nawet w godzinach bezpośrednio poprzedzających próbę zdobycia szczytu, ale to nie jest w naszych standardach i będziemy jeść absolutne minimum, także dlatego, że będziemy mogli się dobrze odświeżyć w pierwszych dniach dzięki dobrym potrawom przygotowanym przez kucharza. Przed kontynuowaniem narracji wspinaczki należy dokonać kilku wstępów i założeń, pamiętając o ogólnych aspektach wędrówki.
Przewodnicy, tragarze i życie obozowe
Jesteśmy grupą składającą się z 15 osób: oprócz nas jest odpowiedzialny przewodnik drużyny Joseph, solidny, gadatliwy 55-latek, który jednak w swoim czasie potrafi wzbudzić szacunek u wszystkich. Ma dobrą psychikę i jest bardzo przywiązany do szczegółów, jego wzrok jest zawsze czujny, aby wszystko działało dobrze, a jego postawa zapewnia bezpieczeństwo. Jackson jest asystentem lub zastępcą przewodnika; mimo swoich 63 lat cechuje go niesamowita życzliwość, jest weteranem, wszyscy go znają i chętnie zamieniają z nim kilka słów podczas wspinaczki. Góry ma we krwi, co czyni go uwielbianym w całym kręgu przewodników i tragarzy. Jest też Musa, dwudziestodziewięcioletni szef kuchni, który pojawia się rzadko, zawsze ukrywając się w swoim namiocie kuchennym, z którego często wychodzą soczyste przysmaki w godzinach nieodpowiednich dla warunków, w jakich musi pracować. Udaje mu się umiejętnie łączyć tradycyjne składniki, takie jak ziemniaki, ryż, bataty z kurczakiem, rybą i jajkami, a wszystko to w towarzystwie przyjemnych i smacznych zup warzywnych, warzyw sezonowych i smacznych, a zarazem delikatnych owoców, oczywiście wykorzystując do poszczególnych dań składniki bezglutenowe lub zawierające gluten. Każdy posiłek jest dobrze dostosowany do wymaganego wysiłku fizycznego oraz wysokości i warunków klimatycznych. Wodę gotuje się wieczorem, pozostawia na noc do ostygnięcia, aby można było nią napełnić bidony na cały dzień: standardowe zalecenie to przyjmowanie co najmniej 3 litrów płynów na dobę, aby uniknąć bólów głowy, nudności i innych objawów choroby wysokościowej. Kelner to tak naprawdę jeden z tragarzy, którego zadaniem jest podawanie nam posiłków w dużej jadalni, przynajmniej 3x2, i to tylko dla nas. Wreszcie jest dziewięciu innych tragarzy, prawdziwych pracowników trekkingu, chłopców na mułach, którzy w nietypowych butach wędrują po zboczach góry z przerażającymi ładunkami. Nie tyle czy nie tylko ze względu na wagę, oficjalnie ich ładunek jest ważony przy bramce odlotów i nie może przekroczyć 15 kg, ale ze względu na kształty, jakie prezentuje bagaż, do tego stopnia, że trzeba go nieść na głowie lub z irytującymi dodatkami w postaci wiader i innych rzeczy wiszących niemal wszędzie. Gdybym miał tylko plecak, wszystko byłoby w porządku. Warto podkreślić, że od nich też wymagana jest szybkość, gdyż oczyszczają obóz po naszym wyjeździe i zazwyczaj muszą już ją mieć przygotowaną, gdy dotrzemy do kolejnego obozu. Do tego stopnia, że ścieżki przypominają kolumny tragarzy, których twarze są blade i dyszą, gdy idą w górę. Niezwykły szacunek budzi się w stosunku do tych młodych mężczyzn, a nawet niektórych kobiet, które z uśmiechem i chęcią, ale i siłą, cierpliwie podejmują się uciążliwego zadania transportu materiałów, aby porozmawiać, często przy muzyce płynącej z trzymanego w kieszeni smartfona. Wyróżnia się wśród nich wielkie koleżeństwo, które prawie nigdy nie stanowi konkurencji i jest w stanie stworzyć atmosferę radosnego, zaraźliwego zamieszania. Rozumowanie, które nieuchronnie się pojawia, ma różną naturę; te dzieciaki wiodą nędzne życie z powodu jakichś szaleńców, nas, którzy postanowiliśmy przeznaczyć znaczną energię ekonomiczną i fizyczną na podbicie góry oddalonej o tysiące kilometrów od domu. Krótko mówiąc dziwactwo. Z drugiej strony, bez tych szalonych marzycieli, którzy uwielbiają pracować w okresie wakacyjnym, w którym inni odpoczywają, tragarze musieliby wykonywać znacznie bardziej niepewne prace, zarabiając mniej. Jednak panuje między nimi dobra atmosfera, nigdy nie przepuszczają okazji do rozmów, żartów, śmiechu i śpiewu. Spokój, który tylko brak zbędnych środków może urzeczywistnić. Kto wie, jakie są ich prawdziwe myśli na nasz temat. Wszyscy należą do grupy etnicznej Chagga, a zatem pochodzą z Bantu i mówią między sobą w języku suahili, języku powszechnym w Afryce Wschodniej, który zapożycza terminy z języków obcych, salama z języka arabskiego na pozdrowienia lub życzenia, shule z języka niemieckiego w celu wskazania szkoły itp.
Za radą korzystamy także z prywatnej toalety za 150 dolarów, co okaże się niezwykle przydatne szczególnie w wyższych obozach, gdzie zimno i odległość od toalet publicznych wymagałyby większego wysiłku.
W okresie Covid maszyna górska stała w miejscu ze względu na brak klientów: wszyscy próbowali popracować w domu, zajmując się rolnictwem, ale tym, którzy mieli oszczędności, zabrakło. W zeszłym roku zaczęliśmy ich widzieć, natomiast w tym sezonie nastąpił prawdziwy rozkwit. Wszyscy są bardzo zajęci, ale szczęśliwi, że mogą przynieść do domu trochę pieniędzy, teraz przepływ środków maleje, gdy letnie wakacje dobiegają końca i można odetchnąć minimalnie z ulgą.
Rano zazwyczaj o umówionej porze budzi nas kelner, który w namiocie podaje nam kawę: to pierwsza trudna operacja w ciągu dnia, gdy jeszcze śpimy, otuleni w śpiwór, staramy się nie upuścić napoju. W międzyczasie Godlisten stawia przed naszym łóżkiem dwie miski z gorącą wodą, przydatną do mycia, po czym ubieramy się i idziemy do stołówki na śniadanie. Ta ostatnia składa się z namiotu z dwoma krzesłami i stołu, na którym ustawiane są dżemy, kawa mielona i wszystko, co przyda się jako przyprawy. Zasadniczo nasz obóz składa się z namiotu, refektarza, namiotu kuchennego używanego również do spania i jednego lub dwóch innych namiotów dla tragarzy. Na podkreślenie zasługuje umiejętność szefa kuchni Musy w przygotowywaniu posiłków, zwłaszcza śniadań. Często zaczyna gotować o 4 rano, a posiłek musi podać około 6; oprócz wykorzystania składników, w tym bezglutenowych, zgodnych z dietą wspinaczkową, stara się połączyć substancję, smak i ograniczenia wynikające z tego, że kuchnia znajduje się w namiocie na dużej wysokości ze zrozumiałymi ograniczeniami związanymi z transportem i rozrzedzonym powietrzem w trudnym połączeniu.
Siedlisko: Las deszczowy
Od Bramy Machame do Obozu Machame
Trasa Machame jest prawdopodobnie najpopularniejszą trasą wspinaczkową. Jest to wybór wielu osób, ponieważ oferuje imponujące widoki i różnorodność siedlisk. Trasa Machame jest również nazywana trasą whisky ze względu na jej reputację wymagającej wspinaczki, w przeciwieństwie do łatwiejszej trasy Marangu, znanej jako trasa Coca-Coli. W przeciwieństwie do stopniowych wzniesień i schronisk na trasie Marangu, wspinacze Machame pokonują bardziej strome szlaki na dłuższych dystansach i śpią w namiotach. Trasa Machame ma długość około 62 km od bramy do bramy. Wspinaczkę Machame Route można w górach pokonać w ciągu zaledwie sześciu dni i pięciu nocy. Wędrówka rozpoczyna się przy bramie Machame, położonej u południowego podnóża góry, w bujnym i żyznym lesie deszczowym. Trasa prowadzi w stronę płaskowyżu Shira, a następnie przebiega przez południową część góry, skąd roztaczają się wspaniałe widoki ze wszystkich stron. Podejście na szczyt prowadzi od wschodu, a zejście ścieżką Mweka. Dzikie zwierzęta, takie jak małpy colobus wzdłuż drogi.

Wróćmy teraz do wiadomości z pierwszego dnia, kiedy to wyszliśmy co najmniej dwie i pół godziny spóźnieni w porównaniu z planowaną godziną, także dlatego, że w Moshi kupiliśmy kartę SIM z 12 GB ruchu za cenę 10 dolarów, płatną w Tsh. Al Brama Machame stoimy na parkingu, podczas gdy Joseph robi wszystko, co w jego mocy, aby mieć wszystkie pozwolenia na wspinaczkę w domach strażników, a pozostali wyładowują bagaże z minibusa na ramiona tragarzy, którzy sprawdzają, czy waga nie przekracza 15 kg każdy. Wielokrotnie podkreślano znaczenie picia, w butelkach na wodę powinniśmy mieć co najmniej trzy litry każda. Ostatecznie około 13.00 wyruszamy, również sprawdzani przez niezbyt precyzyjny wykrywacz metali. Mimo godziny nadal wyjeżdżają grupy, z którymi będziemy się wyprzedzać podczas częstych przystanków, z których jedna ma około jednej trzeciej drogi na lunch. Pierwsza część trasy jest lekko pod górę, wzdłuż pięknej ścieżki pośrodku lasu deszczowego. Roślinność niezwykła jak na tę szerokość geograficzną, ale preferowana przez wyłaniającą się masę Kili. Wszędzie zielono i w różnych kolorach, z drzew zwisają nawet kilkudecymetrowe brody mchu, świadczące o opadach deszczu; widzimy także draceny, Wieczny Kwiat i tę rzadką Niecierpek Kilimandżari, rośnie tylko na tym obszarze, jest żółto-czerwony i można go rozpoznać po małej i charakterystycznej trąbie słonia zwisającej z korony. Kolorowe ptaki i wrony białe zaczynają dawać nam pierwszy przedsmak żywotności tanzańskich gatunków zwierząt. Przewodnicy najpierw chcą sprawdzić nasze przygotowanie, więc stoją przed nami i idą bardzo powoli, jakby blokowali wszelkie próby wyprzedzania z naszej strony. Podkreślają potrzebę wyjazdu słup słupowy aby od samego początku nie marnować energii, zwłaszcza na pocenie się. W rzeczywistości wydaje nam się to nawet zbędne, ale przekonamy się, że okazana obecnie ostrożność zniknęłaby, gdy zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z dwoma dobrze wyszkolonymi podmiotami, co absolutnie nie oznacza zaaklimatyzowanych. W pewnym momencie widzimy schodzącego chłopca z maską tlenową i trupią twarzą, dowiadujemy się, że miał już trudności z dostaniem się do pierwszego obozu, co jest wyraźnym przypadkiem kogoś, kto musiał w góry podchodzić zaczynając od uniwersytetu, a nie od szkół podstawowych. Tragarze nie idą z nami, niektórzy są z przodu, inni mijają nas podczas powolnego marszu; na krótko przed przyjazdem jeden z nich zgłasza zmęczenie i trudności, zostaje popychany do tego stopnia, że zostaje zbesztany, a w końcu pomagają mu inni, którzy schodzą z obozu, gdzie zostawili bagaże. Na ostatnim odcinku ścieżka staje się nieco bardziej stroma i tuż przed 19:00 jesteśmy w Machame Camp, kiedy robi się już ciemno, z wielobarwnym spektaklem namiotów, który staje się coraz bardziej ciemny, jednolity kolor. Jest zimno, lokalizujemy namiot, gdzie się rozbijamy i już w ciemności rozkładamy śpiwory i prześcieradło; po bokach torba, plecaki i worek z tym, co nam pożyczyli, kurtki wysokogórskie, spodnie przeciwdeszczowe i getry; już po pierwszych oznakach od razu mieliśmy wrażenie, że na tej wędrówce nie będzie gorąco, przynajmniej w nocy. Toaleta zlokalizowana kilka metrów od namiotu przyda się, aby uniknąć przemarznięcia, potknięcia się w ciemności i ze względów higienicznych. Herbata z popcornem jako aperitif i czekamy, aż obiad będzie gotowy: nie z naszej winy i na pewno nie z winy zespołu wyszliśmy późno i wszystko idzie zgodnie z planem. Około godziny 20:00 serwowana jest kolacja i delektujemy się pierwszymi przysmakami naszego szefa kuchni. Nie ma mowy o poposiłkowym spacerze ze względu na zimno i brak światła w dość trudnym terenie, zakopujemy się, ale trawienie w namiocie nie będzie łatwe; Skoro już czas iść spać, to niemal od razu kładziemy się spać, a nasze żołądki nie będą za to wdzięczne. W nocy wydaje mi się, że jest mniej zimno, może po prostu się do tego przyzwyczajamy.



