Day 10
Trek Kailash II
Wielki dzień: i nie przegapmy spotkania!
Z Drölma-la do Zutulpuk
Siła woli to narkotyk, który uśmierza każdy ból i każdą pobłażliwość, a jednocześnie nie pozwala na mentalny głód. Kilka chwil snu w środku wciąż gorączkowej nocy, na szczęście budzik o 5 skrócił cierpienie. Sporą część nocy spędzamy obserwując rozgwieżdżone niebo, leżąc, przez szybę okna. Zjadamy w refektarzu zwięzłe śniadanie, wypychając z kanap śpiących gospodarzy i kilku gości. Kiedy jest 6 z czołówkami zaczynamy maszerować pod wspaniałym, rozgwieżdżonym niebem. W promieniu kilometrów nie ma świateł, w tej chwili obserwacja gwiazd byłaby prawdziwym wybawieniem dla miłośników astronomii. Oprócz nieznajomości konstelacji, nadal wygodnie jest uważnie patrzeć na ścieżkę, aby nie widzieć innych gwiazd. Trasa od razu zaczyna się pod górę, jest zimno i zdradliwe podmuchy sprawiają, że odczuwamy temperaturę powyżej -15°, ale jesteśmy dobrze okryci i organizm zaczyna odbierać ciepło ze spaceru. Przewodnik tybetański uważa, że najlepiej będzie wszystkich wyprzedzić i udać się samodzielnie, podczas gdy R.K. pozostaje podporą ogona grupy. Nie ma czasu na myślenie o chwili, w której żyjemy, trzeba po prostu iść, działać, powoli. A silnik pracuje, pracuje dużo lepiej niż wczoraj. I wszyscy idziemy do przodu, w niewielkiej odległości od siebie. Wczesny start był konieczny, aby uniknąć mroźnych porannych wiatrów, które smagają wzgórze, gdy jest jasno światło dociera powoli. W pewnym momencie Przód Kailash świeci się na pomarańczowo. Słońce idzie, aby powiedzieć dzień dobry Shivie i Parvati, którzy mieszkają na szczycie. Stopniowo pozioma linia świtu opada wzdłuż białej góry i stopniowo przenika otaczające środowisko. Zaczynamy widzieć, co nas otacza, gdy podnosimy się z siłą, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Niektóre odcinki są bardzo strome w porównaniu do wysokości, ale pokonujemy je znakomicie. Wszyscy. Śnieg zaczyna padać nieprzerwanie, a ścieżka, którą w poprzednich dniach przemierzali inni podróżnicy, staje się śliska.

Jak nie było możliwości przedostania się przez przełęcz. Idziemy powoli, ale systematycznie, aż wszystko wokół nas stanie się białe. A raczej powinno być, bo ziemia zabarwia się coraz gęstszą wielobarwną różnorodnością: to flagi modlitewne, które pełzają po ziemi, aż zakryją wszystko. Jest to niewątpliwy znak, że już tam jesteśmy, że jesteśmy w dolinie, która wyznacza dach naszej podróży. I w tym momencie zdajemy sobie sprawę, że nam się udało. Jesteśmy na Drölma-la, na wysokości 5660 m, najwyższy punkt kora, z którego możemy jedynie zejść z mocnym przekonaniem: że tego dokonaliśmy. Że udało nam się ukończyć wycieczkę bez szczególnej aklimatyzacji i pomimo niesprzyjających warunków. Być może uświadomimy sobie to dopiero później, teraz uderza nas ekstaza podziwiania Kailasza, który zdaje się uśmiechać do nas, tam wysoko, pośrodku nieba, które w międzyczasie stało się kobaltowe. Każdy w sobie wyraża oddanie lub przypisuje znaczenie danej chwili, proste myśli wznoszą się na flagach modlitewnych i wznoszą się wysoko. Dopiero chłód sprowadza nas z powrotem na ziemię i przekonuje, abyśmy opuścili tę odwieczną chwilę. Jest 8.30, świetna pora, jeśli i my chcemy zainteresować się chronometrami. Mijamy Śiwatsal, gdzie pielgrzymi zazwyczaj zostawiają ubranie lub coś, co do nich należy, co ma symbolizować przejście z poprzedniego życia do nowego. Mówiąc bardziej prozaicznie, miejsce to wygląda jak wysypisko śmieci i postanawiamy nie dokładać już nic więcej. Szlak rozpoczyna się powolnym zejściem po zmarzniętym śniegu i żegnamy północną ścianę Kailash. Dotarłem do prawdziwego wzgórza zaczynamy schodzić w dół szybciej, starając się jak najszybciej dostać do nasłonecznionych miejsc. Po minięciu znajdujemy nasz przystanek na odpoczynek lodowaty odcinek Nie potrafię wyjaśnić, co to może być. Nie jest to pas lodowca, ale nie wygląda też na rzekę zablokowaną przez lód. Ostrożnie go przekraczamy i w końcu możemy wymienić się uściskami i zdjęciami. Wysiłek się opłacił, a ofiary nie poszły na marne. Myślenie o przybyciu do Tybetu z towarzyszącymi mu niedogodnościami i trudnościami, a następnie nieukończenie podróży byłoby gorzką porażką. Teraz już tego nie ma i nieważne, jeśli jakieś trudności fizyczne skomplikują wszystko, będzie to dobra karma na przyszłość. Napięcie znika, a chłód uwalnia swój uścisk, pozostaje tylko zejść na dół do herbaciarnia na zasłużoną, pikantną herbatę złagodzoną ciasteczkami.
Długi zjazd do Darchen
Umocnieni tym sukcesem myślimy, że możemy teraz udać się bezpośrednio do Darchen, aby ponownie połączyć się z naszymi śpiworami, które będą wracać z drugiej strony na grzbietach jaków. Z Dhirapuk do herbaciarni jest 7 km, będziemy musieli jeszcze doliczyć kolejne 22, w większości po płaskim, na wysokościach od 4600 do 4700 m. W ten sposób rozpoczynamy nudny odcinek w dolinie Lham-chu Khir, gdzie przecinają się rzadkie wioski monotonia krajobrazu znowu jałowe i opuszczone, gdzie tylko szczyty pozostały białe. Wszystko inne obraca się w pył. Wydaje się, że to nie ma końca, co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby coś zjeść, spotykamy wierne zamiary co trzy kroki kłaniając się, zatapiając ciało i twarz w prochu. Niektórzy przedstawiają nawet czoło lub maskę chroniącą usta, jakby były pudrowane. Zostawiają ślad swego oddania na ziemi że wiatr postara się wznieść do nieba. W Zutulpuku, gdzie zaplanowano drugi nocleg w ramach trekkingu, zatrzymaliśmy się tylko na herbatę i ponownie wyruszyliśmy, aby dokończyć 52 km. W rzeczywistości ostatnie 4 km mogliśmy przejechać komunikacją miejską, ale czuliśmy się, jakbyśmy niszczyli dzieło sztuki, ramę wspaniałego obrazu, który przygotowywaliśmy do stworzenia. Zaciskamy zatem zęby po raz kolejny i z kopem na zmęczenie i nudę w końcu docieramy do Darchen. W tym miejscu otrzymujemy gratulacje od zespołu wsparcia: rzadko zdarza się, aby ludzie z Zachodu ukończyli korę pieszo do tego samego miejsca, z którego rozpoczęli, i rzadko zdarza się również, aby trasa została ukończona w ciągu zaledwie dwóch dni. Ale my, ze skromnością i pokorą wędrowców po naszych Alpach, cieszymy się chwilą chwały za osiągnięty cel. Ustaliliśmy, że skuteczność indyjskich pielgrzymów, którzy wykonują korę bez zwyczaju odwiedzania gór, wynosi nie więcej niż 20%. Krótki odpoczynek i kąpiel stóp w komfortowych pokojach pensjonatu przed kolacją, gdzie szczęście zastąpiło napięcie i złagodziło niepewność poprzednich dni. I wróciło do nas piwo Lhasa, lekkie, ale przyjemne na tę okazję. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przed pójściem spać widzimy z okna, że zaczyna intensywnie padać śnieg. Kontynuacja tej sytuacji w tym tempie zagroziłaby nawet jutrzejszej kontynuacji, ale jest to zjawisko efemeryczne. Po kilku minutach przestaje opadać i następnego ranka już wyparuje.








