Day 2
Santiago de Compostela
Santiago de Compostela, mistyczne miejsce na Camino. Wybrzeża Galicji, gdzie ląd i ocean zderzają się, tworząc majestatyczne fale.
Santiago de Compostela i Camino
Intensywna poranna mgła, której towarzyszy zwykle drobny, ale ulewny deszcz, budzi nas. Dziś w programie znalazłaby się wizyta w kilku miastach położonych na północy Portugalii, ale biorąc pod uwagę prognozę pogody, kierujemy się bezpośrednio w stronę Galicji, a dokładnie Santiago de Compostela, gdzie spodziewane jest nawet słońce. Przyjeżdżamy późnym rankiem i mamy pierwszy naprawdę wzruszający kontakt w naszej podróży: sama katedra jest piękna i zespół otaczających go budynków nie wydaje się, żeby było mniej. Jeśli wówczas weźmiemy pod uwagę aspekty religijne i zechcemy wierzyć, że wewnątrz znajdują się szczątki apostoła Jakuba, o ten sam przywilej walczą inne miasta, to wszystko również nabiera wartości mistycznej.
Naszą duszę natomiast oddziałuje na obecność pielgrzymów, którzy przybyli tu u kresu swojej podróży: małe grupy, które przybyły pieszo lub na rowerze, przytulają się do siebie, wymieniając zdjęcia, na których słusznie pokazują pieczątki mijanych miejsc, w formie pisemnego potwierdzenia tego, czego dokonali. Zamieniamy kilka słów z kilkoma Hiszpanami: przerobili to w całości w trzech etapach w różnych latach i teraz cieszą się zasłużoną chwilą chwały. Łatwo pomylić wędrówki z duchowością, w każdym razie czujemy się od nich gorsi i tak jest. Dojechaliśmy wygodnie samochodem, a oni musieli zmierzyć się z trudami trasy może nie trudnej, ale z pewnością wymagającej, przynajmniej pod względem pogody, w rejonie, w którym dni z deszczem są częstsze niż bez, i to wymaga wysiłku fizycznego. Pielęgnowanie marzenia o jego całkowitym zrealizowaniu nie ma sensu, jeśli pracujesz, chyba że robisz to etapami w kolejnych latach. W końcu mamy to szczęście wejść do kościoła właśnie w momencie, gdy uroczystość dobiega końca i jesteśmy świadkami rytuału, który widzi ogromny trybularz o wadze ponad 50 kg huśtać się wzdłuż nawy głównej, aby rzucić kadzidło na wiernych. Oprócz 33-metrowej liny, na której jest zawieszony, ogromne wrażenie robi widok, jak obiekt kołysze się, aż prawie dotknie sufitu. Dla pielgrzymów stanowi pieczęć i koniec ich podróży: stąd rozpoczyna się świętowanie i pamięć o tym, czego właśnie dokonali.
Z Santiago do La Coruny
Nadszedł czas na lunch, więc szukamy miejsca, gdzie można skosztować tego słynnego ośmiornica w feirze, inna nazwa tego, co w pozostałej części Hiszpanii nazywa się stylem galicyjskim, i kierujemy się na północ, aby tam dotrzeć La Coruna. Miasto jest miłą niespodzianką: ci, którzy spodziewali się zwykłego szarego jądra wszystkich gałęzi przemysłu i rybołówstwa, są zamiast tego przychylnie zaskoczeni porządkiem i wspaniałe prace, które ostatnio powstały. Prace, które nie zostały jeszcze całkowicie zakończone, do tego stopnia, że wiele przestrzeni publicznych to wciąż plac budowy. Port to na wielką skalę przedsmak tego, co zobaczymy w ciągu najbliższych dni, natomiast sieć uliczki starego miasta przenosi nas kilka stuleci wstecz. Bardziej uderzające są jednak werandy które stoją jak szklana ściana przed portem, z dekoracjami, które sprawiają, że nabrzeże jest ogromną lustrzaną wizytówką łodzi. Wśród tych ostatnich wiele łodzi rybackich nadal wyróżnia się spośród niektórych luksusowych jachtów. Nieco dalej, na północnym przylądku, kształt Wieża Herkulesa, monumentalny, bo ma 2000 lat, w epoce, gdy słońce wciąż krążyło wokół ziemi, a świat kończył się właśnie tutaj.

Wybrzeże od Morte do Muxia
Opuszczamy miasto, aby zmierzyć się z zieloną okolicą w głębi lądu i napotykamy pierwsze horreos, kamienne magazyny kukurydzy, zaprojektowane tak, aby umożliwić wysychanie zbóż w obszarach, gdzie często pada deszcz, jednocześnie uniemożliwiając dostęp gryzoni. W zaokrąglonych kształtach kamieni umieszczonych pomiędzy filarami wsporczymi widzimy podobieństwo do raskartów z Doliny Aosty. Wracamy na wybrzeże w celu zwiedzania Malpica, duża wioska wciśnięta między port a wzgórze. Wciąż widzimy rybaków zamierzających przygotować sieci w ramach rytuału sięgającego tysiące lat wstecz, gotowych na nową przygodę w oceanie, ponieważ nawet dzisiaj nie może być nic innego, aby stawić czoła temu morzu. Zatrzymaj się Cormesa zobaczyć latarnia morska mieszczący się na wysokości Punta do Roncudo: chmury na niebie pokazują swój pęd jak morze, którego fale wściekle uderzają w klify, rozpryskując się na okolicę. Wydają się być sprzymierzeńcami w sprawianiu, że mężczyźni czują się mali i udaje im się to doskonale. Niektóre promienie słońca oświetlają krzyże umieszczone ku pamięci tych, którzy stracili życie u tych wybrzeży. W końcu, jeśli nazywa się Costa da Morte, musi istnieć powód i nie trzeba dużej wyobraźni, aby go odkryć. Wypłynięcie tutaj w morze wymaga odwagi, którą może przynieść jedynie desperacja związana z koniecznością wykarmienia swoich rodzin. Na ten wieczór stwierdzamy, że to wystarczy i rezerwujemy nocleg we wspaniałym hotelu A de Lolo a Muxia. Dużo czytaliśmy o tej dumnej, ale nieszczęsnej wiosce. Wydaje się to potępieniem: w 2002 roku Prestige, cieszący się złą sławą tankowiec, rozsypał swój cenny i zły ładunek wzdłuż wybrzeży, czyniąc je nieprzejezdnymi na wiele lat i zabijając znajdującą się w nich bogatą ekofaunę. W zeszłym roku podczas Świąt Bożego Narodzenia miłość od pierwszego wejrzenia, nie tak rzadka na tych obszarach, gdzie wiatry znad morza zderzają się z wiatrami przybywającymi z głębi lądu, zniszczyła sanktuarium położone bezpośrednio na skalistym wybrzeżu, które zgodnie z tradycją zbiega się z momentem, w którym Maryja zeszła na ląd, aby pomóc Santiago. Jakby nie wystarczyła plaga przyczyn ludzkich, dodano jeszcze plagę natury. Po raz kolejny znękani nieszczęściem ludzie podnoszą głowy i kontynuują, choć wielu wyemigrowało na zawsze. Przywrócenie klasztoru będzie wymagało czasu, utrzymanie go w dawnym stanie będzie niemożliwe, ponieważ niektóre dzieła sztuki zaginęły bezpowrotnie. Napływ turystów i pielgrzymów zostanie ograniczony, na tym odcinku, który był i pozostaje jednym z ostatnich przystanków na drodze do Santiago de Compostela. Mieszanka wiary i cierpienia, mistycyzmu i potępienia jest niesamowita. To wyjaśnia między innymi, dlaczego Galicja jest regionem, w którym historycznie wydawało się, że było najwięcej czarownic: smaczny posiłek dla Inkwizycji i najnowszych wyznawców.
Zachód słońca i noc w Muxia
Do kolacji zostało jeszcze kilka godzin, na cyplu ma zostać wyemitowany spektakl, który tylko natura potrafi zinterpretować: można go nazwać zachodem słońca nad oceanem. Aby uczynić to miejsce jeszcze bardziej sugestywnym, znajdują się tam latarnia morska i kościół Santa Maria de la Barca. Tradycja głosi, że Madonna wylądowała na tym wybrzeżu, aby pomóc św. Jakubowi, który głosił w tych stronach. Tuż przed kościołem znajduje się kamień, szeroki, ale na tyle cienki, że można go zachować w stanie nienaruszonym. Wygląda na to, że był to żagiel łodzi. Poszukiwanie kompromisu między wiarą, legendą, historią i łatwowiernością staje się trudne, jeśli nie niemożliwe. Nie musimy zadawać sobie wielu pytań, nawet jeśli trudno jest zachować ciszę przed kościołem, który w zeszłym roku w Boże Narodzenie zajął się ogniem, zabierając ze sobą dach i wszystko, co się w nim znajdowało. Tysiącletnie miejsce kultu, filar Camino de Santiago, zredukowane do szkieletu oczekującego na renowację. Miły pan, z którym porozmawiamy później w hotelu, pokazuje nam film, który wrzucił na YouTube, nakręcony w tegoroczne Święto Trzech Króli, na którym widzimy fale burzy uderzające w kościół, jakby morze chciało pieścić zabytkowe mury, prosząc o przebaczenie tego, co kilka dni wcześniej spowodował piorun. Jeśli chcesz pomyśleć o tym bardziej prozaicznie, nie możesz nie pomyśleć o sile fal, które wypychają się na kilka metrów do przodu, pokonując wszystko. Wspinamy się na szczyt cypla, podczas gdy w miejscu daleko na zachodzie słońce chowa się w Atlantyku.

Horyzont jest zabarwiony paletą co się dzieje od żółtego do intensywnej czerwieni, nieustanne fale nabierają szklistego odbicia, stopniowo ciemniejąc. Budynki wokół nas wydają się być żółtawe, a krzyż na końcu rzuca cień jako przypomnienie i ostrzeżenie dla ludności poniżej. Wracamy schodząc w dół wzdłuż kamienistej ścieżki, ledwo wyśledzony przez niektóre znaki. Dochodzimy do miejsca, gdzie znajduje się cmentarz, przy którym znajduje się niewielki kościółek. Znajduje się na wyższym stanowisku, niemalże po to, aby odpoczywający tam mogli patrzeć na ocean, który często symbolizował życie, ale także śmierć. Port wkrótce pochłonie cień, marynarze wrócili do domu. My też robimy to samo cieszyć się le specjały z owoców morza oferowanych przez restaurację. Na koniec rozmawiamy ze złotą rączką, od kelnera, przez recepcjonistę, po wszystko, co potrzebne. Mówi dyskretnie po włosku i opowiada nam, jak ciężko żyje się w tych stronach. Ale to jego ziemia i nie chce opuszczać swojej matczynej ojczyzny. Co więcej, fakt, że nazywa się Costa da Morte, wiele mówi o trudnościach, jakie mogą napotkać żeglarze wyruszający w morze w poszukiwaniu ryb wzdłuż wybrzeży usianych krzyżami przypominającymi wraki statków i wypadki na morzu. W centrum wiosek, gdzie dla przypomnienia stoją wysokie stele, wydaje się, że jesteśmy daleko, ale jesteśmy w niezbyt odległym zakątku Unii Europejskiej, gdzie cywilizacja dotarła, ale dopiero w połowie drogi i wydaje się, że zapomnieliśmy o tym pasie zwróconym w stronę Atlantyku, który ryczy jak lew i wysyła fale jak szpony. Kolejny spacer, gdy zebrały się szybkie chmury i choć cienkie, spadł ulewny deszcz, który nie zajmie dużo czasu, aby zmoczyć Twoje ubrania. Turystyki nie ma, niektórzy rybacy wesoło rozmawiają w barach i tawernach wzdłuż głównej drogi; Nawet na tym pasie wybrzeża na dalekim północnym zachodzie Hiszpanii jest sobotni wieczór.





















