Day 7
Kilimandżaro 6: z obozu Mweka do wioski Mweka
Zakończenie szczęśliwej przygody i początek kolejnej: safari
Z obozu Mweka do bramy
Siedlisko: Las deszczowy
Schodzisz przez las deszczowy, często śliskim terenem, do Bramy Mweka, gdzie odbierasz certyfikaty zdobycia szczytu. Odcinek wymaga około trzech godzin marszu.
Śpimy dobrze i budzik o 5.45 przychodzi za wcześnie, ale dzisiaj będzie dzień pełen, choć w zupełnie inny sposób niż to, co przeżyliśmy wczoraj. Tradycyjne obfite śniadanie, ostatnie z serii, przed wyruszeniem na ścieżkę prowadzącą do Bramy Mweka. Na wpół śpiąc o czwartej rano słyszymy skwierczenie oliwy, podczas gdy Musa smaży pyszne naleśniki i naleśniki, które o szóstej uznamy za gorące i pyszne. Przed wyjazdem grupa, która towarzyszy nam w tych dniach wystawia mały teatr śpiewając rytmiczną piosenkę, tak jak inne grupy w naszym sąsiedztwie robią to niemal jednocześnie. Jest to rytualny, miły gest, który doceniamy jako końcowe powitanie; przy tej okazji Joseph prosi nas, abyśmy w celu zachowania przejrzystości przekazali wszystkim, jaką kwotę postanowiliśmy dać w formie napiwku. Nad nami bujna roślinność, z pni zwisają długie mchy, podczas gdy runo leśne prezentuje nieskończoną różnorodność zieleni i kwiatów. Promienie słońca zaczynają przenikać przez las, sprawiając, że zielone kolory stają się jeszcze bardziej żywe. Trzeba tylko uważać na podłoże, które staje się wyjątkowo śliskie z powodu deszczu, który pada w tym rejonie niemal codziennie. Jednak nie dzisiaj: słońce wschodzi coraz bardziej zdecydowanie i w pewnym momencie w roślinności otwiera się szczelina pojawia się masywna sylwetka Kilimandżaro, prawie tak, jakby chciał się przywitać. Odwdzięczamy się kilkoma zdjęciami i wirtualnym uściskiem góry, która nas podbiła jeszcze zanim ją zdobyliśmy. Kontynuujemy zejście uważaj, aby się nie poślizgnąć, ryzykując zrujnowanie pięknych doświadczeń, które miałeś do tej pory. Tragarze schodzą szybko w nietypowych butach i zastanawiamy się, jak mogą być tak zwinni, dopóki nie widzimy, jak niektórzy z nich się poślizgują. Tuż przed bramą jest przedpokój gdzie można się uspokoić na chwilę przed triumfalnym wjazdem na miejsce przyjazdu. Tak naprawdę nikt na nas nie czeka, nie ma owacji ani gratulacji poza naszymi przewodnikami. Nawet by tak nie było, ale w środku czujemy, że to już naprawdę koniec i że poszło nam dobrze. Wspięliśmy się na najwyższy szczyt Afryki i zrobiliśmy to bez problemów, przeżywając na żywo każdą chwilę tego, co życie postawiło przed nami w ciągu tych sześciu dni, stawiając czoła i pokonując trudności: żadnej radości, tylko intensywne i ogromne szczęście.

Kilka zwykłych zdjęć i jesteśmy gotowi udać się do biura parku, gdzie za pośrednictwem Józefa odbieramy zaświadczenie potwierdzające przedsięwzięcie. Fajnie, jest też kod QR, który po zeskanowaniu dostarcza wszystkich kluczowych danych.
Powrót do Moshi i transfer do Arushy
Minibus już na nas czeka, ze wszystkimi tragarzami na pokładzie i wyposażeniem na bagażniku dachowym. Weźmy droga asfaltowa, prawie bez zakrętów, który schodzi w środku uprawy bananów i kawy. Wioski ożywiają kolory kobiecych ubrań. Zatrzymujemy się w sklepie, żeby kupić jakieś gadżety i docieramy do Moshi. Udajemy się do biura Kessy, gdzie sprawdzany jest wypożyczony sprzęt; otrzymujemy kawę i bezpłatną koszulkę zarezerwowaną dla osób, które dokonają wejścia. Obiad w restauracji prowadzony przez Kessy, z Goodym, Josephem, Jacksonem, Musą i kilkoma innymi gośćmi, których nie znamy. Mięso wyjmuje się rękami bezpośrednio z pojedynczego talerza, stawianego na środku stołu: jest twarde, ale smaczne. Ten zwyczaj, spotykany już na Sri Lance, wydaje się wywodzić z bardzo starożytnych instynktów ludzkich i mamy pewność, że jest bardziej autentyczny i naturalny niż używanie widelców; prawdopodobnie nie było tak zdrowo w erze Covida. Podczas lunchu rozmawiamy o zwyczajach żywieniowych Tanzanii. Mówi się nam, że dzięki obecności niemal wszędzie targowisk, dwa razy w tygodniu chodzimy na zakupy i dlatego zawsze jemy świeżą żywność, gotowaną na miejscu; ci, którzy mają zamrażarkę, rzadko z niej korzystają, ponieważ lokalna kultura wymaga od nas jedzenia świeżej żywności. Ułatwia im to również fakt, że mają w zasadzie jedną porę roku, znajdują się tuż pod równikiem i charakteryzują się szeroką dostępnością owoców i warzyw przez cały rok. Ryba pochodzi również z Jeziora Wiktorii, około dwanaście godzin jazdy ciężarówką z Moshi lub z oceanu za pomocą pojazdów chłodni lub z lodem. To samo dotyczy mięsa; być może jedynym, który zamarza na kilka dni, jest kurczak. Zauważamy, że ta sama niepisana zasada obowiązuje również w hotelach, gdzie dostarczenie dań zajmuje dużo czasu właśnie dlatego, że nie mają nic już przygotowanego i dzięki temu mogą pochwalić się większą świeżością, co przekłada się również na lepszy smak. Kiedy skończymy, kierowca czeka, aby zabrać nas do Arushy, dużego i brudnego miasta, które w jakiś sposób nas rozczarowuje: ruch uliczny i kurz królują, ale brakuje troski i tych zabytków, które pomimo swojej prostoty wyróżniały Moshi. Kilka kobiet idzie ulicą w burkach; potwierdziliśmy, że społeczność islamska jest w mieście bardzo silna. Z drugiej strony Moshi jest zdecydowanie bardziej wyznawcą chrześcijaństwa, zarówno katolickiego, jak i protestanckiego, i widać kilka znaków wskazujących na szkoły i instytucje luterańskie. Wspólną cechą Arushy i Moshi jest powód, dla którego powstały właśnie tutaj, pierwszy w cieniu góry Meru, a drugi pod Kilimandżaro. Cecha ta stworzyła mikroklimat gwarantujący stałe opady deszczu i wilgotność na zboczach poszczególnych masywów, co pozwala na obecność kilku małych rzek przydatnych do nawadniać pola i dzięki temu pozwolić życiu rozkwitnąć. Zieleni nie brakuje, podkreślonej przez ogrody warzywne i szkółki obecne również w ilościach wzdłuż głównej drogi. Te ostatnie są szczególnie interesujące, ponieważ eksponują ozdobne rośliny doniczkowe, takie jak sansewieria. Jest to miło zaskakujące w kraju z pewnością niezbyt bogatym, w którym nie spodziewaliśmy się zobaczyć takich ozdobników. Gdy zbliżamy się do Arushy, niektóre pola ryżowe nawet lśnią zielenią w świetle zachodzącego słońca. Inną cechą charakterystyczną, która od razu rzuca się w oczy, jest obecność wielu policjantów ubranych całkowicie na biało: nie jest jasne, jaka jest ich właściwa funkcja, być może ograniczanie nadmiernego ruchu, w przeciwnym razie niewiele mogliby zrobić, aby ograniczyć zamieszanie. Przeładowane minibusy z biednego, ale dostojnego świata wloką się kolorowo z dużymi naklejkami naklejonymi na karoserię, w co najmniej kiczowatej formie w naszym rozumieniu, ale to też przyczynia się do podkreślenia typowości i wyobraźni miejscowej ludności. Ograniczenia prędkości wynoszą odpowiednio 50 i 80 km/h, wszyscy je respektują: kto wie, czy z szacunku dla obecności policji, czy po prostu dlatego, że mandat znacznie obniżyłby i tak skromne wynagrodzenie.
Dojeżdżamy do hotelu i doceniamy obecność łóżka, a doznania pod prysznicem mają niemal boski smak. Trwają prace modernizacyjne i jest tu trochę głośno, ale ogród jest zadbany, a przy basenie tłoczą się młode panie. Restauracja jest praktycznie pusta, bardzo niewielu turystów i kilku mężczyzn/kobiet podróżujących służbowo. Jest czynna całą dobę, a liczba szefów kuchni (których widać przy pracy za szklanym oknem sięgającym od podłogi do sufitu w dobrze zaopatrzonej i nieskazitelnie czystej kuchni) oraz kelnerów wydaje się wręcz przesadzona w porównaniu z liczbą klientów. Jeden z panów na sali zaserwuje nam część obiadu, ale zobaczymy go też ponownie na śniadaniu: kto wie, ile czasu zajmuje każda zmiana w pracy... Resztę popołudnia spędzamy na porządkowaniu bagażu, wymieniając sprzęt trekkingowy na sprzęt safari w torbie. Pyszny obiad z tilapią (ryby przeważnie z Jeziora Wiktorii) i noc, o której marzyliśmy od tygodnia: w łóżku, bez zmartwień, z tygodniem safari przed nami i wreszcie świadomi, że udało nam się wejść na Kilimandżaro.











