Day 5
Ziemia Ognista
Wigilia z transferem do najbardziej wysuniętego na południe miasta świata.
Rano na Ziemi Ognistej
Odpoczywamy do tuż przed 6.30, kiedy to miło nam przynoszą śniadanie. Tak naprawdę dzisiaj mamy bardzo wymagający program: do zrobienia prawie sześćset km, cztery granice (dwie przychodzące i tyle samo wychodzące) oraz prom. Ale chodźmy po kolei.
Laguna Azul
Wyjazd odbywa się według wcześniej ustalonych godzin i po 67 km jesteśmy już w zasięgu wzroku od granicy. Zanim zrobimy dygresję w kierunku Laguna Azul (w pobliżu Mount Aymond), wygasły wulkan, w obrębie którego znajduje się szmaragdowo zielone jezioro. Szkoda, że słońca nie ma i nie przyczynia się do doświetlenia widoku, który sam w sobie jest piękny. Tuż przed jeziorem mamy szczególne spotkanie: grupa wędrowców, którzy opuścili Rio de Janeiro kilka miesięcy wcześniej i mieli przybyć do Quito kilka miesięcy później, odbywa podróż po Ameryce Południowej. Prowadzi je wyprodukowane we Włoszech dziecko-kwiat, podróżują ciężarówką przystosowaną do przewożenia ludzi, śpią w namiotach i gotują ze sprzętem biwakowym. Chociaż nie jestem wielkim fanem niektórych filozofii, nie mogę powstrzymać się od podziwu, gdy widzę poczucie wolności, które jaśnieje w ich wyrazie.
Przylot na Ziemię Ognistą
Dochodzimy do etapu Integracja Australii. Formalności na przejściu granicznym nie są już tak skomplikowane jak kilka lat temu, ale pieczątek do przybicia nie brakuje, a czas płynie. W pierwszej kolejności urzędnicy muszą ostemplować paszporty (nie zawracając sobie głowy sprawdzaniem korespondencji między dokumentami a osobami), a następnie przy innym stanowisku przechodzą do dokumentacji związanej z pojazdem. Wreszcie i tyle przy wjeździe do Chile, należy wypełnić formularz, w którym oświadczysz, że nie będziesz wnosić ze sobą owoców, warzyw ani innych artykułów spożywczych, które mogłyby skazić lokalną florę. Na koniec następuje przegląd zbiorczy pojazdu. Personel jest zwykle przyjazny, a Włosi zawsze witają nas uśmiechami i żartami, starając się trochę mówić w naszym języku. Staramy się odwzajemniać żarty i uciekać jak najszybciej.
Przejdźmy przez jeden trzydzieści kilometrów aż do skrzyżowania z drogą prowadzącą do Cieśniny Magellana i stąd kierujemy się na południe aż do Punta Delgada. Na szczęście wody cieśniny są spokojne, a solidny prom Zbliża się, żeby nas obciążyć. Pojazdów w kolejce jest na tyle mało, że mamy pewność, że przejdziemy do pierwszej tury. Dzień staje się jaśniejszy, a wraz z nim morale: granica szczęśliwie za nami i przypływ promu.

Nawet jeśli Ushuaia jest wciąż daleko. Wybrzeże Ziemi Ognistej w tym miejscu oddalone jest o zaledwie 4650 metrów. a promem zajmie tylko 20 minut, aby go pokonać. Podczas przeprawy towarzyszy nam kilka delfinów (lub zwierząt należących do rodziny) chcących przepłynąć pod powierzchnią wody, jakby miały za zadanie eskortować nas do lądowania. Jedziemy dalej około dwudziestu km (jesteśmy jeszcze na terytorium Chile) doskonale asfaltową drogą, spowalnianą jedynie koniecznością zrobienia zdjęć guanako, różowe flamingi i wyschnięte jezioro pokryte słonymi minerałami. Jak wszystko co piękne, asfalt kiedyś się skończy i trzeba zaczynać 110 niekończących się kilometrów wspinaczki (brud), gdzie prędkość przelotowa spada do 50/60 km/h i zamiast tego należy zwiększyć uwagę, aby uniknąć uszkodzeń. W okolicy występują złoża gazu i ropy, na których znajdują się typowe pompy do odsysania węglowodorów. Epilog pyłu zbiega się z SAN SEBASTIAN, grupą domów, która krąży wokół Granica chilijska. Po drugiej stronie granicy są inne, które również wydają się być tam rzucone przez wiatr, nazywane są też San Sebastian i krążą wokół argentyńskich zwyczajów. Po dwóch przejściach granicznych zaczynamy mieć pojęcie o ich funkcjonowaniu i doceniać większą chilijską skuteczność, której towarzyszy organiczna dezorganizacja Argentyńczyków. Tak naprawdę nawet przy odrobinie cierpliwości da się wykonać zabiegi w przyzwoitym czasie i wrażenia nie są najgorsze, jeśli porównamy to z tym, co musiało być jeszcze kilka lat temu, przynajmniej według tego, co piszą przewodniki. Zastanawiające jest jednak, jak urzędnicy, zbyt zajęci przyklejaniem pieczątek, zwykle nawet nie sprawdzają podobieństwa zdjęć w paszportach z osobami, które faktycznie przez nie przejeżdżają. Pod smagającym wiatrem życzliwy argentyński pracownik stacji benzynowej napełnia nasze zbiorniki, a kiedy proszę go, aby wszedł do budki i zapłacił, zapobiegając wyfrunięciu peso, patrzy na mnie z miną kogoś, kto ma zamiar zrobić coś zbędnego. Mówię mu, że wiatr jest bardzo silny, ale jego odpowiedź jest rozbrajająca: w tym miejscu to norma, czasem nawet wybija szyby. Jest jednak zaskoczony, gdy odkrywa, że we Włoszech wiatr wiejący z dużą prędkością definiujemy jako wiatr patagoński. Najwyraźniej nie sądził, że ten z jego regionu jest tak dobrze znany po drugiej stronie świata. Spotykamy kilka gatunków ptaków, wśród których m.in bandurria (rodzina ibis) i pospolite cauquens.
Jezioro Fagnano
Jedziemy dalej przez pustynny krajobraz, aż dotrzemy do Rio Grande i dalej w kierunku dalekiego południa. Krajobraz zmienia się ze stepowego w jałowy z buszu i już wydaje się być w raju. W rzeczywistości jeziora i otaczające je białe szczyty pomagają wzmocnić ich wiarę. Jeden tama bobrowa, tworzące małe wodospady pomiędzy sztucznymi jeziorami, przyciąga naszą uwagę. Przystanek w słynnej cukierni Tolhuin, otwartej całą dobę. co stanowi odrobinę orzeźwienia dla każdego podróżnika przechodzącego przez ten obszar. Od tego momentu każdy kilometr zasługuje na przystanek fotograficzny: z trudem ograniczamy się do uwiecznienia Jezioro Fagnano, który znajduje się w zagłębieniu lodowca, 104 km od Ushuaia, oraz Paso Garibaldi, który przecina ostatnią odnogę andyjską i oferuje widok z góry na Jezioro Escondido, pastelowy błękit.
Kiedy docieramy, jest już 20:00 USHUAIA, na 54°45' szerokości geograficznej południowej. Diego, przyjazny właściciel hotelu apartamentowego Cabo San Diego, czeka na nas, a niespodzianka w postaci tak pięknego otoczenia sama w sobie jest mile widzianym prezentem świątecznym. Pokoje są gustownie umeblowane i udekorowane na święta i będzie to najlepsze zakwaterowanie, jakie spotkaliśmy podczas naszej podróży, nawet wśród innych wyjątkowo dobrych. Ale po raz kolejny nie ma czasu do stracenia: na naszą prośbę Diego nawiązał kontakt z kilkoma restauracjami, w których moglibyśmy zjeść świąteczny obiad i zarezerwował miejsca, aby uniknąć konieczności zjedzenia kolacji z kanapką. Nie żebyśmy szczególnie przejmowali się kolacją, ale szczerze unikalibyśmy oszczędności restauracji typu fast food. Dzisiaj wieczorem jest Noche Buena (jak to tu nazywają) i nasz apetyt ma zamiar odpowiednio go zaspokoić (centolla, flambeados z owocami morza z rumem, łosoś, bife de chorizo itp.). O północy świętujemy Boże Narodzenie i urodziny Gianniego. Właśnie wybiła pierwsza w nocy, kiedy uznaliśmy, że to właściwy moment, aby zakończyć wyczerpujący dzień zasłużonym odpoczynkiem.












