Kilimandżaro 3: z obozu Shira do obozu Barranco

Day 4

Kilimandżaro 3: z obozu Shira do obozu Barranco

26/08/2022

Lava Tower, szczyt na wysokości 4600 metrów i piękne naturalne ogrody. Przydatna aklimatyzacja

Kategoria
26/08/2022 1 galleries 0 Maps

W stronę Wieży Lawowej

Siedlisko: półpustynne

Z Obozu Shira do Wieży Lawy

Z płaskowyżu Shira jedź dalej na wschód wzdłuż grani, mijając skrzyżowanie na szczyt Kibo. Dalej zmieniamy kierunek na południowo-wschodni w stronę Lava Tower, zwanej także „zębem rekina”, gdzie osiągamy wysokość 4630 m n.p.m. To najcięższy dzień aklimatyzacji. Zwykle w tym momencie niektórzy ludzie po raz pierwszy zaczynają odczuwać duszność, drażliwość i bóle głowy. Zaraz za wieżą natkniemy się na drugie skrzyżowanie, prowadzące w stronę lodowca Arrow na wysokości 4880 m. Następnie schodzisz prawie 680 metrów do obozu Barranco. Po osiągnięciu wysokości 4600 metrów w Lava Tower przewaga tego dnia pod względem aklimatyzacyjnym staje się bardzo widoczna. Zejście do obozu Barranco na wysokość 3962 metrów zajmuje około dwóch godzin i oferuje wspaniałe widoki na Wyłom i Wielki Mur Barranco. Obóz położony jest w dolinie pod tymi murami, w miejscu, które często zapewnia niezapomniany zachód słońca przed kolacją. Choć dzień kończy się na tej samej wysokości startowej, pozostaje on zasadniczym etapem w przygotowaniu organizmu na dzień szczytu.

Ciekawostka
Chodź wysoko, śpij nisko

Wspinaczka aklimatyzacyjna do Lava Tower

Po jednej nocy w którym namiot kołysał się na łasce wiatru, ale w którym mimo to udało nam się odpocząć, śniadanie dociera o 7 z zawsze różnymi i energetycznymi produktami. Wyruszamy o 8 z Jacksonem, ponieważ Joseph pozostaje w obozie, aby koordynować pracę tragarzy i sprawdzać, czy zabierają cały materiał. Tempo tego sześćdziesięciotrzyletniego alpinisty jest ogromne: powoli, ale równomiernie wspina się, a my nie zdajemy sobie sprawy, że pokonujemy setki metrów różnicy wysokości. Wszystko w porządku, a kiedy Joseph do nas dociera, niedługo dotrzemy do Wieży Lawy, zaraz po spotkaniu z Trasą Lemosho prowadzącą z Obozu Shira 2. Ścieżka rozdziela się niemal natychmiast: nosiciele skorzystają z obwodnicy prowadzącej bardziej bezpośrednio i łatwiej do Barranco, bez konieczności wspinania się na najwyższy punkt, do którego dotrzemy. Służy to właśnie aklimatyzacji, zgodnie ze schematem chodź wysoko, śpij nisko. Wspinaczka do Wieża Lawowa nie jest szczególnie stroma i pomimo osiągnięcia 4600 m n.p.m. nie mamy żadnych szczególnych wad. Zawsze chcąc zaczerpnąć jak najwięcej rozrzedzonego powietrza, obiad jemy w najwyższym punkcie, gdzie znajduje się miasteczko namiotowe, o którym nie wiedzieliśmy, że jest to obóz. Po zakończeniu lunchu w zimnie, także z powodu niezbyt gęstej, ale dokuczliwej mgły, schodzimy po przeciwnej, bardziej stromej stronie, mijając kilka strumieni wypływających z lodowców poniżej szczytu.

Wędrówka po skalistym, jałowym terenie z ludźmi spacerującymi w oddali.

Zejście do obozu Barranco

Roślinność Tutaj naprawdę zaczyna się potwierdzać: rośliny, których nigdy wcześniej nie widziano pojawiają się przed nami w kolorach wyraźnie kontrastujących z jałową i ciemną ziemią. Jesteśmy praktycznie w ogrodzie, z lobeliami i ich pięknymi niebieskimi kwiatami ukrytymi w liściach oraz dendronecio kilimandżari, endemiczna roślina przypominająca palmę, ma żółte kwiaty i żyje około trzydziestu lat, po czym kończy się i wysycha. Wspaniałe kwiaty tworzą wspaniały pierwszy plan przed pozostałymi lodowcami Barranco, podczas gdy inne krzewy podobne do białych ostów, bardzo kwitnące, dopełniają obrazu wśród strumieni spływających z Kilimandżaro, krystalicznie czystej i szybkiej wody. Zobaczmy Zachodnie naruszenie, na którą można się wspiąć wyłącznie po podpisaniu zwolnienia od odpowiedzialności, ponieważ w ostatnich latach znacznie wzrosło ryzyko spadania kamieni w wyniku topnienia lodowców; jeszcze bardziej krytyczna sytuacja dla Lava Tower, na którą nie można się wspiąć. Ścieżka zejścia wiedzie stabilnie i stromo aż do obozu na wysokości 3900 m, gdzie gwizdki Jacksona identyfikują tragarzy, którzy już rozbili namioty, oddalonych od reszty obozu, aby zapewnić nam choć minimum prywatności. Jesteśmy na panoramiczny taras: pod nami mgły, powyżej wyraźnej przerwy między chmurami a grzbietem szczytu. Tuż nad naszą głową wznosi się Mur Barranco, który będzie reprezentował jutrzejszą pobudkę; to prawdopodobnie moment, w którym nasi przewodnicy zorientują się, że mają do czynienia z alpinistami, a nie turystami szukającymi łatwych wrażeń. Te myśli wciąż krążą nam po głowie: trudno nam myśleć o czymkolwiek innym niż zdobycie szczytu, jedynego i dla niektórych może głupiego powodu, dla którego tu jesteśmy. W tym mobilnym miasteczku, bardzo zatłoczonym, ponieważ skupia wędrowców przybywających zarówno z trasy Machame, jak i Lemosho, atmosfera jest luźna. Głosy nosicieli przeplatają się z głosami wspinaczy, którzy przez te wszystkie dni ani razu nie słyszeli języka włoskiego, co świadczy o klasycznym optymizmie dni poprzedzających wielkie wyzwanie. Ci pierwsi uważają metę Barafu za blisko, skąd następnie zejdą w kierunku Mweka; ci drudzy patrzą w stronę szczytu, coraz bliżej. Wszyscy mają świadomość, że najtrudniejszy etap dopiero przed nami, a ciężka praca dopiero się zaczęła. Odtąd nogi staną się drugorzędne w stosunku do sposobu myślenia i będą niezbędnym elementem do osiągnięcia każdego celu, ale tym bardziej tego. Słońce zachodzi wcześnie i temperatura nie musi długo spadać. Podchodzę do „budki telefonicznej”, czyli miejsca odbioru sygnału, aby przekazać stan i emocje danego dnia. Następnie organizujemy sprzęt na nadchodzący dzień, ostatni dzień podejścia na szczyt. Lubimy wypić drinka z popcornem i gorącymi pistacjami; krajobraz wokół jest cudowny, z pozostałymi lodowcami wystającymi i ścianą Barranco we wspaniałym kształcie, która pojawia się i znika we mgle. Proponujemy zrobić sobie zdjęcie z całą grupą i pomysł zostaje przyjęty z entuzjazmem. Spokojna kolacja i lektura nowego dzieła Bonattiego przywracają energię psychiczną; fizyczne są już dobrze naładowane i to dobry znak, nawet jeśli samo to nie wystarczy. Wyjście ze śpiwora do łazienki w nocy wymaga pewnego wysiłku umysłowego: już sama operacja wysunięcia się z worka i śpiwora wymaga minimum uwagi, a następnie ponownego założenia śpiwora bez negatywnych konsekwencji dla stawów. Zimno na zewnątrz z pewnością nie jest pożądanym modelem utwardzania, podobnie jak siedzenie w toalecie o wysokości zaledwie około dwudziestu centymetrów wymaga sporej umiejętności kucania. Kiedy wracamy do namiotu, jesteśmy całkowicie rozbudzeni, ale nie jest trudno szybko zasnąć, dzięki mieszance wysokości i zmęczenia. W innych przypadkach wysokość powodowała odwrotny skutek, rodzaj bezsenności, która potrafiła przemienić się w poranne elektryzowanie się, tak że nie czułem zmęczenia przynajmniej do czasu powrotu. Tym razem nie będziemy cierpieć z powodu snu; tak naprawdę skorzystamy na tym, śpiąc więcej, ponieważ gdy zapadnie zmrok, nie mamy nic innego do roboty, jak tylko przeczytanie kilku stron Bonattiego przy świetle reflektorów. Prawdziwy zastrzyk energii na kolejny dzień. Tak jak ciało potrzebuje w tej chwili węglowodanów, tak umysł potrzebuje adrenaliny, pozytywnych doznań, a nawet uniesienia, aby osiągnąć i przekroczyć poprzeczkę ustawioną dokładnie na 5895 metrach.

Nocleg
Trekking na Kilimandżaro – Obóz Barranco

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.