Wadi Bani Khalid i Piaski Sharqiya

Day 3

Wadi Bani Khalid i Piaski Sharqiya

16/02/2020

Pośrodku między morzem a piaskiem

16/02/2020 1 galleries 0 Maps

Poranek w Wadi Bani Khalid

Wadi Bani Khalid

Szybkie śniadanie w pokoju i wyruszyliśmy gdy było tuż po 7.30, kiedy słońce zaczęło już ciepło stawiać na horyzoncie. Sur za dnia – zwłaszcza na gzymsie – odkrywa kilka ciekawych obiektów, ale przede wszystkim w okolicy Most Khor Al Batar (zdjęcie) gdzie jest kilka rzeczy do zobaczenia. Sam most wiszący to swego rodzaju miniaturowy Brooklyn, ale to dhoworming lub wyschnięcie przez niskie morze nadaje temu miejscu charakterystycznego charakteru, a także stocznia, w której rzemieślnicy będący mistrzami obróbki drewna budują nowe łodzie. Zaglądamy na chwilę za płot i tutaj też mamy wrażenie, jakbyśmy cofnęli się w czasie, kiedy królowały drewniane łodzie. Znajduje się po drugiej stronie laguny Ajjah. Tutaj także starożytność znacznie przewyższa współczesność, ograniczając się do niektórych infrastruktur. I tutaj także widzimy niewiele ludzi w okolicy, spokój zakłócają jedynie fale rozbijające się o wybrzeże. Znajdujemy punkt dominujący, który wymaga łatwej wspinaczki i pozwala nam skondensować całe piękno tego miejsca w jednym widoku. Nie do końca wiemy, czy jest to stary minaret, czy wieża widokowa, zaskakujące jest to, że nie ma tu żadnych ścieżek ani dróg dojazdowych. Ale teraz już tu jesteśmy i pozostaje nam tylko podziwiać elastyczny most pod nami, wybrzeże Sur, fortyfikacje i latarnię morską Ayjah. Białe domy odbijają się w słońcu, jakby dopiero co je przemalowano. Schodzimy ostrożnie, uważając, aby nie wzbudzić wzroku starszej kobiety, która przechodzi tuż pod nami i udajemy się do centrum Ayjah, z którego latarni morskiej możemy bezkrytycznie obserwować otwarte morze i plażę Sur. Tutaj także wrażenie opuszczenia jest bardzo widoczne: wokół niewiele ludzi i pozornie puste domy, w czymś bardzo przypominającym starożytną wioskę rybacką. Odrestaurowane budynki publiczne i chodniki wydają się być ostatnią deską ratunku, mającą na celu zatrzymanie ludzi, a także przyciągnięcie kilku turystów. Ogólnie rzecz biorąc, trzeba powiedzieć, że Oman zdaje się odkrył turystykę dopiero niedawno: poza klasycznymi miejscami do odwiedzenia, w całej reszcie brakuje tego minimum, które sprawia, że ​​podróżny czuje się w miejscu przygotowanym na jego przyjęcie, począwszy od szyldów po sklepy z pamiątkami, a skończywszy na punktach gastronomicznych, które mają zadowolić podniebienia urlopowiczów. Wszystko to dodaje kolejne punkty do naszej i tak już pozytywnej opinii o tym kraju. Wystarczy, że odsuniesz się kilka kilometrów dalej, a znajdziesz się w kontekście skupionym wyłącznie na handlu lokalnym, a nawet na nim.
Nawet gdybyśmy od razu mogli skierować się w głąb lądu wygodną autostradą prowadzącą do Piasków Sharqiya, organizując wycieczkę myśleliśmy o pojechaniu dalej na południe i zwiedzaniu wybrzeża aż do Al Ashkarah. Aby to zrobić, musisz przejść przez Ras al Hadd, położone na cyplu pomiędzy wybrzeżem Zatoki Omańskiej a laguną Khawr al-Hajar, do którego dochodzimy z krótką dygresją. Wita nas szeroka piaszczysta plaża i lśniące morze. W całej tej wspaniałej nicości widzimy śpiącego kierowcę w swoim samochodzie, którego bez zbytnich pretensji pytamy, czy o tej godzinie uda mu się znaleźć jakiegoś żółwia, który przegapił podróż do morza, a wciąż jest w okolicy. Po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi, tak jak się spodziewaliśmy, wracamy do głównej drogi, nawet nie wchodząc Ras al Jinz, który znajduje się kilka kilometrów dalej i jest wyznaczonym miejscem gniazdowania żółwi. Nie mając szczególnie pozytywnych opinii, uznając za nieprzyjemne niepokojenie zwierząt w nocy poprzez celowanie w nie pochodniami i różnymi światłami, przekonaliśmy się, że naprawdę nie warto tego oglądać. Fakt bycia jedną z atrakcji uczęszczanych przez turystykę konwencjonalną skłonił nas do rezygnacji (przyznają 200 dziennie). Gdybyśmy spotkali taką na odległość, nie odmówilibyśmy jej strzału. Nie było i było w porządku: wyobrażamy sobie, jak pływają swobodnie w Zatoce. Tuż przed skrzyżowaniem, aby wrócić na główną drogę, zwiedzamy wioskę Ras al Hadd, zapomnianą wioskę. Przyciąga nas przede wszystkim fort; po obejściu wydaje się dla nas zamknięty i jesteśmy już gotowi, aby wrócić do samochodu, gdy otwierają się małe drzwiczki wstawione w duże drewniane drzwi i stamtąd chłopiec mówi nam, że możemy wejść, jeśli chcemy. Środowisko przypomina western, z okrągłymi wieżami na szczytach ścian i dużą wewnętrzną otwartą przestrzenią. Jego odbudowa została już ukończona, ale nietrudno sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać życie na tej opuszczonej krainie, pomiędzy bezgraniczną władzą morza i pustyni. Przed wyjazdem młody opiekun pochodzący z Bangladeszu częstuje nas omańską kawą w towarzystwie doskonałych daktyli. Zamieniamy z nim kilka słów: przyjechał szukać pracy i fortuny. Żegnamy się, jakbyśmy znali się od zawsze.

Ras al Hadd
Ayjah i Sur
Łodzie pływają po obszarze przybrzeżnym z wieloma ptakami na brzegu.

Niemal wszędzie widzimy niebieskie cysterny: są to pickupy, które podróżują z silosów zawierających wodę do różnych wiosek. Kiedyś istniały Wellsy, dziś zastąpione zostały tą zdecydowanie wygodniejszą usługą. Chociaż tutaj dostarczanie wody stanowi wydarzenie wyjątkowe, tutaj musi trwać przez cały rok i wymagać znacznych nakładów energii, aby ludzie nie opuszczali obszarów, gdzie w przeciwnym razie życie byłoby u kresu. Można je zobaczyć w tak dużych ilościach, że w zasadzie stają się częścią małej architektury.
Droga przybrzeżna biegnie dalej na południe, gdzie biegnie wzdłuż morza, często ze słupami wystającymi bezpośrednio do Morza Arabskiego. Kiedy zamyka się do wewnątrz, pojawiają się wielbłądy (w rzeczywistości są to dromadery, ponieważ mają tylko jeden garb) pasące się spokojnie wśród rzadkiej roślinności. Aby zapobiec ucieczce, niektórym z nich przednie nogi są związane liną w kostkach, aby zmusić je do stawiania jedynie małych kroków. Na tym odcinku nie ma krajów ani form życia ludzkiego, jest to pustynia obejmująca morze, dwa pozornie płaskie i spokojne światy, które spotykają się na plaży, która zdaje się nigdy nie kończyć. W miarę jak płyniemy, zaczynają pojawiać się pierwsze łodzie rybackie, a potem lśniąca biała przestrzeń: wygląda jak pole diamentów, ale w rzeczywistości są to naturalne solniska, w których morze pozostawiło osad chlorku sodu, który słońce oddzieliło od wody. Widok, który przypomina miraż.

W końcu jesteśmy na Al Aszkara, nic turystycznego, ale bardzo ciekawe życie codzienne. Jak okiem sięgnąć, w porcie zacumowana jest niezliczona armia dhow, fachowo osłonięta przez molo. Fascynujące przedstawienie, tutaj także wydaje się, że żyjemy w czasach, które już minęły. Tuż przed tym widokiem zatrzymujemy się w małym miejscu, którego właściciele wydają się zaskoczeni widokiem naszych bladych twarzy, wchodzących, żeby czegoś skosztować. Nie popełnimy błędu, zamawiając sok owocowy (dziś degustujemy gujawę) z lodami, których przygotowanie jest tak proste, jak naturalne. Miesza się świeże owoce i topi w nich lody. Autentyczność pierwszego łączy się ze świeżością drugiego, a wszystko bogate w składniki odżywcze i nie obciąża, gdy trzeba kontynuować podróż na siedząco. I właściwie teraz kierujemy się na północny wschód drogą 35, trasą, którą wyobrażaliśmy sobie jako wolną od ruchu drogowego, ale która okazuje się z tego punktu widzenia bardzo ruchliwa. Otoczone małymi, zielonymi krzewami pośród roślinności, po drodze natrafiamy na kilka miast, które mają forty, jak widzieliśmy już w ostatnich dniach, są to Jalan Bani Bu Hassan tj Bu Ali. Zatrzymamy się tylko na Ala Kamila, gdzie rozpocznie się poszukiwanie skarbów w celu znalezienia noclegu na dzisiejszą noc.

Zielona rzeka przepływa przez suchy krajobraz z bujną roślinnością wzdłuż brzegu.

 Ale najpierw chodźmy i zobaczmy Wadi Bani Khalid. Po przekroczeniu Al Kamil droga kończy się prostopadle, gdzie trzeba wybierać pomiędzy Sur i Ibrą; ewidentnie wybieramy drugą i jedziemy około czterdziestu kilometrów nową autostradą, która jest jeszcze w budowie, wyjeżdżamy i jedziemy piękną drogą, która wspina się w kontekst czerwonych i zielonych skał (ze względu na obecność miedzi). To będzie kolejne trzydzieści km, czasem ze stromymi podjazdami i równie stromymi zjazdami po drugiej stronie. Dojeżdżamy na parking i stąd idziemy półtora kilometra w górę wadi, ponownie mijając kałuże wody, w których bawią się dzieci i nie tylko. Wystarczy przejść kilkaset metrów, aby oddalić się od zantropizowanego terenu i ponownie znaleźć się w stłumionej ciszy dna wadi. Woda pojawia się i znika niemal w cudowny sposób, tonąc pod ziemią na długie odcinki i ponownie wynurzając się we wspaniałych naturalnych basenach. Dochodzimy, przeskakując kilka razy nad potokiem, aż do miejsca, gdzie wąwóz zwęża się i jaskinia otwiera się w skale. Al Muqil. Wejście jest stosunkowo małe i trzeba by się czołgać, żeby zobaczyć ciemną jaskinię, której płyta LP szczególnie nie podkreśla. Ruszamy zatem w podróż wstecz, podziwiając ilość wody, która zdaje się wypływać znikąd. Wszystko na dnie doliny usianej dużymi głazami i ścianami wznoszącymi się jak kamienne drapacze chmur. Roślinność jest ograniczona do minimum, ze względu na kamienistą powierzchnię, ale także dlatego, że wciąż znajdujemy się w korycie rzeki, a gdy nadchodzi powódź, wszystko zostaje zabrane. W osłonie głazów spotykamy rośliny oleandrowe. Gdy dotrze się do dolnej części wadi, w Al Khalid, jest to symfonia zieleni, którą tworzą palmy i bujne uprawy. Wszystko jak zawsze w otoczeniu suchych gór. Wracamy na wzgórze, którym jechaliśmy wcześniej i gdy popołudnie jest już późne, jesteśmy z powrotem w Al Kamil. Stąd, aby dotrzeć do obozu na pustyni, mamy kilka zdjęć z opisami przesłanymi nam przez menadżera, ale przede wszystkim dwa punkty GPS, które przesłał nam za pośrednictwem WhatsApp. Aby dotrzeć do pierwszego, musimy pokonać piaszczystą drogę graniczącą z ogrodami warzywnymi, które uda nam się jakoś nawodnić; istnieje wiele odchyleń i w kilku przypadkach zbaczamy z trasy Map i musimy wracać. Ze zdziwieniem docieramy do punktu, który odkrywamy, że znajduje się na drodze asfaltowej, ale wszystko się zgadza zarówno pod względem współrzędnych, jak i zdjęć. Aby dotrzeć do sekundy, system płata nam figle: jedziemy tą samą drogą i kiedy Maps informuje nas, że dotarliśmy, jesteśmy pośrodku kilku domów osiadłych Beduinów. Próbujemy rozmawiać, ale ich angielski ogranicza się do kilku słów. Do obozu piszemy przez WhatsApp, ale nie jest łatwo znaleźć drogę. Jeden z miejscowych uprzejmie dzwoni do obozu i przynajmniej wie, gdzie jest; w tym momencie kolejna osoba proponuje nam towarzyszenie, również wsiadając do pojazdu terenowego. Polega ona na jeździe przez trzy kilometry drogą asfaltową, następnie przez około dziesięć minut skręcamy w prawo na dobrą drogę gruntową pośrodku pustyni, a na koniec skręcamy w lewo przez kilometr drogą piaszczystą. To ostatnie skrzyżowanie wymaga chwili zastanowienia, gdyż znak znajduje się dokładnie pośrodku i nie ma żadnych wskazówek, w którym kierunku należy podążać. Powiedziano nam, że nie trzeba spuszczać powietrza z opon i z napędem 4x4 wspartym kilkoma modlitwami docieramy do obozu. W międzyczasie jesteśmy świadkami bajkowego zachodu słońca, który cieszymy się jednym okiem skierowanym na zachodzące słońce, drugim na drogę przed nami. Po serdecznym powitaniu nie możemy zapomnieć, że mamy ze sobą tubylca (miłego, choć dzielimy się tylko kilkoma słowami, ale wygląda na to, że wyszedł z horroru), którego możemy zabrać do domu. Wracamy naszymi śladami, żegnamy się, dziękujemy i tym razem wracamy sami do obozu, gdy ciemność zawładnęła pustynią, wlewając kolejną magię w dziki kontekst, ledwo oświetlony reflektorami. Wreszcie przejmujemy w posiadanie nasz bungalow i pozwalamy sobie na chwilę relaksu w oświetlonym paleniskiem miejscu, gdzie serwowana jest herbata z lokalnymi słodkościami polanymi sokiem daktylowym. Firma należy do francuskiej rodziny, która nie jest w stanie utrzymać na dystans swoich dzieci i niemieckiego małżeństwa, a wszystko to z kierowcami. Ponieważ nie przybyliśmy tutaj, aby odkrywać cechy Europejczyków, korzystamy z okazji, aby porozmawiać z młodym i przyjaznym menadżerem. Mohamed pochodzi z północnego Sudańczyka, pochodzi z Chartumu, gdzie dobrze uczył się angielskiego i od półtora roku przebywa w Omanie. Sezon obozowy zakończy się w kwietniu, kiedy wszystko będzie zamknięte ze względu na temperatury dochodzące do 51°C, przez co nie ma już miejsca dla turystów. Zamierza zmienić pracę i wyjechać szukać szczęścia w Nizwie lub gdzie indziej. Około 20:00 przygotowujemy się do obiadu w bardzo zachęcającym bufecie: humus (nie może go zabraknąć i zawsze jest mile widziany), sos z bakłażanem, warzywa, BBQ z szaszłykami, kurczak z masalą (od razu widać to po czerwonym kolorze), bakura (kuleczki nadziewane mąką i przyprawami, z zewnątrz zawinięte w smażoną cebulkę), somosa (smażone i nadziewane trójkąty, przypominające kłamstwa). Kuchnia Omanu jest bardzo bogata w przyprawy, co jest wyraźnym znakiem historycznej wymiany z krajami obszaru indyjskiego.

Piaski Sharqiya
Nocleg
Piaski Sharqiya/Wahiba – oaza złotych palm

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.