Kilimandżaro 4: z obozu Barranco do obozu Barafu

Day 5

Kilimandżaro 4: z obozu Barranco do obozu Barafu

27/08/2022

Obóz 4, ostatni pod górę. Jesteśmy tu teraz, oczekiwanie na Chwilę staje się coraz bardziej intensywne

Kategoria
27/08/2022 1 galleries 0 Maps

Mur Barranco i przejście do Karangi

Siedlisko: Pustynia Alpejska

Z obozu Barranco do Karangi

Po śniadaniu opuszczamy Barranco i kontynuujemy wspinaczkę stromą granią, mijając ścianę Barranco. Docierając tuż pod lodowiec Heim, doceniasz piękno Kilimandżaro. Następnie trasa schodzi doliną Karanga, mijając pośrednie grzbiety i doliny. Następnie opuszczasz Karangę i docierasz do skrzyżowania łączącego szlak Mweka. Jest to preferowana trasa zejścia ze szczytu. Skręć w lewo na grań i po około godzinie dotrzesz do schroniska Barafu. Ostatnim przystankiem wodnym na trasie jest Dolina Karanga, gdyż w obozie Barafu nie ma wody. Z tego miejsca widać dwa szczyty Mawenzi i Kibo. W tym momencie Tor Południowy został ukończony, oferując widoki na szczyt pod różnymi kątami.

W stronę obozu Barafu

Barafu, słowo w języku suahili oznaczające „lód”, to ponury i niegościnny obszar biwakowy, w którym spędza się część nocy. Całkowicie wystawiony na burze obóz ma namioty rozbite na wąskim, kamienistym i raczej niewygodnym grzbiecie. Szczyt jest wyższy o 1345 metrów, a ostateczne wejście nastąpi tej samej nocy.

Ciekawostka
Barafu

Wczoraj, gdy schodziliśmy, aby dotrzeć do obozu, zobaczyliśmy wijącą się wzdłuż stromej ścieżki kamienna twarz muru Barranco. Prawie nieprawdopodobne, ale oczywiste i dlatego logiczne dla wyjścia z doliny, w której położony jest kemping. Oczywiście po przebudzeniu i zjedzeniu śniadania nie oznacza to początku poranka, na jaki można by mieć nadzieję. Przewodnicy nas pośpieszają, bo najlepiej zaatakować zanim przybędzie masa ludzi; Szkoda, że ​​wszyscy tak myślą. Ściana nie wymaga specjalnych umiejętności wspinania się, jednak w kilku miejscach trzeba użyć rąk. Tutaj udaje nam się wydobyć nasz nawyk doświadczania gór poza szlakami turystycznymi, spokojnie pokonując niezdarnych towarzyszy wspinaczkowych pochodzących z terenów pozaalpejskich. Nasi przewodnicy określą nas jako pająki, a my jesteśmy z tego dumni i wdzięczni naszym Alpom, źródłu fizycznego, mentalnego i duchowego treningu, aby być tu i teraz. Wspinaczka po łatwych skałach na wysokości 4000 metrów nadal wymaga uwagi, aby nie zabrakło mu tlenu, ale organizm doskonale reaguje na wymagania stawiane przez teren. Żeby było uczciwie pozwólmy nosicielom przejść, którzy rozebrali namioty i szybko idą dalej, aby przygotować je na następny cel. Nasz podziw dla nich nie ma granic: każdemu z tych chłopców chcielibyśmy postawić pomnik. Niestety, jeden z naszych ludzi w obozie Karanga będzie musiał się zatrzymać i szybko zejść z powodu choroby wysokościowej: dopadł go silny ból głowy i choć owinięty w ubrania towarzyszy, ma dreszcze i objawy, które nie wróżą nic dobrego. Dajemy mu kilka tabletek Moment, ale kiedy dociera do stacji strażników, kończy się upadkiem. Każą mu natychmiast rozpocząć zejście w towarzystwie dwóch innych tragarzy, tak że za jednym zamachem stracimy trzech naszych ludzi. Karanga jest obozem pośrednim, gdzie kilku wędrowców zatrzymuje się na noc, aby się zaaklimatyzować, a stąd prowadzi również ścieżka zjazdowa, która służy do znoszenia nieczystości. Cierpiący przewoźnik wprawia nas w zdumienie i nawet jeśli od tego momentu będą trudności logistyczne, z pewnością nie będzie to stanowić problemu: ważne jest, aby wyszedł i wyzdrowiał. Nie możemy zrozumieć, czy to ten sam, który pierwszego dnia wpadł w kryzys, a pomogli mu koledzy, którzy w międzyczasie dotarli do Machame Camp. Z pewnością zachęcił go nasz przewodnik w podejściu do Karangi, który również pomógł mu, niosąc torbę. Z tego, co nam powiedziano, od jakiegoś czasu nie wykonywał zawodu i stracił nawyk płacenia kwoty; z tymi ciężarami na ramionach nie ma przebaczenia.

Szlak wije się przez pagórkowaty, jałowy krajobraz Tanzanii.

Z Karangi do obozu Barafu

Jeśli chodzi o nas, bez problemów docieramy na szczyt Muru Barranco i kontynuujemy podróż wzloty i upadki księżycowego krajobrazu aż do obozu Karanga. W dolinie przed obozem płynie strumień, stąd w górze jest ostatnia woda; kilkaset metrów dalej widać tragarzy wspinających się z plastikowymi wiadrami na głowach, uważających, aby nie wykonywać gwałtownych ruchów, aby nie rozsypać na siebie części ładunku. W Karanga jemy lunch i czujemy się prawie jak pasożyty, bo namiot i toaleta w refektarzu i tak są ustawione wbrew naszej woli. Niestety przewodnicy są przyzwyczajeni do gości mniej rustykalnych i żałujemy tego; trzeba też powiedzieć, że Józef nie zamierza pozostawiać niczego przypadkowi i nie chce, abyśmy zmarzli podczas lunchu. Niebo jest pokryte niskimi chmurami, odpowiednio do wysokości i wieje wiatr; ale nie jest zimno i w zasadzie mamy się dobrze. Jesteśmy świadomi konieczności zwracania uwagi na każdy szczegół: nawet zjedzenie czegoś w nadmiarze grozi problemami żołądkowymi, zbyt małe oznacza brak energii. Stawką jest szczyt, który można zdobyć teraz albo nigdy. Lunch to doskonała interpretacja Musy: ziemniaki w paski, być może gotowane, a następnie smażone, wciąż chrupiące, z kurczakiem, pomidorami, cebulą i kilkoma kawałkami papryki. Sprytny dodatek przypraw sprawia, że ​​danie jest mistrzowskie, taki rodzaj lunchu docenilibyśmy w każdej restauracji.

Zachód słońca w Barafu i oczekiwanie na szczyt

Podczas gdy Joseph nadzoruje demontaż namiotów, my wspinamy się za Jacksonem jego wspaniałym krokiem. Zbocze nie jest strome, zatem jadąc powoli, nie jest to specjalnie trudne. Jedynym problemem są chmury: w środku otacza nas burza drobny i gęsty śnieg. Zatrzymujemy się, żeby założyć pokrowce na plecaki i w warunkach słabej widoczności docieramy do Obóz Barafu kiedy zaczyna się osadzać lekka warstwa. Z powodów opisanych powyżej namiot nie jest jeszcze gotowy, ale nie ma problemu, aby poczekać, aż wszystko zostanie rozłożone; w końcu mamy gotową siedzibę na czwarty i ostatni obóz wspinaczkowy. Teraz zimno zdecydowanie dokucza, ale śnieg przestaje padać, pozostawiając miejsce na niemal niebiańską wizję, która się rozchodzi Mawenzi do góry Meru, mijając naszą górę wciąż spowitą mgłą. Namioty rozbito w górnej części obozu, na panoramicznym tarasie, gdzie dosłownie znaleźliśmy się na morzu chmur. Za nami Kilimandżaro, z trasą wejścia w stronę krawędzi krateru; po prawej stronie Góra Meru jest wysoka ze szczytem wyłaniającym się z chmur; po lewej stronie, w dużej dolinie sproszkowanej przez błyszczącą warstwę świeżo spadłego śniegu, Mawenzi porusza się rozświetlając o zachodzie słońca. Również tutaj obóz jest usiany wielobarwnymi namiotami opadającymi w dół w kierunku doliny: wszyscy mają atmosferę oczekiwania, a każdy, kogo spotkasz podczas spaceru o zachodzie słońca, zdradza emocje i oczekiwania w stosunku do rychłej próby zdobycia szczytu. Wszyscy jesteśmy zachwyceni i wszyscy zadajemy sobie to samo pytanie: czy dam radę? Po kolacji wspinamy się po głazach nad obozem, aby obejrzeć zachód słońca, który sam w sobie jest wart wysiłku stworzony, żeby tu dotrzeć. W tej chwili nie czuję podniecenia, ani strachu, ani strachu. Przeżywam to oczekiwanie niemal z dystansem, wiedząc doskonale, że dystans taki nie jest. Już tam jesteśmy: wszystko, co mogliśmy zrobić w zakresie szkolenia i opieki, zostało zrobione. Obiad znów jest tak dobry, jak obfity, szkoda, że ​​jesteśmy na wysokości 4660 m i nie warto przesadzać, obciążając żołądek. Jest zimno, a gdy słońce chowa się za zachodnimi stokami Kilimandżaro, staje się jeszcze bardziej intensywne. Pozostaje tylko położyć się spać i czekać na budzik, który zadzwoni, zanim ten dzień dobiegnie końca.

Nocleg
Trekking na Kilimandżaro – Obóz Barafu

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.