Day 9
Boliwia – Copacabana
W Boliwii: do La Paz przez Copacabana
Z Puno do Copacabany, wjazd do Boliwii
Dziś w programie wreszcie znalazła się cicha scena, szkoda tylko, że wieczór nie był zbyt orzeźwiający. Wczorajsze wieczorne przeziębienie uderzyło jak młotek w głowę, a dziś jesteśmy dość oszołomieni. Bardziej niż w ostatnich dniach, kiedy szliśmy i zmagaliśmy się, odczuwamy nierówność wysokości. Obudź się ponownie przed 6 rano, aby być na terminalu autobusowym na czas przed odjazdem o 7 rano w kierunku Copacabana w Boliwii. Miejsce zaczyna ożywać i ciekawie jest widzieć, jak wielcy sprzedawcy przybywają ze swoimi towarami, siedząc na przodzie cyklopoussy, popychani kolejno przez chudych kierowców. Po dotarciu do miejsca, w którym zostaną na cały dzień, płacą taksówkarzowi kilkoma monetami i układają na ziemi pamiątki czekające na klientów. Klasyczny melonik i kolorowe ubrania nadają im elegancji, jakiej zwykle nie mają uliczni sprzedawcy.
Tym razem autobus z Tour Peru, odjazd punktualny i możemy już podziwiać panoramę, jaką oferuje południowa strona jeziora Titicaca. Po dwóch i pół godzinach podróży, mijając wioski położone na wybrzeżu, zatrzymujemy się w ostatnim peruwiańskim sklepie, gdzie ceny dla przybywających tam turystów drastycznie wzrastają. Decydujemy się zaczekać z zakupem lunchu, planujemy zjeść tabliczki czekolady w towarzystwie ciastek z koki na terytorium Boliwii. Zaraz po dotarciu na posterunek graniczny: wysiadamy z autobusu i kierujemy się do urzędu, gdzie bez wielu formalności wystawiane są stemple wyjazdowe z Peru; idziemy 200 metrów pieszo w stronę kolejnego budynku, aby uzyskać boliwijskie budynki, dzięki czemu zostajemy odprawie celnej i możemy wjechać do kraju. Autobus odjeżdża ponownie z około piętnastoma osobami na pokładzie, głównie młodymi turystami pragnącymi odkrywać świat.
Copacabana i Cerro Calvario na Titicaca
Tuż przed pierwszą w nocy boliwijska strefa czasowa jest godzinę do przodu w stosunku do peruwiańskiej, w końcu jesteśmy Copacabana. Opisywano nas jako nieprzyjemne miasto, ale zamiast tego uważamy, że jest zrelaksowane wzdłuż wschodniego brzegu Titicaca , niemal nadmorski, chaotyczny jak wszystko, ale kolorowy do tego stopnia, że wprawia w atmosferę radości, do czego zapewne przyczynił się także piękny dzień przedświąteczny. Od razu wyruszyliśmy na spacer w kierunku Cerro Calvario, z którego roztacza się widok na miasto jak na jego opiekuna: nigdy wcześniej nazwa góry nie była bardziej wyśrodkowana niż dzisiaj. Głowa wydaje się obciążona jak kula armatnia, a zmęczenie przy każdym kroku jest odczuwalne jak głaz. Droga krzyżowa prowadząca na szczyt widzi nas jako Chrystusa wiszącego i wspinającego się w górę. Patrzymy w górę, jakby błagaliśmy o skrócenie drogi, choć jesteśmy już na wysokości 4000 metrów. Ale wysokość nie byłaby problemem, biorąc pod uwagę niewielką różnicę wysokości, gdybyśmy tylko nie mieli za sobą nieprzespanej nocy.
W pewnym momencie z panoramicznej zatoczki otwiera się widok na jezioro, które pod tym kątem wydaje się nie mieć końca, i dodaje nam odwagi potrzebnej do zmierzenia się z ostatnią wspinaczką. Kiedy już dotrzemy na szczyt, przytulamy się, jakbyśmy weszli nie wiadomo na jaki szczyt; w rzeczywistości różnica wysokości wynosiła tylko 200 metrów, ale walcząc ze swoimi ograniczeniami, pokonaliśmy zmęczenie i to jest prawdziwy sens dzisiejszej wycieczki.
Teraz możemy wreszcie się rozejrzeć: nasze oczy nie wiedzą już, gdzie najpierw odpocząć. Po lewej miękkie wzgórza o wysokości co najmniej 4200 metrów zarysowują horyzont; przed sobą błękit jeziora przypominającego morze; pod koralowym odcieniem wody opływającej wybrzeże; potem wybrzeże Copacabana, usiane łódkami zacumowanymi jak w luksusowym kurorcie. Decydujemy się zejść bezpośrednio na stronę miasta, aby dokończyć przeprawę, co będzie wymagało pewnej uwagi, ponieważ ścieżka staje się śliska, a miejscami bardzo stroma. Zachowując należytą ostrożność dojeżdżamy do centrum miasteczka przyciągnięci muzyką zespołu.
Zobaczmy sto muzycy w pełni ubrany w mundur na uroczystość, której dokładne znaczenie umyka nam, zobaczymy Madonnę opierającą się o biurko, ale w tych stronach każda okazja, czy to cywilna, czy religijna, jest dobra na popisywanie się instrumentami dętymi i zagranie kilku marszów. Spieszymy się, bo autobus zaraz odjeżdża, a my jeszcze musimy zobaczyć katedra; wzdłuż głównej ulicy musimy minąć zespół, ale już czas na hymn narodowy, a nie jest miło błąkać się wśród muzyków akurat wtedy, gdy wszyscy słuchają hymnu, stojąc nieruchomo i sztywnie. Gdy tylko skończymy, wchodzimy do kościoła, gdzie, jak los chciał, kończy się wesele przy pięknej muzyce w tle. Udaje nam się nie przeszkadzać sobie nawzajem i podążamy ścieżką prowadzącą na przystanek autobusowy, tym razem unikając fanfar i wszystkich przechodniów. Na ulicy znajdują się pozostałości dużych dekoracji tematycznych z kwiatami lub płatkami róż, czyli czegoś w rodzaju pięknej mandali w wersji południowoamerykańskiej.
Tiquina, El Alto i pierwsze zderzenie z La Paz
Odcinek drogi prowadzący do La Paz jest rzeczywiście najpiękniejszy: tarasy sięgające wysokości ponad 4000 metrów, droga wijąca się pomiędzy górami wokół jeziora a tłem lodowców, skąd roztacza się wspaniały widok na miasto, z którego właśnie opuściliśmy, by potem szybko stracić wysokość aż do wioski Tiquina, gdzie musimy wysiąść z autobusu, aby przejść na drugą stronę. Podczas gdy ludzie są zarezerwowani dla wygodnych łodzi, które w ciągu kilku minut przeniosą ich na drugą stronę, pojazdy są transportowane dużymi barkami i zobaczą przechylana ciężarówka lub autobus prawie na powierzchni wody powoduje minimum obaw. Mając przy sobie jedynie plecak, nie ryzykujemy utraty dobytku, jednak myśl o tym, że autobus może zatonąć, w dalszym ciągu nie jest scenariuszem pożądanym.
Na nabrzeżu uliczni sprzedawcy smażą ryby, których zapachowi trudno się oprzeć. Kontynuujemy podróż przez ostatnie dwie godziny, które nas dzielą La Paz. Stolica Boliwii zapowiada się popularną dzielnicą El Alto, gdzie lotnisko również jest zlokalizowane w jedynym miejscu, w którym się zmieściło. Na tę metropolię, jedyną w swoim rodzaju, trzeba wydać kilka linii. Stworzony w celu eksploatacji pobliskich kopalni złota, znalazł swoje położenie w dolinie, która otwiera się na płaskowyż na wysokości ponad 4000 metrów. Z tego też powodu umiejscowiony jest w ogromnej kołysce, niczym stadion zbiegający się w stronę centralnej i historycznej części, gdzie biegnie aleja zwana Prado.
Późniejsza rozbudowa, której mieszkańców jest dziś prawie dwa miliony, zmusiła ją do opuszczenia doliny, w której była ukryta i osłonięta przed wiatrem; stąd narodziła się dzielnica El Alto, pierwotnie owiana złą sławą i będąca celem dla imigrantów, obecnie podlegająca ciągłej ewolucji, także dzięki rozwojowi, jakiego doświadcza ten kraj. Biorąc pod uwagę ukształtowanie, w konsekwencji zaprojektowano także miejską sieć drogową, aby móc jak najszybciej zjednoczyć różne dzielnice. Postanowiono więc stworzyć sieć kolejek linowych, które wspinają się we wszystkich kierunkach. Eksperyment rozpoczął się kilka lat temu i niedawno został rozszerzony o nowe linie. Obecnie działa dziewięć, inne są w fazie badań. Inteligentny system pozwalający szybko i skutecznie połączyć miasto, którym w innym przypadku nie dałoby się zarządzać, także ze względu na ruch miejski i wąskie uliczki.
Podobnie jak większość krajów Ameryki Południowej, Boliwia przeżywa okres stabilności politycznej, co jest pozytywnym faktem, który przyczynia się do rozwoju i tak już chudej gospodarki. Na ulicach La Paz wciąż można zobaczyć wielu biednych ludzi i można odnieść wrażenie, że znajduje się w biednym kraju; rosnące dane dają nadzieję, ale można się zastanawiać, jak sytuacja musiała wyglądać jeszcze kilka lat temu. Wspólnym mianownikiem domów jest odsłonięta cegła bez tynku, pozostawione wolne pręty żelbetowe, wystające poza pierwsze piętro, co zakłada ewentualną kontynuację prac. Odnosi się wrażenie, że gdy ktoś ma trochę pieniędzy, to od razu inwestuje je w zakup okna, wykonanie płyty czy budowę ściany.
Po ukończeniu El Alto droga schodzi do kanionu, w którym leży La Paz, a stąd sceneria otwiera się na dolinę, ogromny basen, otoczona domami. Pomiędzy podstawą reprezentowaną przez historyczne centrum a płaskowyżem znajduje się 400-metrowa różnica wysokości: miasto wyjątkowe na świecie ze względu na swoje miejskie cechy. Na dworzec autobusowy dojeżdżamy o godzinie 15:45, co jest charakterystyczne także dla tej części ludzkości, która tam bywa. Taksówką dojeżdżamy do hotelu położonego w bardzo dogodnym miejscu do zwiedzania centrum i od razu po pozostawieniu plecaka w pokoju wyruszamy na zwiedzanie stolicy Boliwii. Od razu mamy do czynienia z targ czarownic, tak zdefiniowana dla produktów znajdujących się w sprzedaży: a true kraina ezoteryki, magiczne mikstury leczące choroby, odnajdujące miłość, pracę, poprawiające sprawność seksualną i tak dalej, po jednym na każde pragnienie. Szczególnie makabryczne są suszone płody lamy wiszące przy wejściach do sklepów: to kolejny amulet, który osoby przygotowujące się do budowy domu zwykle kupują w celach pomyślnych i zakopują pod narożnym wezgłowiem. Kilka zakupów do domu nie związanych z magią i kolacja w restauracji znajdującej się na Prado. Wracasz pieszo, gdy stragany są już demontowane, a lokalne pary mnożą się. Również tutaj transportem miejskim, gdy nie korzysta się z kolejki linowej, zarządzają mikrobusy lub trufis, minibusy zbiorowe, które poruszają się po wcześniej ustalonych trasach oznaczonych znakami na przedniej szybie.









