Jebel Shams

Day 5

Jebel Shams

18/02/2020

Dzień najwyższych gór w Omanie

18/02/2020 1 galleries 0 Maps

Jebel Shams

Jebel Shams

Dzisiejszy hotel obejmował całe mieszkanie, z którego korzystaliśmy tylko w minimalnym stopniu. Śniadanie do pokoju z herbatą i słodyczami zakupionymi wczoraj wieczorem w cukierni. Desery zachwycają (zwłaszcza te pistacjowe) i nawet nie myślimy o wymianie ich na rogalika.

Dzisiejszy cel podróży to jeden z najbardziej malowniczych punktów w całym Omanie, Jebel Shams, „góra słońca”w zachodnich Hadżarach. Wyjeżdżamy o 7.30, dzień jest lekko ponury, chmury są bardzo lekkie i mamy nadzieję na poprawę. Obcinamy dolną część Wadi Ghul, z małe miasteczko o tej samej nazwie, otoczony palmami. Słońce włączone czerwonawe skały nabiera zupełnie innego znaczenia. Podjazd to mieszanka dobrego asfaltu, po którym następuje całkiem przyzwoita droga gruntowa, kolejny odcinek asfaltowy i wreszcie tor dla wózków, na którym napęd 4x4 staje się bardzo przydatny. Widzimy kilka normalnych sedanów chcących pokonać wyboistą trasę i z pewnością nie chcemy ich spotkać przy okazji kolejnego wypożyczenia. Jest wcześnie i nie ma jeszcze wielu ludzi w pobliżu. Jest kilka punkt widzenia które się otwierają Wielki Kanion Arabii i zdajemy sobie sprawę, jakie to imponujące pęknięcie w ziemi, jest głęboka na kilometr, z strasznymi skokami. Jesteśmy teraz na wysokości 3000 m n.p.m., co jest najwyższym szczytem w Omanie, ale z alpinistycznego punktu widzenia nie ma tu żadnej chwały, bo można tam dojechać samochodem.

Górzysty krajobraz z formacjami skalnymi na pustyni w Omanie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

W stronę Jebel Shams

 Dojeżdżamy do małej grupy domów, gdzie kończy się droga, parkujemy bez problemów Al Kithaym i wyruszyliśmy do Spacer po balkonie, niebo stało się teraz całkowicie niebieskie, rozwarstwienia są prawdopodobnie powiązane z parowaniem nocnej rosy, spowodowanej wilgotnością, która charakteryzuje noce na obszarach pustynnych. Ścieżka jest czymś wyjątkowym w swoim rodzaju, gdyż w połowie kanionu przebiega z wzlotami i upadkami, ustawiając nas z częścią przepaści prostopadle nad naszymi głowami i kolejnymi setkami metrów pod nogami. Przed nami otwiera się cieśnina wstążka ziemi i kamienie bez trudności, nieco strome, ale niezbyt niebezpieczne. Jeśli jednak potkniesz się lub będziesz cierpieć na zawroty głowy, natychmiast pojawi się słowo „gra skończona”. Idąc w dobrym tempie, ale nie rezygnując z obserwacji spektaklu, który się przed nami otwiera, fotografowania i filmowania go w bród, po godzinie docieramy do miejsca, którego nasza wyobraźnia nawet nie zdołała stworzyć. Kiedy w ścianie tworzy się zagłębienie porównywalne do dużego C i powstaje prześwit o szerokości nie większej niż dziesięć metrów, dobrze ułożone kamienie proste domy; tuż za nimi są bogowie tarasy które w przeszłości zapewniały plony mieszkańcom. Jednak nikt z nas nie miałby odwagi zająć się ogrodem w obliczu tak dużego narażenia. Wystarczy poślizg lub zła noga i skok w próżnię na odległość co najmniej trzystu metrów jest gwarantowany. Niektóre kozy krążą po okolicy i patrzą na nas z zaciekawieniem, pytając się nawzajem, co tam robimy. Wędrując po skromnych, kamiennych budynkach, dostrzegamy pozostałości kominów (noce na tej wysokości nie mogą być zbyt gorące) i odkrywamy powód, dla którego osadnictwo stało się możliwe dzięki kroplom wody spadającym ze ściany. Teraz, tak jak w przeszłości, spadają ciągłe krople, utrudniając życie z niektórymi warzywami i mlekiem/mięsem od kóz. Domy te od pewnego czasu są niezamieszkane, ale nie przestajemy się zastanawiać, jakie mogły być przyczyny, które skłoniły ludzi do osiedlenia się w tak niegościnnym miejscu. Nie możemy uzyskać odpowiedzi, nawet pytając mieszkańców, którzy mówią po angielsku. Pozostaje tylko wyobrazić sobie uciekających ludzi, którzy mieli powód do ukrycia się i takie miejsce z pewnością może być przepustką, ponieważ nikt nie trafia tam przez przypadek. Obok maleńkiej osady znajduje się mała płaska działka z kilkoma drzewami, która zapewnia przyjemną przestrzeń do siedzenia w chłodnym cieniu, zjedzenia przekąski i pogawędki. Kto wie, czy kiedyś zatrzymywali się tu mieszkańcy, kto wie, co sobie opowiadali. Wracamy tą samą ścieżką, uważnie obserwując miejsce, w którym powinny wylądować nasze stopy, ale równie uważnie obserwując kamienny horyzont z tą ogromną niecką pośrodku. W międzyczasie parking się zapełnił, jak się domyślaliśmy po osobach, które spotkaliśmy w drodze powrotnej. Próbujemy ponownie znaleźć spokojne plaże i natrafiamy na nie podczas niezaplanowanej wycieczki: zatrzymując się w punkcie widokowym położonym tuż przy ścieżce, nawiązujemy rozmowę z lokalnym przewodnikiem obsługującym dwóch znudzonych Włochów, którzy są zbyt zajęci robieniem sobie selfie i innych zdjęć. Człowiek rozumie, że jesteśmy po to, żeby podziwiać i rozumieć otaczającą przyrodę, a nie dla siebie; dlatego zaczyna dostarczać nam szeregu przydatnych informacji, doradzając nam na przykład, aby wybrać trasę okrężną Krub tj Al Marrat. Mówi, że droga jest w dobrym stanie, ale w niektórych miejscach robi się wąska i nie ma tam zbyt wiele życia. Dzięki jego informacjom i środkom, jakie zapewnia technologia, próbujemy przeżyć przygodę. Kiedy kończy się droga gruntowa, a zaczyna pierwszy odcinek asfaltowy, zamiast zejść w dolinę, skręcamy w prawo, aby dojechać do miejsca, gdzie droga schodzi w dół: po prawej stronie, w stronę szczytu Jebel Shams, jest to strefa wojskowa, w związku z tym brak dojazdu. Idąc prosto, schodzi się do Kruba, roju biednych domów, wokół których nie ma nic. W sumie będziemy musieli przejechać około czterdziestu kilometrów, ale już po 6 zaczynamy się zastanawiać, czy nie wygodniej byłoby wrócić. Droga robi się zakurzona i stroma, a przede wszystkim nie ma nikogo w pobliżu. Mamy gorącą nadzieję, że nikt nie sprzeciwi się temu. Pojazd terenowy to prawdziwy wspinacz i rekompensuje nam brak doświadczenia: pod górę radzimy sobie w miarę dobrze na piechotę, na nartach czy na rowerze górskim, ale z samochodem nie jesteśmy zbyt obeznani. Stopniowo droga się wyrównuje, ale w tym momencie otwiera się pod nami próżnia. Znów schodzimy w dół w kierunku Al Marrat (15 km) i tu zmienia się muzyka. Zawsze musimy zachować ostrożność, ale możemy choć na chwilę odpocząć i cieszyć się wspaniałą panoramą, wspaniałą panoramą kępki zieleni które pojawiają się tam, gdzie woda udaje się skierować. Tutaj też nie widzimy żywej duszy, ale we wsi są zdecydowanie piękniejsze domy, nawet się zastanawiamy dlaczego, przy drodze małe krzaki eksplodują wielobarwnymi kwiatami, czuć już wiosnę. Kierujemy się w stronę Sunrise Resort, orlego gniazda, do którego można dojechać wyłącznie pojazdem terenowym i znowu. Nikogo tam nie ma i chętnie poprosilibyśmy o potwierdzenie, którą trasę wybrać. W pewnym momencie podchodzi miły chłopak z indyjskim akcentem i mówi nam, że musimy wysiąść z autobusu skrzyżowanie położony kilka kilometrów w dół rzeki. Po dotarciu na miejsce schodzimy w dół, a w oddali widzimy drogę pod górę, więc spokojnie schodzimy w dół, zatrzymując się co jakiś czas, aby sfotografować nieliczne obecne oazy. Obok nich małe domki i kilka meczetów dają do zrozumienia, że ​​życie tutaj nie jest szczególnie łatwe, ale woda po raz kolejny sprawia, że ​​to, co wydawało się nie do pomyślenia, staje się możliwe. Na tym odcinku drogi jeżdżą ciężarówki, które dowożą materiał na budowy (remontem jest także Sunrise). Naturalnym jest pytanie, jakie powody skłoniły do ​​zbudowania ośrodka w tak odległym miejscu, nawet dla tych, którzy zamierzają odwiedzić samo Jabel Shams: miłośnicy spokoju z pewnością zostaną nagrodzeni. Trasę okrężną zamykamy wjazdem na drogę pod górę i wkrótce jesteśmy z powrotem w Bahla, niedaleko hotelu, w którym nocowaliśmy. Idźmy dalej, zwiedzajmy Al Hamra zobaczyć stara część, zbudowane z cegieł mułowych, ale nieuchronnie popadające w ruinę. Pozostało tylko kilku rzemieślników, którym udało się odnowić część domów. Słońce będzie uderzać w inne, aż całkowicie się rozpadną, przywracając cegły na ich rodzimą ziemię. Na dnie doliny otwiera się a ogromny gaj palmowy.

Spacer po balkonie
Al Kithaym
Suchy krajobraz z palmami i suchą roślinnością w skalistym środowisku.

Nadchodzi wisienka na torcie wspaniałego dnia Misfat al Abriyyn. Ogłoszony jako charakterystyczna wieś prowincji Omanu, dzięki inteligencji jej mieszkańców, udało się połączyć turystykę, która starannie łączy obecność obcokrajowców z zachowaniem zwyczajów i domów. O tym, że jest to wieś konserwatywna, można się przekonać od razu czytając artykuł znaki które zachęcają gości do ubioru z zakrytymi ramionami i kolanami. Zasiadamy w zarezerwowanym pensjonacie i znajdujemy się przed tzw mały pokój tak mały, jak intymny, sprawia wrażenie, jakby cofnął się w czasie. Właściciel, Ahmed, udziela nam ciekawych informacji, a także wskazuje idealne miejsce do oglądania zachodu słońca: znajduje się ono w pobliżu cylindryczna wieża, jakoś udaje nam się do niej dotrzeć, póki jeszcze został kwadrans i wszystko już przejęło kontrolę zaognione kolory. Milczymy: wszystko wokół nas zdaje się przemawiać w harmonii, na co ognista kula odpowiada ciepłymi tonami. Misfat pod nami pogrąża się w cieniu, podobnie jak gaj palmowy poniżej na kilka minut. W końcu i my zostajemy w nim otoczeni i żegnamy się ze słońcem. To słońce, które dziś rano nieśmiało ukryło się za białymi zasłonami, następnie władczo wzeszło, aby oświetlić ściany Wadi Ghul i oświetlić ten wspaniały dzień. Teraz pozostaje już tylko zjeść obiad w formie bufetu: grillowany tuńczyk, kurczak, ratatouille, humus, jogurt z bakłażanem i czosnkiem do ryżu, sałatki i różne desery, z herbatą ziołową na bazie ziół górskich wspomagających trawienie. Wszystko stworzone delikatnymi rękami w pensjonacie i delektowane na loggii nad naszym pokojem, z widokiem na inna część kraju gdzie znajduje się meczet. Wi-Fi nie ma, bo ostatnie deszcze uszkodziły wzmacniacz, ale da się to łatwo pokonać. Co ciekawe, w tym roku opady były obfite i plony na tym skorzystały. Jako dowód na to, że klimat się zmienia, powiedziano nam, że w górach północnej Arabii Saudyjskiej spadł nawet metr śniegu. Kolejny spacer po wiosce, zejdź do tego Edenu, który otwiera się tuż poniżej, gdzie słabe latarnie uliczne oświetlają wodę z falaj, która spływa w dół, aby nawadniać ogrody warzywne i ogrody. Duży gaj palmowy otacza cisza i w ciszy wracamy do naszego domu.
Nasz pokój, urządzony we wspaniałym lokalnym stylu, z dywanami z epoki i stadami, wita nas jak alkowa.

Misfat al Abriyeen
Nocleg
Misfat al Abriyyn – Basmat almisfah

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.