Caprivi i Botswany

Day 10

Caprivi i Botswany

10/10/2017

Czarna Afryka z Namibii, Rundu na granicy z Angolą, Botswana i ogień kilka metrów od obozu.

10/10/2017 1 galleries 0 Maps

Caprivi i Botswany

O 7.30 wyruszamy już w długą podróż po północno-wschodniej Namibii, która zabierze nas do Botswany. Przejeżdżamy ponownie przez Grootfontein, już tętniący życiem, i jedziemy dalej piękną asfaltową prostą o długości 250 km, która prowadzi do Rundu, którą można przejechać nawet bez kierowania! Inaczej niż się spodziewaliśmy, odcinek nie jest całkowicie monotonny, gdyż z B8 mamy okazję obserwować pracowite życie lokalnej ludności, które płynie jego bokami. Po bokach głównej biegną dwie drogi gruntowe, łączące ul małe wioski ogrodzona i zbudowana ze schludnych chat na planie koła lub kwadratu; zwierzęta (owce, kozy i bydło) pasą się na małej trawie, ludzie poruszają się ciągnąc wozy, kobiety transportują żywność na głowie, kończąc na wszechobecnych bawiących się dzieciach i dotrzymujących nam stałego towarzystwa

Rundu
Zrozumiałeś
nia.
Figura ziehen durch eine trockene Savanne mit Bäumen im Vordergrund.

Szczególnie miło jest patrzeć na dzieci: bawią się, ale także chodzą do szkoły lub wracają ze szkoły w kolorowych mundurkach, na ich uroczych buziach zawsze pojawia się niestrudzony uśmiech, nie widać, jak są popychane i nigdy nie słychać, jak kłócą się złymi słowami. Chodzą parami po poboczach drogi lub spędzają czas na zabawnych grach i dowcipach. Zwiedzanie kraju oznacza także zobaczenie jego codziennego życia, uchwycenie jego istoty, wyobrażenie sobie tego, czego nie można zobaczyć. Porównania z życiem prowadzą automatycznie do wniosku, że mieszkańcy żyją w warunkach ubóstwa: po bliższej analizie zauważamy, że nie żyją w warunkach ubóstwa, bydło jest obfite i dobrze odżywione, w ogóle nie brakuje im niczego do godnego życia. Naszym zdaniem mogliby/powinni mieć więcej, niż mają na własne potrzeby, na pewno zachorowanie tutaj to nie to samo co tutaj i widać to po zdecydowanie niskiej średniej wieku, brakuje im usług, które uważamy za parametr minimalny, a prawdopodobnie nawet nie czują takiej potrzeby. Dyskusji byłoby wiele i prawdopodobnie każda z nich miałaby zasadniczą treść: z pewnością wizja, która się dzisiaj przed nami ukazuje, jasno uczy, że nie na wszystko i niekoniecznie na rzeczy trzeba patrzeć oczami tego, kto je obserwuje. Kolejną lekcję można wyciągnąć z faktu, że osoby mieszkające na wsi mają mniejsze szanse na wzbogacenie się, ale są też znacznie mniej narażone na ryzyko popadnięcia w ubóstwo, a w konsekwencji popadnięcia w przestępczość, alkohol lub narkotyki. Ciekawe, jak niedawno wybudowane lub odnowione chaty można rozpoznać po jaśniejszym dachu krytym strzechą; na niektórych podwórkach skoszone, związane i ułożone w stosy plony czekają na przykrycie nowych domów. To samo dotyczy daszków, pod którymi zwierzęta znajdują schronienie przed słońcem. Pod ich nieobecność gromadzą się w skąpym cieniu (słońce w środku dnia jest prawie prostopadłe) oferowanym przez małe drzewa, prawie do tego stopnia, że ​​skupiają się razem. W innych obszarach można zobaczyć duże drzewa, zwłaszcza baobaby, o kształcie przypominającym parasolkę, których wentylowane schronienie naprawdę regeneruje. Przekraczamy punkt kontrolny Czerwonej Linii, rodzaj wyimaginowanej granicy zdrowia, umieszczonej w celu zapobiegania rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych wśród zwierząt gospodarskich; jesteśmy zatrzymywani i pytani jedynie, dokąd jedziemy i skąd pochodzimy, bez przeprowadzania jakiejkolwiek kontroli.

Docieramy do Rundu, miasta usług i handlu położonego na granicy z Angolą, gdzie zauważamy, że niektórzy mieszkańcy mają nieco zachodnie rysy twarzy i oliwkową skórę, przypominającą cechy portugalskie. Najpierw odwiedźmy rynek, aby zobaczyć przekrój społeczeństwa: wielu również ubrana w jasne kolory przystosowane na miejscu od towarzyszący pracownicy maszyny do szycia, sprzedawca telewizorów wielofunkcyjnych z kineskopem i jak zawsze najciekawszą częścią jest dział cateringu, z którego wydobywają się zdecydowanie kuszące aromaty. Spójrz, pierwszy, na rzeka, która będzie nam towarzyszyć w ciągu najbliższych dni: kilkaset metrów od nas Okavango, które na tym odcinku wyznacza granicę z Angolą. Płynie powoli w zagłębieniu w ziemi, zdaje się wiedzieć, że po tysiąckilometrowym paradzie umrze w dużej wewnętrznej delcie, przynosząc życie i pożywienie nieokreślonej liczbie zwierząt i roślin. Nie dożyje końca, gdy jego wody zmieszają się z Oceanem Indyjskim, ponieważ suche wzgórza Kalahari każą mu się najpierw zatrzymać, tworząc w ten sposób spektakularne środowisko, którym będziemy mogli w pełni cieszyć się za dwa dni. Ale teraz musimy stawić czoła afrykańskiej biurokracji, ponieważ chcielibyśmy wymienić pozostałe dolary namibijskie na pulę botswańską. Pierwszy bank nie zmienia waluty, drugi tak, ale nie ma Puli, a USD lub Euro można wypłacić z sejfu dopiero na koniec dnia. Jednak uprzejmy pracownik tego ostatniego kieruje nas na właściwą drogę, dzwoniąc do pobliskiego Western Union i informując, że mają trochę Puli, resztę można wymienić na euro. Robimy to i po godzinie opuszczamy miasto z wystarczającą ilością waluty na nasz pobyt w Botswanie, integrując to, czego brakuje z płatnościami kartą kredytową. Gdy opuszczamy miasto i wracamy na B8, GPS każe nam jechać miejskim skrótem piaszczystą drogą. Aby uniknąć samochodu jadącego z naprzeciwka, ryzykujemy zderzenie, ale wkładając napęd 4x4, wychodzimy z tego bez szwanku. Divundu to nic innego jak skrzyżowanie drogi gruntowej prowadzącej do Botswany z tą, która przecina Okawango i skręca na wschód, w Caprivi Strip. Uzupełniamy zapasy wydając resztę w dolarach namibijskich i przygotowujemy się do przekroczenia granicy Mohembo. Nie ma żadnych problemów, poza wypełnieniem zwykłych formularzy, które w kraju wjazdu są jeszcze bardziej nieformalne niż w kraju wyjazdu; Urzędnicy z Namibii są bardziej poważni i formalni, podczas gdy urzędnicy z Botswani są bardziej przyjaźni i serdeczni wobec zagranicznych podróżnych. Na szczęście jest nas niewielu, jedynych białych ludzi obecnych na tej wiejskiej granicy, gdzie chaty reprezentują wspólną tożsamość mieszkaniową po obu stronach. Przedstawiamy również dane pojazdu i płacimy niezbędne podatki za przekazanie pojazdu. Widząc, że jesteśmy Włochami, pokazują nam plakat Itinery (firmy z naszego kraju specjalizującej się w pracach na dużą skalę), która buduje w tych stronach most o futurystycznych cechach. Generalnie wspólnym mianownikiem ludzi spotkanych na tej wycieczce jest życzliwość i uprzejmość, po przywitaniu zawsze dają znać jak leci, co predysponuje do nawiązania dialogu. Chęć do rozmów jest ogromna, chociaż rozwlekli i nieskuteczni w wykonywaniu swoich zadań, nigdy nie brakuje im uwagi wobec innych. Biurokracja i mania wypełniania formularzy to także częsta cecha: w banku pracownicy starannie wycinają kalkę na dokumenty w dwóch egzemplarzach, a wszędzie tam, gdzie trzeba coś wypełnić, jest to dobre ćwiczenie na zapamiętanie numeru paszportu i numeru rejestracyjnego pojazdu. Jednakże Botswana jest stosunkowo bogatym państwem w panoramie Afryki, a jej waluta należy do najsilniejszych w kontekście Afryki Południowej. Drogi asfaltowe są jednak słabiej utrzymane, ale można zobaczyć duże uprawy warzyw (kapusta itp.) nawadniane nowoczesnymi środkami. Z punktu widzenia krajobrazu Botswana najlepiej prezentuje się w północnej części, gdzie Okavango wpada do czegoś, co w przeciwnym razie byłoby pustynią, którą sama sprawia, że ​​rozkwita swoimi wodami, przekształcając jałową ziemię w bujną, zieloną równinę. To nie jest las, tylko łąki, bagna i gałęzie rzeczne rozciągające się we wszystkich kierunkach. Ręka, która wyciąga tysiąc palców ku wzgórzom z widokiem na Kalahari, ze wzlotami i upadkami pór roku, dając życie na dywanie błyszczącej trawy w tropikalnym słońcu, niespotykanym na tej szerokości geograficznej. Krajobraz porastają mniej lub bardziej odizolowane drzewa, które zapewniają schronienie zwierzętom. Wokół delty wśród chat ze ścierniskiem rozwija się prosta działalność człowieka. Wioski następują po sobie, zwłaszcza po zachodniej stronie delty, zwłaszcza wzdłuż rzeki, która jak wszystkie inne jest tu rzeką, do tego stopnia, że ​​nazywa się ją Panhandle lub Panhandle.Od granicy jedziemy dalej około dziesięciu km do Shakawe, gdzie udajemy się na lokalny rynek po pierwsze zakupy, gdyż obawialiśmy się konfiskaty mięsa, mleka itp. przez władze sanitarne powołane w celu ochrony przed rozprzestrzenianiem się chorób szkodliwych dla zwierząt, takich jak pryszczyca. Ciekawie jest też uchwycić aspekty codzienności: na zewnątrz chmara biedaków, dobrze zaopatrzone stoiska z owocami, piekarnia, która nieustannie wyrabia chleb i słodycze i zachęca do zakupu wszystkiego. Jedynie dział rzeźniczy ogranicza się do mięsa cielęcego i baraniego, z wyraźnym ostrzeżeniem, że jest to mięso ubijane metodą halal. Powód stosowania tego systemu uboju umyka nam, ponieważ nie znajdujemy się na obszarze islamskim. Tak jak zauważamy brak wieprzowiny zamiast tego występuje gdzie indziej. Brakuje też piwa i alkoholu w ogóle, nie wiemy, czy ze względów religijnych, czy raczej po to, by zapobiec szerzeniu się pijaków w całym kraju. Wychodzimy i nasz wzrok przyciągają południe, wysokie kolumny dymu unoszące się w niebo, kontrastujące z nieuchronnym zachodem słońca. Kilka kilometrów za Shakawe odnajdujemy skrzyżowanie dróg do naszego obozu i zauważamy, że droga biegnie dokładnie w stronę dymu. To widmowy obraz: w miarę jak pokonujemy 5 km piaszczystej drogi gruntowej, kurtyna staje się coraz bardziej czerwonawo-szara, aż prawie zasłania las. Gdy dotrzemy do budynku, w którym znajduje się recepcja, nawiązujemy kontakt z rzeczywistością. Jesteśmy dokładnie na skraju Okavango, ale po drugiej stronie płonie ogień. Cabi Shakawe i Drockiego Chaty Shakawe i DrockiegoPożar na ogromną skalę pożera wschodnią stronę, tylko pas wody uniemożliwia nam włączenie się w to.

Ogromny ogień płonie nad ciemnym krajobrazem z odbiciami na wodzie.
< /z
Chaty Shakawe i Drockiego
v> co płonie na ciemnym krajobrazie z odbiciami na wodzie." loading="lazy" decoding="async" szerokość="960" wysokość="720">

Ostatnie przemyślenia

To nie tylko trzask, to ogłuszający ryk. Wysokie płomienie pożerają metr za metrem trzcinowa roślinność zmierza prosto w naszą stronę, a jedyną ochroną jest rzeka. Jesteśmy zdumieni widokiem tego spektaklu, ale jednocześnie obawiamy się, jaka może być jego ewolucja. Następnie wiatr popycha płomienie w przeciwnym kierunku, ale wystarczy, aby to się zmieniło i zmienił się także scenariusz dla nas. Ponieważ nie jest to obszar o dużym natężeniu ruchu turystycznego, kilka stanowisk jest pustych, co stwarza kolejne wrażenie izolacji. Tymczasem z wypalonego żaru, na szczęście wygasłego, zaczyna padać deszcz. Krokodyle unoszą się tuż pod powierzchnią wody, nieświadome tego, co się dzieje. Na zachodzie inny ognisty widok, tym razem przyjaciela, mówi nam, że dzień dobiega końca: zachód słońca niezapomniane, odbija się na rzece, która wydaje się prawie podwójna, dodając emocji do emocji. Wracając na ziemię zadajemy sobie pytanie, czy jest sens zostawać, zapewnienia kierowników obozu nie wystarczą, aby zapewnić spokój ducha na nadchodzącą noc. W końcu opuszczenie kempingu i udanie się spać gdzie indziej naraziłoby nas na inne ryzyko, biorąc pod uwagę obecność zwierząt, a jest teraz godzina 19:00. Przechodzimy do zatoczki bliżej wyjścia, parkujemy pojazd już w kierunku odjazdu i organizujemy wszystko tak, aby w środku nocy możliwa była awaryjna ewakuacja. Tymczasem zapadł zmrok i ogień jest jeszcze bardziej widoczny kilkadziesiąt metrów od nas. Przygotowujemy kolację i rozbijamy namioty znajdujące się nad Toyotą Hilux, cały czas obserwując, co dzieje się za Okavango. Obawę staramy się przełamać makaronem i wyborem jednego z południowoafrykańskich win (mamy cabernet, sauvignon i shiraz). Ale to jeszcze nie koniec: gdy rozmawiamy przy stole, słyszymy skrzypienie dochodzące z drzewa przed nami. Biorąc pod uwagę obecność małp w okolicy, sądzimy, że to ich ruchy podczas wspinania się, ale hałas staje się coraz bardziej natarczywy. Podchodzę do drzewa z latarką, żeby zobaczyć, co się dzieje: w ciemności nie widać żadnych ruchów, co sugeruje, że to nie zwierzęta powodują hałas. Staje się coraz silniejszy i wkrótce odkryjemy przyczynę: duży pień, który zaczyna się na wysokości dwóch metrów od podstawy i stanowi prawie połowę całego drzewa, zaraz spadnie. Poruszamy się szybko, choć od razu wiadomo, że z hukiem uderzy w krzaki po drugiej stronie. Nie chcemy myśleć, co by było, gdyby przyszedł do nas, gdy spaliśmy w namiotach. Za pomocą reflektora przeprowadzamy szybką kontrolę integralności lasu otaczającego boisko, wszystko wydaje się być w porządku. Do oderwania suchej części drzewa prawdopodobnie przyczyniło się suche powietrze powstałe w wyniku pożaru.
Z rozmowy z mieszkańcem Afryki Południowej, który biwakuje tu od kilku dni, dowiedzieliśmy się, że pożar wybuchł dzisiaj około południa, a przyczyną pożaru byli miejscowi rybacy, którzy chcieli w ten sposób stworzyć szybkie drogi dotarcia do rzeki. Wydaje się, że zdarza się to co kilka lat, byłoby to zabronione, ale sprawców pewnie nawet nie udałoby się odnaleźć. Motywacja na początku wydaje nam się niewiarygodna, ale potem zostaje potwierdzona; z pewnością koncepcja środowiska i jego ochrony w tych częściach musi być na drugim miejscu w porównaniu z innymi podstawowymi potrzebami. Trudno wyciągać wnioski, a jeszcze trudniej wydać osąd: spalają się, aby ułatwić sobie pracę i stworzyć tę minimalną gospodarkę, która pozwala na przeżycie, w innych miejscach na planecie robi się to z dużo bardziej złowrogich powodów spekulacji i wzbogacenia. Po kolacji idziemy 5 minut dzielących nas od recepcji, aby uzyskać najświeższe wiadomości. Jest tylko jeden pracownik, który siedzi ze zmęczoną twarzą i dzbankiem kawy na stole. Każe nam zachować spokój, ale jeśli ma tam spędzić noc, z pewnością nie robi tego dla przyjemności. Na stole znajduje się także smartfon, na który w razie potrzeby zostanie wysłany SMS z poleceniem ewakuacji. Tymczasem ogień nadal płonie w nocy i odbija swoje światło w rzece: spektakl, mimo swojej surowości, zapiera dech w piersiach, a słupy dymu oświetlone przez ryczące płomienie poniżej, podążają całą liniową ścieżką wody, wygląda jak procesja z pochodniami. Dalej dalej jest zakręt i tam widok znika, ale tuż za zakrętem można dostrzec w oddali inne płomienie, pod kątem nieco ponad 90°, sprawiając wrażenie, jakby były prawie otoczone. Tymczasem Okavango płynie powoli i ciemno pod platformą, na której się znajdujemy, gdy nagle w ciemnościach w górę rzeki płyną dwie błyszczące, żółte kropki: są to oczy krokodyla, którego sylwetkę możemy jedynie dostrzec pełzającą w wodzie. Czujesz się jak w horrorze, ale zamiast tego jest to tylko jeden z wielu aspektów afrykańskiej przygody. Jesteśmy spokojni, pewni, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, pozostaje tylko iść spać i mieć nadzieję, że będzie dobrze. Około drugiej w nocy nadal widzimy, że wszystko się pali, ale wiatr się nie zmienił, na szczęście dla nas.

Nocleg
Chaty Obozu Drockiego – Shakawe – BW

Reactions

Share

Link copied.

Komentarze

Brak komentarzy.