Day 4
Wulkan Santa Ana
Kiedy wulkany zamiast ognia zawierają wodę
Wycieczka do wulkanu Santa Ana
Kolejny autobus rozkładowy – dzisiejszy cel to Cerro Verde z linią 248 – kolejny przystanek i inny cel: Volcán Santa Ana, czyli Ilamatepec w lokalnym języku, w Parque Nacional Los Volcanes. Śniadanie o 7:00, gotowe i czekanie o 7:30, przyjazd autobusu o 8:00, już dość tłoczno, wsiadając i wysiadając niemal wszędzie miejscowi, podczas gdy niewielka grupa bladych twarzy - której jesteśmy częścią - kieruje się w stronę pętli, skąd rozpoczniemy wycieczkę do ujścia krateru. Oprócz ludzi w autobusie warto obserwować otaczający zielony krajobraz; kiedy droga zaczyna wspinać się na południowy grzbiet kaldery otaczającej jezioro Coatepeque, krajobraz staje się dosłownie spektakularny. Widok rozciąga się na obie strony, ale to ta prawa, z której wznosząc się na górę można podziwiać wspaniały widok na jezioro i otaczające je góry. Kiedy podjazd staje się bardziej wymagający z serią ostrych zakrętów, stary pojazd, który zakończył już karierę w Ameryce Północnej, ryczy jak ranny lew, wydobywając kłęby dymu, ale powoli dotrzymuje kroku, nie poddając się. Za półtorej godziny jesteśmy u celu; konieczne jest zabranie przewodnika, który towarzyszy całej grupie przyjeżdżającej autobusem oraz uiszczenie opłaty za wstęp do parku. W ten sposób rozpoczynamy piękny spacer, który w skrócie przypomina Kilimandżaro: najpierw bujny las deszczowy, potem wrzosowiska, na których rosną agawy i rzadko kwitnące drzewa, w końcu suchy obszar prowadzący na szczyt na wysokości 2381 metrów – co odpowiada 500 metrów różnicy wysokości – gdzie wiatr wieje tak mocno, że nie możemy znieść; przegranym będzie moja bandana, dosłownie zerwana z głowy.
Aby pozostać w pozycji stojącej, należy pochylić się do przodu, ale widok tego, co pojawia się przed nami, pobudza ducha do stawiania oporu. Na dnie krateru znajduje się krystaliczne jezioro oświetlone słońcem, czego nie oddają widoczne wcześniej zdjęcia. Uważając, aby nie wpaść w pustkę z powodu złego balansu wywołanego podmuchami wiatru, staramy się fotografować i podziwiać to, co wyróżnia się przed nami. Nie mamy trudności ze zrozumieniem, dlaczego znaki wyjaśniające znajdują się kilkadziesiąt metrów pod szczytem, na krawędzi krateru. W pobliżu, osłonięci od wiatru, stoi kilku uzbrojonych strażników; powiedziano nam, że jeszcze jakiś czas temu wymagana była opłata w wysokości dolara na osobę, aby grupa była eskortowana przez uzbrojony personel w celu obrony przed wszelkimi złymi ludźmi. Nawet jeśli nie osiągnęliśmy jeszcze stanu pełnej normalności, zarejestrowany krok naprzód w porównaniu z poziomem ryzyka, jaki musiał istnieć w przeszłości, jest jednoznaczny. Czysto wulkaniczny teren charakteryzuje się okrągłymi kamykami, na których łatwo się poślizgnąć. Tuż z przodu i nieco niżej znajduje się Izalco; oba wulkany są aktywne, ale ten ostatni wybuchał przez większą część ubiegłego stulecia i jest położony niebezpiecznie blisko niektórych wiosek, które z jednej strony korzystają z ziemi żyznej w wyniku starożytnych erupcji, a jednocześnie narażają się na ofiary ze względu na jego intensywną działalność. W niewielkiej odległości widać Ocean Spokojny, który ma wpływ na pogodę i roślinność. Wracamy przez wszystkie strefy klimatyczne, które przemierzaliśmy pod górę, docierając akurat na autobus odjeżdżający o 13:30 i ledwo zostawiając nam czas na zjedzenie dwóch krakersów. Za kilka godzin droga wijąca się wzdłuż grzbietu Coatepeque zabierze nas z powrotem do Santa Ana, po podróży, która pozwala nam zobaczyć przekrój wiejskiego społeczeństwa Salwadoru. Kobaltowy kolor jeziora łączy się z ciemną zielenią otaczającego je lasu niczym trybuny ogromnego stadionu, ujawniając tym samym jego wulkaniczne pochodzenie, a powietrze jest szczególnie czyste dzięki prądom oceanicznym. Okolica tętniąca życiem w niedzielę pełną targowisk, ludzi spotykających się, aby wspólnie spędzić czas i takich, którzy korzystają z tego na pikniku. Już w mieście, podczas kolejnego spaceru po centrum, na centralnym placu odbywa się koncert: lokale są pełne, uliczni sprzedawcy starają się dotrzeć do nowych klientów w harmonijnym, kolorowym chaosie. Znów jemy kolację w tej samej pupuserii co wczoraj, Ceiba – czyli narodowym drzewie Gwatemali, a może i całego regionu Ameryki Środkowej. Wracamy wcześniej: dla odmiany jutro wyruszamy wcześniej i budzik nastawiony jest na 4:00 w kierunku Copán w Hondurasie.